- homiki.pl - https://homiki.pl -

Pogodna Fin de partie, czyli życioczytanie i pisanie Henryka Berezy

[1]

1. Książki

Nie mam kryteriów w formie katalogu, nie umiałbym wymienić takiego zbioru zasad. Myślę, że kryterium jestem ja jako osobowość intelektualna, jako wrażliwość, jako wyobraźnia, jako doświadczenie literatury. Siebie zderzam z ukrytą w tekście osobowością intelektualną autora, z tego zderzenia dopiero wynikają możliwości rozpoznawcze i możliwości wartościowania.

To słowa z wydanej właśnie książki-rozmowy Końcówki – Henryk Bereza mówi – tytułem nawiązującego do sztuki Becketta wywiadu-rzeki, a może bardziej strumienia wspomnień rozbudzonego przez Adama Wiedemanna i Piotra Czerniawskiego; książki (chapeau bas dla strony edytorsko-graficznej!) będącej trafną kropka nad „i” na dziesięciolecie oficyny ha!art – oficyny, a przecież i pisma, promujących to, co nowe – nowe w sensie autentycznym, nierepetytywnym, nietaśmowym. Dlatego też w sferze zainteresowania pisma i oficyny znaleźli się twórcy tak od siebie metrykalnie odlegli jak Michał Witkowski (rocznik 1975) i Marian Pankowski (1919) – czyli wnuczek i dziadek. I wielu innych pomiędzy, choć chyba częściej „w górę” od Witkowskiego (ten słynny rocznik ’79 – rocznik feministek, ambitnych doktorantek Gender/Queer Studies, młodego, ale już dojrzałego metroseksualnego lansu LGBTQ…). Bo rzecz w tym, że to nie metryka jest tutaj istotna. To przecież „oczywista oczywistość” (chwała kaczemu słowotwórstwu!), że młodość nie ma wieku, a najlepszym dowodem jest rozmowa z Henrykiem Berezą właśnie. To Henryk Bereza ma już osiemdziesiąt cztery lata? Czytając ten tekst, odnosiłem wrażenie, że wiek to tutaj jakaś kategoria „ni priczom”, że jest to rozmowa z młodym człowiekiem, a nie rówieśnikiem królowej Elżbiety II, który był świadkiem całej powojennej historii polskiej kultury. Mamy więc oto w postaci książkowej (we fragmencie drukowaną już w „Twórczości”) nieocenioną, bardzo osobistą kronikę – absolutny must, czyli niezbędnik dla każdego, kto bardziej „niuansowo” interesuje się polską humanistyką, literaturą, kulturą.

Przed laty, charakteryzując twórczość Edwarda Stachury, Henryk Bereza stworzył termin „życiopisanie”, scalający życie i twórczość w jedną nierozłączną całość. Według Berezy prawdziwym pisarzem jest jedynie ten, „w kim wszystko jest na użytek słowa, i nie ma ceny, której by za słowo nie zapłacił” (cytuję z „Życiopisania” – eseju o Edwardzie Stachurze). Na użytek słowa, na użytek sztuki. Jest w tej opinii głęboka prawda – pomyślmy choćby o wielkich nazwiskach nie tylko z historii literatury (choćby Verlaine i Rimbaud, choćby Proust, choćby Malcolm Lowry), ale kultury w ogóle – o malarzach (Michał Anioł, Modigliani), kompozytorach (Beethoven, Czajkowski), twórcach teatru i filmu (Pasolini, Zbyszek Cybulski, Krystian Lupa). I tak ad infinitum. Myślę, że termin ten można by też odnieść i do Henryka Berezy, nieco go jednak rozszerzając. Proponowałbym otóż określenie „życioczytanie i pisanie” – bo myślę, że nie ma ceny, jakiej Henryk Bereza (by) nie zapłacił za przeczytanie tego wszystkiego, co uważał za warte lektury – za warte przeczytania i skomentowania, osądzenia, z(re)interpretowania bądź – w przypadku młodych autorów – posłużenia za kanwę wskazówek kierunku rozwoju.

