- homiki.pl - https://homiki.pl -

Jak zrobić kolejne podejście do ustawy?

[1]

Wbrew oczekiwaniom chyba większości osób zainteresowanych tematem, projekt ustawy o umowie związku partnerskiego, autorstwa Grupy Inicjatywnej i Sojuszu Lewicy Demokratycznej, będzie (jest) przedmiotem prac Sejmu. Co prawda ominięto odczytywanie go na posiedzeniu plenarnym, ale został poddany pod prace komisji, ta zaś wyłoniła podkomisję, która ma rzetelnie zająć się treścią projektu. Skład podkomisji [2] oraz fakt, że PiS odmówił udziału w jej pracach, pozwalają mieć nadzieję, że merytoryczna debata przeważy nad ideolo. Co nie zmienia faktu, że obecny projekt (jak i wiele innych projektów ustaw, znajdujących się w parlamencie na różnych etapach prac) jest już skazany – taka uroda naszego procesu legislacyjnego.

Zatem nim ktoś-gdzieś-kiedyś postanowi po raz kolejny zdobyć się na ten szalony pomysł i zawalczyć o ustawę regulującą sytuację prawną naszych związków – a pragnę zwrócić uwagę, że to dzieło ogromne i przy całym moim krytycyzmie wobec poczynań GI nie mogę odmówić jej szacunku za to, co do tej pory zrobiła – trzeba wyciągnąć wnioski z tego, co się z obecnym projektem wydarzyło. Może we wnioskach tych trafimy na coś ożywczego? Może odważymy się na argumenty, które do tej pory z różnych względów pomijaliśmy? W każdym razie musimy uzbroić się na przyszłość, a najlepiej uczyć się na – swoich i cudzych – błędach.

Mimo wakacyjnej pory zachęcam do debaty. Kilka moich wniosków, jeszcze więcej wątpliwości i pytań – poniżej.

* * *
Jakie były mocne strony przyjętej przez GI strategii oraz dalszego biegu wydarzeń, na który GI miała już wpływ ograniczony?

Po pierwsze – moim zdaniem błogosławieństwem okazał się brak czytania projektu ustawy na zgromadzeniu plenarnym. Pewnie, można uznać to za swoiste podkreślenie niskiej rangi ustawy, potraktowanie lekceważące… Dzięki temu jednakże uniknęliśmy żenujących popisów werbalnych posłów i posłanek z prawej (choć nie tylko…) strony sceny politycznej, którzy mają nas za zwyrodnialców wiodących Naród na zniszczenie. W sumie ich nawet rozumiem – mają swoje obowiązki wobec swoich partii i konserwatywnych światopoglądowo wyborców. Tylko czy ja tego muszę słuchać, kiedy chodzi mi o merytoryczny konkret? Wystarczy, ze i tak usłyszę to na obradach komisji (czego próbkę już mieliśmy [3]), niepotrzebne mi to samo zwielokrotnione przez liczbę posłów i posłanek na plenum. I piszę to ja, zwolenniczka debaty zawsze i wszędzie, podpisująca się zazwyczaj obiema łapkami pod hasłem „nieważne jak mówią (o ustawie o związkach partnerskich), byle mówili”. Nie, nie tym razem, debata na plenum Sejmu moim zdaniem może przynieść więcej szkody niż pożytku – przynajmniej na początkowym etapie prac nad ustawą, nim zajmą się nią podkomisje, Biuro Legislacyjne Sejmu, media.

Natomiast warto byłoby skorzystać z narzędzia, które tym razem jakoś pominięto – wysłuchania publicznego. To instytucja pozwalająca na wypowiedzenie się na forum Sejmu osobom zainteresowanym tworzeniem prawa. To również szansa dla nas na nadanie projektowi twarzy zwykłych obywateli i obywatelek, na mówienie o konkretnych sytuacjach życiowych, na aktywizację „tęczowych rodziców”, na wykorzystanie najbardziej podstawowych zasad demokracji. Może warto pomyśleć o tym rozwiązaniu…

Po drugie – no niestety, nie ma „drugiego” ani „i tak dalej”. Moja ocena strategii przyjętej przez SLD i posła sprawozdawcę nie jest pozytywna. Uważam, że dla dobra projektu należało wybrać lepszy czas złożenia – i lepiej się merytorycznie przygotować. To jednak w tej chwili nie jest już istotne, ważne jest, by wyciągnąć wnioski na przyszłość.

Sprawa pierwsza, kluczowa – osiągnięcie i pokazanie poparcia społecznego dla projektu. Zgadzam się z refleksją Abiekta, który pisze na swoim blogu: Myślę, że dopóki posłowie i posłanki nie poczują, że jest społeczne parcie na ustawę, nie mamy szans. A my, społeczność LGB(TQ)*, nie dajemy sygnałów, że ta ustawa jest nam potrzebna. To prawda, wielu i wiele z nas uważa, że obecny projekt jest słaby/niekompletny/zły/szkodliwy (stosowne zakreślić). Nie oznacza to jednak, że nie możemy monitować naszych było nie było przedstawicieli w demokratycznym systemie, że nie możemy prowadzić lobbingu, że nie możemy stać się grupą nacisku. Może refleksja przyszła za późno, może przez okres wakacyjny „nie było komu” zorganizować, ale w momencie, kiedy projekt był omawiany podczas prac komisji, pod Sejmem powinna być pikieta jego zwolenników. Choć z drugiej strony, gdyby miała być tak „liczna” jak wszelkie tego typu wydarzenia organizowane dotąd pod Sejmem przez naszą społeczność, to może lepiej, że jej nie było…

