- homiki.pl - https://homiki.pl -

Rocznik osiemdziesiąt

[1]

Urodziłem się w idealnym momencie historii Polski (rocznik 1980). Gdy PRL konał, miałem dziesięć lat, a więc załapałem się na świadome życie w nowych czasach. Przy czym efekt „nowości” zbiegł się z naturalnym odruchem nastolatka wkraczającego w świat. Do tego – nie należę do pokolenia „dzieci neo” i pamiętam świat przed pojawieniem się Internetu.

Wychowałem się w dużej wsi, w zachodniej części Polski, w której do dziś funkcjonuje kopalnia. Wioska podzielona jest na dwa obszary połączone dwukilometrową ulicą, jakby sobie obce pod względem mentalnym i wizualnym. Jedna przestrzeń kręciła się wokół kopalni (przemysłowa część), druga (z kościołem i szkołą) to teren PGR-ów (rolnicza). Mieszkałem z rodzicami w bloku kopalnianym, a dzieciństwo upłynęło mi w sielankowej atmosferze. Dlatego PRL przeciekał mi między palcami. Jasne, byłem wtedy mały, ale też odnoszę wrażenie, że do mojej wioski polityka nie docierała. Kościół pękał w szwach i było to oczywiste, a z drugiej strony poza radzieckimi żołnierzami machającymi radośnie z przejeżdżających przez wioskę samochodów, żadnych istotnych wydarzeń nie pamiętam. Czasem któryś z nich rzucał dzieciakom odznaki, które potem dumnie nosiliśmy wpięte w ubrania. Miło to wspominam, choć bez szczególnego sentymentu. Dziwię się jedynie, że nikt z dorosłych nas nie karcił i nie nawracał na patriotyczną i antyreżimową ścieżkę.

Teleranka nigdy nie lubiłem, a w stanie wojennym byłem za mały, by mieć świadomość jego braku wiadomej niedzieli. Nawet nie wiem, czy moi rodzicie się wtedy bali, czy rozumieli do końca wagę wydarzeń. Pamiętam za to doskonale czerwoną legitymację mojej mamy. Ojciec do partii nie należał nigdy, zawsze był po stronie Solidarności, głosował na Wałęsę, więc jakąś tam świadomość polityczną miał. Mieszkanie w bloku rodzice dostali, gdy miałem 3 miesiące, kopalnia prosperowała nieźle, paczki świąteczne też były co roku (jak mama pracowała w pobliskim tartaku, to były nawet podwójne). Mieliśmy też pomarańczowego malucha, ale ojciec prowadził po pijaku i odebrali mu prawo jazdy, wiec samochód został sprzedany. Pustej lodówki za czasów komuny nie pamiętam. Okres biedy pojawił się na pewno w drugiej dekadzie lat 90-tych, gdy kopalnia padała. Czasy komuny były dla mnie szczęśliwe i nie muszę specjalnie mitologizować swojego dzieciństwa, by to stwierdzić. Nawet wtedy, gdy wystawałem z matką w kolejce pod sklepem i podobno ze strachu przed ludźmi chowałem się pod jej spódnicą. W szkole nie uczyłem się rosyjskiego, tylko niemieckiego (to jest zachód jednak), na religię do salki kościelnej chodziła cała klasa. Zapamiętałem księdza, który za nieobecność na niedzielnej mszy bił nas wielką drewnianą linijką po dłoniach. Do dziś pamiętam pieczenie czerwonej dłoni. Gdy to wspominam, mam ochotę mu szczerze oddać (chyba ten ksiądz już nie żyje). Dziś nie mogłoby do tego dojść. Żaden rodzic by na to nie pozwolił. Na komunię w 1988 roku otrzymywaliśmy wypasione gadżety jak rowery, elektroniczne zegarki, kalkulatory, etc. To wtedy już było dostępne – i na pewno mogliśmy przeżyć przedsmak szoku kulturowego, jaki miał pojawić się wskutek wejścia w nowy system.

1990 rok to był okres przełomu. W domu pojawiły się… telewizor kolorowy i wideo! Szok! Istny cud techniki. A wcześniej ojciec wziął na raty kolorowy telewizor – ZAGRANICZNY! I to na dodatek z pilotem. Cały blok przychodził z pielgrzymką, by owe cuda techniki zobaczyć. Pierwszego dnia działania telewizora obraz był tak jaskrawy i skaczący, że nie dało się nic obejrzeć, ale to było nieważne. Właśnie te jaskrawe kolory były wyznacznikiem kapitalizmu. W rogu pokoju stało wielkie kartonowe pudło po telewizorze, na którym nie można było usiąść (zakazywali rodzice), bo należało do lepszego świata. Uwielbiałem też niedzielne dobranocki, bo przed nimi emitowany fenomenalne reklamy produktów skierowanych do dzieci (transformersy, lalki Barbie, Cindy). Pilot do telewizora funkcjonował jak relikwia, którą się pieściło i o którą się dbało jak o świętą rzecz. Myślę, że właśnie ten gadżet odmienił oblicze Polaków, bardziej niż dziesięć lat później komputery czy Internet. Pamiętam wizytę w zaprzyjaźnionym domu, w którym pilot przechowywany był w worku foliowym…

Wideo natomiast okazało się przepustką do świata dorosłych. W najbliższym mieście funkcjonował targ, a na straganach wymieniało się kasety wideo z zachodnimi pirackimi filmami. To było dopiero przeżycie! Pierwszą bajką były Smerfy, a potem szły całe masy amerykańskich filmów klasy B i C – najgorszych i najcudowniejszych zarazem gniotów wszech czasów. Pojawił się wielki świat, imponująca swoboda seksualna i werbalna – filmy akcji pełne przemocy i seksu.