Życioczytanie i pisanie Berezy – przez ponad pięćdziesiąt lat redaktora „Twórczości”, wpierw kierownika działu krytyki, a następnie prozy, zastępcy redaktora naczelnego, ma bardzo swoisty charakter. Jego refleksje o przeczytanych książkach – zamieszczane wpierw z reguły w „Twórczości”, a potem wydawane w formie książkowej, na ogół w zaprzyjaźnionym „Czytelniku” – to solidne kompendium krytyki literackiej obejmującej cały niemal korpus polskiej prozy współczesnej – począwszy od pisarzy urodzonych jeszcze w XIX-tym stuleciu (z Jarosławem Iwaszkiewiczem na czele) aż po sławetnych „młodych” autorów sławetnej „stajni Berezy” – twórców literatury artystowskiej, niemimetycznej, arcyfabularnej, i dość hermetycznej dla wielbicieli tradycyjnego lub nawet (post)modernizującego realizmu.

Literatura, żeby miała sens, musi stawiać sobie nowe zadania artystyczne, bez tego w ogóle nie istnieje. Bez tego jest nieskończoną taśmową reprodukcją. Taka literatura nie może powiedzieć niczego nowego o człowieku.

No właśnie. Pokrywa się to trochę z refleksją (sprzed lat) Marii Janion (tak przynajmniej jej myśl zapamiętałem), że chciałaby przeczytać – czy doznać w obcowaniu z literaturą – coś/czegoś w ogóle jeszcze niewyobrażalnego, co wymyka się jakimkolwiek deskrypcjom. Tyle że utwory promowane przez Henryka Berezę w „Twórczości” nie dla wszystkich były do zaakceptowania – nawet dla tych, którym nowatorstwo w literaturze nie było niemiłe. Ja sam (wielbiciel francuskich nowatorów spod znaku nouveau Roman czy OULIPO, czy na przykład prozy Brytyjczyka B.S. Johnsona, czy niektórych amerykańskich postmodernistów – wiem, wiem, to już „starocie”!) z całą skromnością pozwolę sobie otóż na uwagę, że o ile niektóre z publikowanych w „Twórczości” wywoływały moją (niemal) euforię – choćby Kobieta z prowincji Waldemara Siemińskiego (na jej podstawie powstał film-arcydzieło Andrzeja Barańskiego), choćby W ptaszarni Grzegorza Musiała, choćby wiersze i proza Bohdana Zadury, choćby teksty Janusza Rudnickiego, to niektóre z długich nieraz bardzo utworów prozatorskich „młodych (czy nawet nie tak bardzo już młodych!) zdolnych” były (jak dla mnie) zbyt odłączone od uniwersalnych kodów porozumienia, od uniwersalnej „struktury głębokiej” artystyczno-literackiej percepcji. Podkreślam – jak dla mnie. Ale przecież na tym chyba (między innymi) polega magia i urok literatury i kultury, że odbiorcy różnią się w osądach…

Tymczasem myślę, że Henryk Bereza – nie poddający się jakimkolwiek krytycznym kodyfikacjom, czy, co więcej, modom – jest nie tylko w swoich ocenach literackich, ale także wobec rozmaitych osądów krytycznych bardzo liberalny i tolerancyjny, i dopuszcza rozmaitość odczytań, interpretacji, ocen. Świadczyć może o tym nie tylko przytoczony na początku passus – niejako motto literackiej działalności Berezy – ale choćby i poniższe słowa, świadczące o niezwykle poważnym postrzeganiu misji (tak, misji!) krytyka literackiego:

Mieć najlepszą dobrą wolę, żeby nie zrobić nic złego wobec literatury. Żeby zdawać sobie sprawę, że zajmowanie się literaturą, jeśli tutaj w grę wchodzi jeszcze jakiś rodzaj autorytetu, jest zajęciem tak odpowiedzialnym i tak skomplikowanym, jak odpowiedzialność chirurga, który operuje żywe serce albo żywe oko. Nie powinno się podsuwać rozstrzygnięć, jaka ma być literatura, jak ma kto pisać, bo żeby wiedzieć, jak ma kto pisać, to trzeba wiedzieć, co ten w ogóle może zrobić.

