- homiki.pl - https://homiki.pl -

LGBT-izacja /cz. 1/

[1]

Agnieszka Graff wywołała burzę (przeczytaj [2]). Słuszną. Polemikę z Graff podjęła już Wanda Nowicka, więc teraz każdy głos odbierany jest trochę jak za i przeciw, a tego bardzo chcę uniknąć, bo temat jest niezwykle ważny dla całej branży.

Teza Graff w skrócie wyraża się tak:

Organizacje pozarządowe wyrastają z pewnej odważnej, wręcz utopijnej wizji sprawiedliwości, z pragnienia głębokiej zmiany społecznej. Jednak odchodzą od tej szerokiej perspektywy, bo zajęte są własnym przetrwaniem.

Brawo! Trafiony-zatopiony. Oczywiście, że organizacje zakładane z poczuciem misji i planem zmiany społeczeństwa w pewnym momencie widzą, że nie samymi ideałami człowiek i orga żyją, ale i na chleb trza zarobić (np. na kawę w ordze).

Jak wygląda poranek członka/członkini orgi, która nie ma kasy? Wchodzi się na NGO.pl i sprawdza, czy „czegoś nowego” nie ogłosili. „Czegoś nowego” to jakikolwiek konkurs, w którym orga może wziąć udział. Ale trochę Graff przesadza – nie jest tak, że organizacja, która pomaga sierotom nagle szuka grantów na prowadzenie wsparcia w dziedzinie HIV/AIDS. Po prostu próbuje się znaleźć złoty środek przez startowanie w konkursach dotyczących np. promocji wolontariatu. Orga LGBTQ nie szuka grantów z dziedziny pomocy zwierzętom, a np. przeciwdziałania dyskryminacji nie tylko osób LGBTQ.

Rzeczywistość Szanowni Czytacze i Czytaczki wygląda tak: orga musi zapłacić za lokal (bo kto chce w domu własnym mieć ciągłą autostradę ludzi i telefon zaufania), opłacić zużycie lokalu, napoić i nakarmić ludzi, finansowo czasem ich wesprzeć choćby dając sto PLN na waciki, by ludzie nie czuli, że pół miesiąca oddają za frico. I tak też kilka tysięcy dla X., który oficjalnie je dostaje, bo tak wymaga grant, jest później dzielone – Y., którego nie wpisano w grancie (bo by grantu nie dali) dostaje kilka procent, Z. też, a do tego X. przelewa na konto orgi „darowiznę” i zostaje mu połowa początkowej kasy. Tak właśnie niestety wyglądają wielkie pieniądze na organizacje pozarządowe w tym kraju.

Największym błędem, jaki popełniono jest ustanowienie tzw. 1 procenta podatku. Dzięki temu prawie całe społeczeństwo czuje się zwolnione z podarowania organizacjom choćby 10 złotych miesięcznie (paczka fajek). A ten 1 procent jak nie trafi do organizacji, to powędruje na papier toaletowy w ministerstwie finansów. Ludzie myślę, że to oni płacą na orgi dzięki temu. Guzik prawda – to państwo w swojej łaskawości przekazuje popularnym i lubianym orgom swoją własną kasę a nie podatnicy.

Od czasu 1 procenta modlitwa każdego działacza w ordze (mówię o tych pożytku publicznego – ponad 6 tysięcy jest takich) brzmi: Podatniku nasz, poprawnie napisz KRS orgi Twej. Dzięki temu organizacje też same zwalniają się z potrzeby szukania donatorów, licząc na to, że z „jednego procenta” przeżyją kolejny rok, a resztę kasy się zapcha grantami. Co mnie ostatnio powaliło na kolana to twierdzenie, że i tak na „pedalstwo” żadna firma nie da kasy. I to od człowieka z orgi. No co to ma być? Albo się w coś wierzy, albo zbyt się przyzwyczaiło do zaglądania na ngo.pl i szukania nowych konkursów.

Właśnie w kwestii kasy się najbardziej nie zgadzam z Graff – przypominam o piramidzie Maslowa – najpierw zabezpieczenie bytu, potem ideały. Klasyk ujął to tak: Byt określa świadomość.

Tak – istnieje NGO-izacja. Tak – istnieje LGBT-izacja, przez którą rozumiem problem org branżowych – jak już zaczęli od ciot i lesb, to nie mają szans na granty w temacie np. niepełnosprawnych czy 50+. Jeszcze HIV/AIDS przejdzie, ale czy to czasem nie efekt zjawiska kojarzenia LGBT z HIV/AIDS? Z pewnością. Oczywiście to też efekt tego, że orgi LGBT są bardziej na ten kłopot wyczulone, ale czy zamykanie się w niszy LGBT+AIDS ma dla naszych org jakąś przyszłość? Tego jeszcze nie wiemy, okaże się. Co jak co, ale LGBT-izacja chroni nas trochę przed NGO-izacją, bo przecież KPH nie będzie nagle dokumentów kręciło, a Lambda otwierać schronisk dla bezdomnych – „pedalskiej” ordze po prostu na to nikt kasy nie da.