Właśnie seks – kolejna ważna dla mnie chwila przełomu. W domu pojawiły się pornole. Na seanse do rodziców przychodzili sąsiedzi. Wtedy zamykano przed nami drzwi… Śmieszna sprawa w zasadzie, zupełnie jak prywatne seks-kina, ale przecież dla nich to musiało być wielkie przeżycie. Ja odkryłem porno przypadkiem, gdy przewijałem wszystkie kasety do początku (taka zabawa). Wtedy rodzice nie chowali jeszcze kaset w barku zamykanym na klucz. Oczywiście nie raz zostałem przyłapany na oglądaniu, ale nie ja jeden. Pewnie przeżycie przyłapania na oglądaniu porno czy masturbacji przed ekranem cechuje moje pokolenie. To normalna ciekawość nastolatka – odkrywanie przyjemności płynącej z masturbacji jako pierwszych seksualnych uniesień, zwłaszcza w kontekście pojawienia się kultury obrazkowej. Myślę, że na początku lat 90-tych pornole były w prawie każdym domu. Spotykaliśmy się z domach znajomych i wspólnie oglądaliśmy zakazane filmy. Szokiem dla mnie okazały się prezerwatywy. Pamiętam jak pojawiły się w kiosku pudełeczka z nagimi paniami na okładce, a my – dzieciaki – myśleliśmy, że to karty do gry dla dorosłych.

Od czwartej klasy szkoły podstawowej kupowaliśmy „Bravo”, „Popcorn” i „Dziewczynę”. Później okazywało się, że są to pisma zakazane, bo uczyły o seksie i swobodzie seksualnej (pamiętam taką nagonkę). Ale przecież skąd mieliśmy czerpać wiedzę o swojej cielesności, o tym jak stosuje się tampon, czy co to jest petting. Jednak nie było to jedyne źródło wiedzy o „tych” sprawach (poza pornografią). W wiejskiej szkole, chyba pod koniec ósmej klasy, pojawiła się edukatorka seksualna, która tłumaczyła nam, jak zakładać prezerwatywę na kij od szczotki. Dodatkowo dostaliśmy rzetelną informację na temat AIDS, łącznie z oglądaniem zachodnich filmów edukacyjnych na wideo, dość odważnych zresztą (pokazujących nagich bohaterów). Sam jako gówniarz wystartowałem w powiatowym konkursie wiedzy o AIDS w ’92 czy ’93 roku i zająłem w nim drugie miejsce, a przygotowywałem się z odważnych broszur, w którym kontakt seksualny był nazwany po imieniu, a homoseksualizm nie był traktowany jako dewiacja. Śmiem twierdzić, że Polacy w okresie 1990-1995 tworzyli bardzo liberalne społeczeństwo pod względem obyczajowym. Fakt, było to efektem zerwania się Polaków ze smyczy, ale wciąż nie mogę pojąć tej antyseksualnej histerii, z którą zmagamy się do dziś. Wiem doskonale, że efekt wolności został szybko przetrawiony, gdy w domach pojawiła się bieda.

Mieszkam od ośmiu w Warszawie. Miasto wielkie, o nieograniczonych (ponoć) możliwościach. Po odkryciu swojego homoseksualizmu na początku studiów inaczej patrzę na Polskę i lata 90-te z brutalną klerykalizacją wszelkich obszarów życia politycznego i społecznego. Zastanawiam się czasem, jak wyglądałoby moje życie, gdybym urodził się w latach 60-tych. Po której byłbym wówczas stronie? Czy miałbym założoną teczkę homoseksualisty (Akcja Hiacynt), czy może byłbym bezwzględnym kapusiem? Albo po prostu – nikim szczególnym – żyjący z boku zawirowań historii. Nie traktuję jednak PRL-u jako epoki wyłącznie okrutnej, a wolnej Polski jako cudownej. Uważam się za szczęściarza, gdyż polityka dotknęła mnie dopiero, gdy miałem 15 lat – w momencie powolnego upadku kopalni i zaznania biedy. Obecnie wiele kwestii społecznych mnie drażni, od braku polityki równościowej, miałkości debaty publicznej, nieudolnych rządów (gdzie te cholerne autostrady?), poprzez zacofanie obyczajowe, skończywszy na wyzysku pracodawców – należę do pokolenia „dzieła” i okresów próbnych. Najbardziej jednak drażni mnie postawa Polaków, niechęć do walki o swoje, gdy rząd nawala i zniewala (IV RP to swoisty przykład), brak inicjatyw wspólnotowych, brak zaufania do siebie.

Drażni mnie postawa polskich gejów i lesbijek – panuje totalna ignorancja – a uregulowana kwestia związków partnerskie to minimum niezbędne do godnego życia. Drażni mnie również to, że księża i prokościelni politycy mają decydować o moim szczęściu. Co komu do tego, że z moim partnerem zalegalizuję związek? To nasza sprawa i nasze życie. Zdaje sobie sprawę z tego, że 25 lat temu mógłbym marzyć o swobodnym wyjściu na ulicę i demonstrowaniu swoich przekonań jak to czynię obecnie podczas Manif i Parad Równości na ulicach Warszawy, Krakowa czy Poznania, ale też wiem, że walka z reżimem była walką o ludzką godność i wolność. Dlatego też jest mi przykro, że dwadzieścia lat po Okrągłym Stole, w Zjednoczonej Europie, wciąż muszę się o dopraszać o swoje prawa.

Autorzy:

zdjęcie Marko

Marko [2]

autor zmigrowany z php-nuke – ID: 351; nazwa: Marko