Teksty Berezy zebrane zostały w wielu tomach – mam na swoich półkach choćby Prozę z importu (Czytelnik 1979), Taki układ (Iskry 1981), Sposób myślenia – 1. O prozie polskiej (Czytelnik 1989), czy wczesną (z antykwariatu) Sztukę czytania (Czytelnik 1966), a także kultowe (znów określenie nadużywane) …wypiski… (Fundacja Forma 2006) – krótkie refleksje, uwagi czy notki o książkach, tekstach z pism literackich, pisarzach i w ogóle kulturze w najszerszym znaczeniu tego słowa.

„Wypiski” były dla mnie zawsze najciekawszym działem „Twórczości” – to od nich rozpoczynałem swój kontakt z każdym numerem miesięcznika. I czułem się zaszczycony, gdy kilka razy napotkałem tam i swoje nazwisko – jako tłumacza literackiego. Czasem drobna nawet wzmianka spod pióra cenionej osoby, która weszła do historii literatury czy kultury, sprawia większą satysfakcję niż jakiegokolwiek inne, bardziej „oficjalne” dowody „zauważenia” czy uznania.

Henryk Bereza pisał i pisze o literaturze w sposób niezwykle osobisty, analizując utwory zawsze dokładnie, precyzyjnie i rzetelnie, i zawsze mając do czynienia z tekstem oryginalnym. Nie dla niego komentowanie utworów znanych z drugiej (czy trzeciej) ręki, jak to często ma miejsce w tzw. krytyce uniwersyteckiej. Żywił do niej wielką nieufność, podobnie jak sam Jarosław Iwaszkiewicz.

(…) Iwaszkiewicz, nie w sensie metaforycznym, tylko w sensie dosłownym, płakał przy okrągłym stole w redakcji „Twórczości”, mówił, że po prostu on nie odda [działu – K.Z.] prozy żadnym ludziom uniwersyteckim, bo oni w ogóle nic nie wiedzą, oni wiedzą, oni wiedzą, jeżeli rzecz jest uznana przez innych, oni wiedzą, że to ma wartość, a sami z siebie w ogóle w niczym się nie orientują i posłużył się tutaj rozmaitymi nazwiskami.

Otóż wydaje mi się, że w krytyce akademickiej właściwie samo dzieło jest w gruncie rzeczy obojętne, dzieło rozkłada się na jakieś czynniki, wybiera [się – K.Z.] jeden z nich, jeden element, jedna strukturę dla siebie i w gruncie rzeczy całościowe przeżycie dzieła literackiego nie wchodzi w rachubę.

Mój Boże, chciałbym o Henryku Berezie – i jego znaczeniu dla polskiej literatury i kultury – napisać znacznie więcej, ale obawiam się, że być może tak wielu wielbicieli nawet „ambitnej” literatury w ogóle o Henryku Berezie nie słyszało – bo też z pewnością nie jest on celebrytą we współczesnym znaczeniu słowa. Czy kiedykolwiek pojawił się za telewizyjnym szkłem? Kogóż by zainteresował starszy pan o wszechogarniającej humanistycznej wiedzy, ale który nie ma akademickich tytułów, więc nie może uchodzić za „eksperta”. No i nie potrafi lansersko nawijać i przekrzykiwać się z interlokutorami. Nie potrafił nawet wtedy, gdy był młodszy. A w tym miejscu chciałbym jeszcze wspomnieć o innej postaci, innej zupełnie, ale w jakimś sensie podobnego pokroju, gdy chodzi o całkowite oddanie się poznawaniu i komentowaniu literatury, i to w sposób równie „osobny” – chciałbym tu wspomnieć z bardzo wdzięczną pamięcią o Lechu Budreckim (1930-2004), wieloletnim redaktorze „Literatury na świecie” (i też zastępcy naczelnego), który w piśmie tym odgrywał rolę chyba podobną do roli Henryka Berezy w „Twórczości” – rolę dobrego ducha, opiekuna „młodych”, no i po prostu polihistora, encyklopedysty. Lech Budrecki wiedział o światowej literaturze (niemal) wszystko – i podobnie jak Henryk Bereza przeczytał niemal wszystko… I miał tak ogromny, urok, także i w swoich tekstach. Był jedyny, unikalny, „nie do podrobienia”. Podobnie jak Henryk Bereza.