Jakby każdy i każda z np. osób popierających daną orgę ustawił/a sobie co miesiąc zlecenie przelewu na 10 zeta w banku – NGO-izacja by się skończyła. Wydaje się spore, pieniądze idą na reklamowanie „jednego procenta”, a ani grosza na reklamowanie wspierania orgi. To świadczy o mentalności organizacji – 1 procent jest łatwiejszy do zdobycia, ale nie przywiązuje ludzi do organizacji, stałe zlecenie jest trudne, ale tworzy więź między orgą a ludźmi. Jestem ciekaw czy osoby, które ustawiły takie zlecenia choćby dostały kartki z życzeniami od organizacji (przecież to widać na koncie), czy orga kiedykolwiek napisała do nich… z praktyki wiem, że nie. A za co mają być prowadzone działania „polityczne”? Przecież nie ma konkursów na „napisanie ustawy” czy „lobbying w Sejmie”…

Nowicka pisze: Mnie jednak bardziej interesowałaby dyskusja na temat zatrważająco niskiego poziomu organizacji społeczeństwa. Ale to jest to samo – dyskusja o organizacjach pozarządowych i ich podejściu do świata to zarówno efekt braku poziomu organizacji społeczeństwa, jak i właśnie ten brak. Dopóki w tym kraju będzie panował mit „jednego procenta”, a także – nie tylko w naszej branży – mit działacza-milionera, dopóty organizacje będą działały w myśl zasady: jak zabraniają jeździć na koniu, to się maluje paski i jeździmy na zebrze.

Inną kwestią poruszoną przez Graff jest temat „człowieka z ulicy”. Załóżmy taką sytuację – osoba X ma potrzebę zrobić coś na rzecz gejów i lesbijek w Polsce. W Warszawie do wyboru ma kilka organizacji, które na tym temacie straciły szkliwo na zębach. Przychodzi na Żelazną, Żurawią czy inną ulicę i… proponują mu grupę spotkań dla młodzieży lub 50+. Tak to w skrócie wygląda – orgi mają masę roboty, ale żeby organizować think-tanki i szerokie grupy, w których każdy będzie dopuszczony do wielkiej tajemnicy wiary, którą są „projekty”, to już się zacinają i traktują przybyszy jak intruzów. Nie mówię o moich doświadczeniach, ale też i nie ja jestem tu tematem. Gdyby w Lambdzie nie dano mi pewnej dowolności w poruszaniu się po świecie, to nigdy bym tam nie był. Kult jednostki czy orgi powinien być prawem zabroniony jak dla mnie. Jednak wiele osób potrzebuje, by nimi pokierować, ale w zamian oczekuje: a) sensownej roboty b) sensownego wsparcia c) feedbacku. Orgi często o to nie za bardzo dbają.

Największym problemem – moim zdaniem – organizacji jest „profesjonalizacja”. Potrzebna jak najbardziej, czasem uniemożliwia kreatywność. Ile rzeczy można zrobić za darmo czy niskim nakładem kosztów pokazały chociażby nasz transparent na Paradzie i Dzień Wychodzenia z Szafy. Minimum nakładów, a odbiór większy niż niejednej dyskusji czy wystawy.

A LGBT-izacja? Cóż. Nie ukrywajmy – organizacji LGBTQ jest mało. Dwie duże orgi, kilka mniejszych i Fundacja od Jednej Imprezy. Wiadomo, że po grant X wystąpią przynajmniej dwie z nich. Tylko po co? A gdyby tak razem wystąpić i dostać więcej kasy, mieć lepszy pomysł i lepszych realizatorów? Taki pomysł to oczywiście bajka z pixara, ale warto zwrócić uwagę na fakt, że gdyby stworzyć jakąś Federację organizacji LGBT, to i łatwiej wizerunkowo i bez wzajemnych wkurwów można by przeprowadzić wiele działań, które są niemożliwe, w momencie gdy wszyscy ze sobą konkurują.

Tak więc na koniec – wszyscy mamy – i pewnie słusznie – pretensje do org LGBT o nieskuteczność czy inne sprawy, ale przykro mi moi Drodzy – oprócz wymagań potrzebny jest też wkład. Tego niestety nie ma, a przynajmniej jest zdecydowanie niewystarczający. Zasada „płacę – wymagam” powinna dotyczyć nie tylko wizyt w restauracji.

Tekst ukazał się na blogu www.abiekt.blogspot.com [3]. Redakcja dziękuję autorowi za zgodę na publikację.

 

Autorzy:

zdjęcie Wojciech Szot

Wojciech Szot [4]

rocznik 86, pracownik, księgarz