Wyciągnąć można z tego kolejny wniosek – musimy włożyć jeszcze więcej pracy w zbudowanie poparcia dla kwestii związków partnerskich w naszej społeczności (lub znaleźć lepszy klucz do tego). Pytanie, jak to zrobić, pozostaje dla mnie na dzień dzisiejszy bez odpowiedzi. Mam poczucie, że dopóki pokolenie obecnych nastolatków i dwudziestoparolatków (czyli tych, którzy ze względnie większą łatwością wychodzą z szaf, a przynajmniej biorą to pod uwagę) nie wejdzie w taki etap życia, kiedy zaczynają się liczyć kwestie finansowe, stabilizacyjne, formalne (te pogrzeby, podatki, szpitale), mamy na to małe szanse. A może rzeczywiście chodzi o to, o czym Grupa Tel-Aviv mówi od początku – że obecnego projektu nie popiera większość naszej społeczności? Może projekt w innym kształcie cieszyłby się większym poparciem? Można mieć taką nadzieję, nie można jednak moim zdaniem wychodzić z takiego założenia. Trzeba znaleźć ten sposób, klucz – do serc i głów Polaków LGB(TQ). Żeby w tej rzeczywistości, gdzie mało komu chce się w cokolwiek angażować – oni się zaangażowali.

Konieczne jest również zawalczenie o szersze poparcie społeczne dla tematu. Jestem zwolenniczką poglądu, że prawo powinno wyprzedzać poziom świadomości i nowoczesności społeczeństwa, ale tez prawo nie może trafiać na zupełnie nieprzygotowany grunt. Nie twierdzę, że mają się tym zajmować twórcy kolejnego projektu ustawy, ale szeroka akcja informacyjna jest niezbędna. Potrzeba czegoś na kształt akcji Miłość Nie Wyklucza, ale z bardziej konkretną treścią. I o jeszcze szerszym zasięgu niż „jedno miasto na województwo”. Potrzeba bardzo szerokiej, upartej, wręcz nękającej akcji informacyjnej w mediach. Musimy wyciągnąć wnioski z tego, że obecnym projektem zainteresowała się w szerokim zakresie w zasadzie tylko Gazeta Wyborcza, w mniejszym również Polityka. Zainteresowanie społeczne i medialne są ze sobą połączone – media chcą pisać o tym, co zajmuje społeczeństwo, a społeczeństwo interesuje się tym, co jest w mediach. Musimy jakoś wejść w to koło zależności.

Oprócz tych trzech wniosków mam jeszcze kilka wątpliwości. Nie znam dobrych sposobów na ich rozwianie. Myślę jednak, że zadawanie pytań też pozwala uporządkować pewne kwestie.

Czy kolejny składany projekt powinien być projektem równie zachowawczym, o tak samo wąskim zakresie regulacji? Bo projekt proponujący rozwiązanie podobne do PACS, mimo że nowoczesny w swym założeniu, jest w Polsce projektem zachowawczym przez łatwość rozwiązania umowy, mały zakres praw i jeszcze mniejszy obowiązków, nieuwzględnienie kwestii dzieci. To projekt pokazujący – na pewno wbrew intencjom twórców – że związki jednopłciowe mają charakter podrzędny wobec małżeństw, a pary chcą z założenia mieć mniej, niż pary różnopłciowe. Nawet komentarze posłów i posłanek podczas prac komisji (o których pisał m.in. Abiekt [4]) pokazują, że nie ma w Polsce zrozumienia dla takich rozwiązań, że są traktowane jako furtka – ale furtka do nadużyć.

Jednak – choć jestem przecież członkinią Grupy Tel-Aviv – nie wiem, czy należy wychodzić z szerszym projektem. Bo tu powstają kolejne wątpliwości. Czy próbować znaleźć partię, która pomoże nam wprowadzić projekt z szerszymi zapisami oraz adopcją? Nie ma takiej partii w polskim Sejmie, ani tym, ani przyszłym. Czy próbować zdobyć 100 tysięcy podpisów, co pozwoliłoby pchnąć ustawę przez Sejm jak obecny obywatelski projekt antyaborcyjny? Jeśli tak – to kto, kiedy i za co miałby przygotować szeroką kampanię informacyjną, o której pisałam wcześniej? Jeśli włączyć do projektu kwestię przysposobienia, to jak aktywizować polskie tęczowe rodziny, żebyśmy nie walczyli o prawa osób, które w świadomości większości Polaków po prostu nie istnieją? Jak prowadzić jednocześnie akcję informacyjną o związkach i o przysposobieniu (warto zacząć tę debatę również w naszej społeczności). Jeśli nie włączać do projektu kwestii przysposobienia, to czy nadal kręcić i kluczyć odpowiadając na pytania o to, czy będzie ono kolejnym krokiem? [5]

Może zatem zrezygnować ze 100 tysięcy podpisów i taki bardziej szeroki projekt potraktować jako wyjściową pozycję negocjacyjną? Poszukując posłów i posłanek gotowych na poparcie naszego projektu (dlaczegoż nie ma już z nami Jarugi?), ustępować kolejnych pól, jak musiała zrobić to GI ze swoim projektem, by móc liczyć na ich poparcie? A następnie mieć nadzieję, że dobrze przygotowana ustawa, bez braków legislacyjnych, otworzy furtkę do jej poszerzania.

Bo na to, by dało się zmienić konstytucję (lub „tylko” interpretację jej art. 18), szans chyba nie mamy.


Autorzy:

zdjęcie Uschi

Uschi „Sass” Pawlik [6]

Tłumaczka z zawodu, korektorka z powołania. Ma kota na punkcie kotów. Pasjonują ją zagadnienia [trans]genderowe, kwestie rodzin LGBTQ i feminizm.