2. Ludzie

Ale odchodząc od literatury i krytyki sensu stricto, co jeszcze mamy w tej książce? No na przykład fascynujące wspomnienia o paru sławnych postaciach polskiej literatury – a których Henryk Bereza, podobnie jak literackie utwory, też zna(ł) z pierwszej ręki. Refleksje wypowiedziane wprost, bez żadnych upiększeń, pompatyczności, minoderii. Mamy na przykład wspominki o wybitnym tłumaczu i eseiście Henryku Krzeczkowskim (1921-85):

(…) on prowadził wobec mnie bardzo otwarte życie, ja znałem dziesiątki jego chłopaków, on rzeczywiście znał całą Warszawę homoseksualną. Jak ja czytałem ostatnio „Lubiewo” i słuchałem przede wszystkim zachwytów nad „Lubiewem” poprzez wtajemniczenia homoseksualne, to niczego nie ujmując Witkowskiemu, po prostu Witkowski jest jakimś amatorem lub praktykantem wobec Krzeczkowskiego.

Chyba całkiem zapoznamy obecnie Jerzy Andrzejewski (1909-83), a który kiedyś uważany był za kandydata do Nagrody Nobla; był przyjacielem, a zarazem po trosze literacko-politycznym rywalem Jarosława Iwaszkiewicza:

Andrzejewski próbował mi wmawiać, że jego dotychczasowi pupile są Bóg wie, jak ważni i nawet posuwał się do żądania, żebym ja przepuszczał ich prozę do „Twórczości”, a dla mnie to nie był żaden argument, nie chcę operować nazwiskami.

Myśmy przez pewien czas z Andrzejewskim wspólnie chodzili do Fukiera albo i do Bristolu i ja byłem świadkiem zalotów Jerzego Andrzejewskiego i on mi bardzo tak żywiołowo wypowiadał, nawet w obecności zainteresowanych, pamiętam takie sytuacje powtarzające się, u Fukiera albo przy barze w Bristolu mówił: „Popatrz Heniu, cóż za piękny chłopak, jakie on ma oczy”. A ja nie widziałem ani urody, ani pięknych oczu, nie miałem żadnego prawa, żeby mówić mu, co o tym myślę, nie mogłem pouczać, bądź co bądź, człowieka starszego ode mnie i z takim doświadczeniem i taką sytuacją literacką, więc ja nie posuwałem się do żadnych sporów z nim na ten temat, ale miałem swoje zdanie i Andrzejewski nie mógł mi wmówić, że pupil, jeżeli próbował coś pisać, miał rzeczywiście możliwości. A Andrzejewski kierował ich do „Twórczości” i do mnie osobiście, ale ja po prostu nigdy się nie kierowałem żadnymi tego typu względami. Ulubieńcami Andrzejewskiego byli także Krzysztof Mętrak, Janusz Głowacki czy Filip Bajon.

Najważniejszy w tym kontekście jest oczywiście Marek Hłasko (1934-69):

To, co mnie wiązało z Markiem Hłaską, zawsze jest rozpatrywane od strony domniemanych inklinacji homoseksualnych u mnie, czy nawet u nas obydwu, co jest czymś zupełnie bezsensownym, ponieważ przy wszystkich moich swobodach seksualnych akurat w tym wypadku w ogóle takie sprawy nie wchodziły w rachubę. Z całą pewnością to było coś, do czego pasuje słowo miłość, i właściwie każde inne jest niestosowne. Ale jeśli wolno mi w ogóle tutaj pozwolić sobie na wyznanie, to u mnie tak się złożyło w życiu, że to, co było miłością, i to niezależnie od płci tych, których kochałem, najczęściej nie wiązało się ze spełnieniami. Spełnienia, można powiedzieć, i to swobodne, były bez miłości.

Sprawa z Markiem po prostu była podstawowa i zetknęły się tu nasze mimo wszystko dość podobne rodzaje cierpienia, cierpienia typu społecznego i cierpienia typu egzystencjalnego, i myślę, że cały ten związek był oparty na solidarności dwóch cierpień.

Pamiętam bal sylwestrowy z roku 1955, na tym balu na schodach Związku Literatów ja szedłem do góry, a Marek schodził, i on stanął, i ja stanąłem, i jednak nie doszło do rozmowy. Natomiast [do rozmowy – K.Z.] doszło parę miesięcy później, 31 marca 1956 roku, nazywam to wielkim dniem z Markiem, to była Wielka Sobota i właściwie wtedy wszystko się zadecydowało, jeśli chodzi o ten mój związek z Markiem Hłaską, a od tej daty, od 31 marca 1956 roku do wyjazdu Marka 20 lutego 1958 roku, był to związek niemal codzienny, właściwie codzienny, nawet jeśli się nie widywaliśmy, to byliśmy w jakimś kontakcie z sobą z wszystkimi szaleństwami wynikającymi z charakteru Marka, z jego życia, z jego histerii, no z wszystkiego, co mniej więcej znacie. Po prostu jak gdyby byłem do jego dyspozycji przez te dwa lata.

3. Życie

Nie tak dawno temu miałem okazję zamieścić na „homikach” refleksje o Kręgach obcości – wydanej przed paroma miesiącami „opowieści autobiograficznej” profesora Michała Głowińskiego. Książka wielkiego literaturoznawcy wywołała niemałą sensację tak w środowisku szacownych (i często wiekowych) intelektualistów spod sztandaru Akademii, jak i w „intelektualizującej” części środowiska LGBTQ, a to z powodu wyznania Autora dotyczącego jego orientacji homoseksualnej. Tak, bo szacowny Autor – mimo tego iż, jak to bywa, wielu „się domyślało” – całe swe twórcze życie spędził w heteronormatywnej „szafie”, czego zdaje się, trochę jakby teraz żałuje. Tymczasem Henryk Bereza nigdy w „szafie” nie był, podobnie jak i jego wielki Mistrz, Jarosław Iwaszkiewicz. Nie znaczy to, że afiszował się swoimi, używając jego uroczego określenia, „swobodami seksualnymi” – tak jak to czyni obecnie choćby (cudowny skądinąd) Michał Witkowski, ale też i nie czynił z tego tajemnicy. Kto był zainteresowany, kto „chciał”, ten i wiedział. Zresztą w środowisku „literatów” (słowo z epoki realsocjalizmu!), światku tłumaczy i literackich redaktorów (Krzeczkowski, Paweł Hertz, Stanisław Kołodziejczyk, Józef Waczków), ba, „artystów”, panowała znacznie większa swoboda obyczajowa, a i „władza” przymykała oko na więcej – wiadomo, twórcy, artyści! – co miało być też i dowodem humanizmu ustroju socjalistycznego. W środowisku naukowym, gdzie był „kontakt z młodzieżą”, było nieco inaczej. No, profesor Głowiński zatrudniony był akurat w PAN-ie, więc był tam pod mniejszym „obstrzałem” niż byłby na uniwersytecie na przykład.

Ale czemuż właściwie wspominam tu o profesorze Głowińskim? Bo znów chcę przywołać (z uporem maniaka?) uwypukloną w tamtym tekście refleksję – i także, gdy pisałem o Jarosławie Iwaszkiewiczu – że orientacja psychoseksualna jest czymś niezwykle ważnym (sam przecież wiem najlepiej!), ale podobnie jak wszelka seksualność stanowi jeden tylko – choć jakże ważny – aspekt całokształtu życia. Michał Głowiński jest przede wszystkim wielkim uczonym z zakresu nauk humanistycznych, tak jak Henryk Bereza jest wielkim krytykiem – choć określiłbym go raczej jako wielkiego „człowieka literatury”, podobnie jak mówi się o „ludziach teatru”. Jarosław Iwaszkiewicz – też był przede wszystkim wielkim „człowiekiem literatury” i Wielkim Człowiekiem w ogóle. To właśnie, co zdziałali w swoim życiu jako Twórcy i Ludzie się liczy – a tak się składa, że byli także homoseksualistami. Można przypuszczać, że pomimo problemów nieodłącznych od każdego życia w ogóle, nie tylko polskiego homoseksualisty, życie każdej z tych trzech Postaci jest/było w jej własnym postrzeganiu udane, ba, nawet szczęśliwe. Orientacja homoseksualna ich życie komplikowała, utrudniała, ale myślę, że i ubogacała (chwała żargonowi księżemu!); ba, być może to dzięki tej orientacji skupili się na pracy i intelektualnym rozwoju i dokonali tak wiele.

O Iwaszkiewiczu i Henryku Berezie można przeczytać w wydanej niespełna rok temu HomoWarszawie – podobnie jak i o innych koryfeuszach polskiej kultury. Jest to za sprawą ich orientacji – i chyba dobrze, że my, autorzy HomoWarszawy, staraliśmy się ten aspekt osobowości wybitnych twórców uwypuklić. Ale też nie uczyniliśmy z ich homoseksualizmu przytłaczającej dominanty. Hm, może inaczej: nie staraliśmy się budować przekonania, że te wybitne postaci były tak naprawdę głęboko nieszczęśliwe, bo nie mogły w pełni realizować się w swojej orientacji, albo że były szczęśliwe tylko wtedy, gdy udało im się „wykiwać” opresyjne heteroseksualne otoczenie. To nie zawsze było (i jest) aż tak proste. Bo nie jest to tak, że apogeum szczęścia tożsame jest jedynie z możliwością pełnej realizacji swojej psychoseksualnej orientacji . To byłoby zbyt symplistyczne, banalne. I myślę, że od pary zadowolonych z siebie starszych panów (na przykład w Holandii, Belgii czy w Niemczech) siedzących w papuciach i objęciach na sofie i oglądających kolejną mutację gejowskiej opery mydlanej szczęśliwsi byli (tak naprawdę) Zygmunt Mycielski, Jarosław Iwaszkiewicz, Henryk Krzeczkowski, Paweł Hertz, czy Henryk Bereza właśnie – czerpiący głęboką satysfakcję z twórczego, spełnionego i docenionego przez innych życia. I dla których homoseksualizm – jawny czy ukryty – dodawał ich życiu smaku. Choć i goryczy zarazem.

Żyjemy teraz w innej epoce – epoce, gdy my, osoby LGBTQ, słusznie domagamy się pełni praw obywatelskich. Ale nie starajmy się tworzyć wrażenia, że z chwilą, gdy te prawa zostaną nam przyznane (co przecież i w Polsce nastąpi) zapanuje dla nas epoka pełnej szczęśliwości, po prostu raj na ziemi. Życie jest bardziej złożone, a dawniej, gdy „norma” była inna, inne było postrzeganie rzeczywistości, inne były też oczekiwania. Nie popadajmy w ahistoryczność. „Minione epoki” też miały swoje radości.

Ale oddajmy znów głos Henrykowi Berezie:

[P.Cz.: Czy mógłbyś o sobie powiedzieć, że jesteś człowiekiem szczęśliwym?]

Ja nie wiem, moje rozumienie człowieka, świata, i to niezależnie od wszystkiego dobrego, co mógłbym o człowieku i świecie powiedzieć, jest u swoich podstaw tragiczne. Znaczy, wydaje mi się, że człowiek właściwie może nie czuć tragizmu istnienia właściwie tylko wtedy, gdy jest głupi. Jeśli nie jest głupi, jeśli ma wrażliwość, ma wyobraźnię, to tragizm musi być fundamentem jego stosunku do świata, co oczywiście nie oznacza, że musi przybierać maskę tragiczną i biadolić bez przerwy i mówić o tragizmie egzystencji.

(…) poczucie takie solidarności, nie, okropne słowo w tym kontekście, takiegoż związku, takiego zjednoczenia duchowego, jakie miałem każdorazowo przy czytaniu, nie wiem, Prousta, Faulknera, Dunna, Thomasa Bernharda, czasami Petera Handkego, Guetersloha i innych jeszcze, to są też wielkie i podstawowe przeżycia. A jeśli chodzi o satysfakcję, powiedzmy, typu seksualnego, erotycznego i tak dalej, to też mi tego nie brakowało, nawet według obliczeń klasyków, nie będę mówił, których mam na myśli, to w moim życiu było tego nawet więcej niż to, czym oni się chlubili, chociaż przy wszystkich satysfakcjach fizycznych, zawsze bym stawiał wyżej satysfakcje duchowe.

[P.Cz.: Czyli miłość.]

No tak. Tak, oczywiście, zawsze to było nierozłączne z cierpieniem, cierpieniem fundamentalnym, ale nie wiem, czy właśnie cierpienie u podstaw nie wyzwalało jakiejś radości tym wspanialszej, że nienaiwnej, takiej radości, która jak gdyby unosi jak balon, do którego się wchodzi i to wiruje, choćby i w otoczce cierpienia. Bo ja nigdy nie miałem złudzeń, a może dlatego cieszyłem się tym, co mi się dobrego zdarzało, bez złudzeń, to było zawsze jak łaska losu, dar boży. Miłość Marka Hłaski była szlachetniejsza niż moja, ja w jakimś sensie prawdziwie tak myślałem o nim, jak myślałem, on prawdopodobnie nie widział we mnie takiego drugiego człowieka, którego mógł zaaprobować istotniej niż tych, których kochał.

4. La vita è Bella

W kawiarni/”stołówce” „Czytelnika” był ongi słynny stolik Tadeusza Konwickiego, Ireny Szymańskiej, Jerzego Markuszewskiego, Gustawa Holoubka. Teraz został już tylko stolik Henryka Berezy –– jednego z ostatnich, którzy tę „stolikową” tradycję kultywują. Pod filarem, blisko barowego kontuaru. I urocza Jadzia (jej ś.p. mąż, Stanisław Włodek, był pierwszym mężem Marii Iwaszkiewicz), która zawoła: „Heniu, forszmak, pół porcji!” Tak jak kiedyś wołała do Holoubka: „Guciu, pomidorowa, gołąbki!”.

Miało nie być ploteczek, „kto z kim”, miały być sprawy duchowe jedynie! A jednak. Cóż warte byłoby życie choćby najbardziej twórcze, bez obiadu wydawanego przez Jadzię? Myślę, że być może Henryk Bereza, wyciszony starszy pan spoglądający na świat z lekko ironicznym uśmiechem, tej mój pogląd podzieli. Dziękujemy mu za jego równie wyciszoną i urokliwą książkę, z której dowiedzieliśmy się, mimo wszystko, także co nieco na temat tego „kto z kim” albo i tego „kto nie z kim”…

Dowiedzieliśmy się przede wszystkim co nieco o Henryka Berezy życiu i twórczości integralnie scalonym w jednię – o jego życioczytaniu i pisaniu nieśpiesznym, uważnym, rzetelnym. I myślę, że jednak szczęśliwym. Przy wszystkich zastrzeżeniach.

Bo jak napisał ongi w swej Podróży (cytuję tu z pamięci) Stanisław Dygat: „Ech, życie – nie jesteś aż takie straszne, trzeba się tylko do ciebie uśmiechnąć…”.

I dodam już od siebie: niezależnie od pomieszkiwanego piętra. I to życie może być też jedyne w swoim rodzaju – po części realne, po części może nawet bardziej realnym od jawy snem. Taką Berezowską oniriadą… I chyba nie tak ponurą, jak Beckettowska Końcówka, Endgame, Fin de partie…

Końcówki. Henryk Bereza mówi
Autor: Adam Wiedemann, Piotr Czerniawski
Wyd. Ha!art
Seria: Literatura Non Fiction
Liczba stron: 176
Cena: 35 zł

Więcej informacji: www.ha.art.pl [2]

Autorzy:

zdjęcie Krzysztof Zabłocki

Krzysztof Zabłocki [3]

Anglista, wykładowca na Uniwersytecie Warszawskim, tłumacz literatury angloamerykańskiej i francuskiej, autor szkiców, członek zarządu Stowarzyszenia Lambda Warszawa; wielbiciel jamników, Indii, kina Viscontiego, Kazi Szczuki, campu, Pałacu Kultury i Karl-Marx-Allee w Berlinie.