- homiki.pl - https://homiki.pl -

Obywatel Milk: daj się zwerbować!

[1]

My name is Harvey Milk and I'm here to recruit you! Filmowa legenda głosi, że tym zdaniem Harvey Milk rozpoczynał każde swoje przemówienie. Czy dałem się zwerbować do jego gejowskiej armii? Chyba tak, ale z innych powodów niż można by przypuszczać. Ale zacznijmy od początku.

Biografię Harveya Milka radzę poczytać na wikipedii, bo tu ani miejsca na to nie ma, ani autor nie chce was zamęczyć nazwiskami i faktami. Dość powiedzieć, że był on pierwszym jawnym gejem, który pełnił funkcję publiczną w Stanach Zjednoczonych – radnego w San Francisco. W filmie Gusa Van Santa (Moja własne Idaho, Buntownik z wyboru, Słoń) w postać Milka wcielił się Sean Pean, świetny aktor znany wszem i wobec ze swojego buntowniczego stosunku do amerykańskiej władzy, kiepski reżyser i jeszcze gorszy scenarzysta. Wybór znakomity – nie tylko Penn przypomina Milka, ale do tego potrafił zagrać rolę lekko przegiętej cioty, co chyba nie należy do zadań łatwych (autor tekstu potrafi się przegiąć jak paragraf prawa autorskiego, więc nie jest w tej kwestii wiarygodny). Do tego doborowe, męskie towarzystwo w postaci Emila Hirscha (młody aktor, o którym chyba będzie jeszcze głośno), Jamesa Franco (boski!) i Diego Luny no i zabawę możemy zaczynać.

Obywatel Milk nie jest na szczęście filmem biograficznym, bo tych na ekranach naszych kin ostatnio co raz więcej i chyba nam już spowszedniały. Dużo tu akcji – w końcu zaczynamy od sceny zabójstwa, więc dalej napięcie powinno tylko rosnąć. Na szczęście film reżyserował człowiek, któremu do Spielberga daleko: na ekranie oglądamy wplecione w stylizowane ujęcia filmu różnorakie materiały dokumentalne z lat 70-tych, które pozwalają wczuć się w atmosferę, jaka panowała wtedy w Castro i w całym San Francisco. Z zamierzeń psychologizacji postaci nie wyszło niestety nic ciekawego – bohaterowie drugoplanowi pokazani są bez głębszej refleksji, zwłaszcza żałować trzeba w tym kontekście Dana White'a, zabójcy Milka, o którym widz nie ma szans dowiedzieć się zbyt dużo, a przecież to postać sama zasługująca na film. Niemniej, bardzo zaintrygowała mnie postać Anne Kronenberg – jedynej lesbijki w sztabie Milka, która (mimo oporów gejowskich współtowarzyszy doli) zajęła się szeroko rozumianą promocją Harveya jako kandydata na radnego. Na końcu filmu realizatorzy dodali napisy, które wyjaśniają jakie były dalsze losy bohaterów. Dowiadujemy się z nich, że Anne urodziła trójkę dzieci. Nasz zachwyt nad tym, że oto znowu mamy przykład homo-rodziny niestety zbladł gdy doszukaliśmy się… że ojciec tych dzieci jest obecnie mężem pani Kronenberg. Cóż… życie jest czasem pogmatwane.

Dajmy jednak spokój takim analizom i przejdźmy do meritum. Chodzenie na filmy, ponieważ ich bohaterowie są gejami / lesbijkami / transami / hermafrodytami / drag queenami dawno temu mnie znudziło. Nawet zacząłem ograniczać kupowanie książek o tej tematyce, bo półka się zapełniła, a i co raz więcej szajsu na nią trafia. Jednak Obywatel Milk to”lektura obowiązkowa” z kilku powodów. Po pierwsze nigdy na ekranach nie było tak pełnokrwistej postaci geja – działacza, przegiętej ciotki, której życie osobiste jest pasmem porażek, ale ambicja i odwaga pozwalają mu spełnić się przynajmniej na scenie politycznej. Nigdy jeszcze nie mogliśmy dowiedzieć się tyle o początkach ruchu LGBT (choć tych L, B i T. w filmie Van Santa prawie w ogóle nie ma), a to może być dla nas ciekawą lekcją. Ruch LGBT rozpoczął się na dobre w momencie, gdy Anita Bryant, popularna aktoreczka i gwiazda telezakupów rozpętała pod skrzydłami katolickich organizacji wielką kampanię mającą na celu m.in zabronienie homoseksualistom pracy w szkołach. Bryant zdobyła tak duże poparcie polityczne, że w kilku stanach zorganizowano referenda w tej sprawie. I to był moment przełomowy. Tak to już jest, że kiedy zabierają się za nas bezpośrednio – dopiero wtedy mamy zamiar wspólnie walczyć. Znamy to trochę już z naszego podwórka, tylko, że u nas nigdy nie zagrożono całej grupie tak jednoznacznie. W tą lekcję historii zabieramy się razem z człowiekiem, który miał wizję – tego, że za ileś lat w Stanach nikt nie będzie ukrywać swojej orientacji seksualnej, że to, co do tej pory skrywane i prywatne stanie się kwestią publiczną. Najlepiej obrazuje to scena, gdy Harvey pyta swoich współpracowników, kto z nich jest nie wyoutowany przed rodzicami. Nieszczęśnik, który przyzna się do tego, dostaje ultimatum – albo natychmiast zadzwoni do rodziców, albo nie będzie mile widziany. Czegóż się nie robi dla autorytetu… i dla sprawy. Milk kilka razy powtarza, że jeśli ludzie nie będą się bali mówić o tym kim są, nigdy nie wywalczą dla siebie tolerancji, nie mówiąc już o poszanowaniu czy rozszerzeniu praw.

Postawy nad którymi się teraz zachwycam często spotykają się u nas z opozycją – dobrze jest jak jest i nie zmieniajmy niczego. I trochę dlatego nadal siedzimy sobie z ręką w nocniku w kwestii jedności ruchu LGBT czy naszych praw. W kategorii lekcji retoryki możemy rozpatrywać sceny, w których Milk rozkłada na łopatki prawicowych interlokutorów, dla których gej stoi w hierarchii społecznej na równi z prostytutką czy złodziejem. Jestem ciekaw ile osób dało by się dzisiaj zrekrutować Harveyovi, ale dopóki ulubionym tekstem w rożnych ogłoszeniach będzie „jestem spoza środowiska” to chyba nie zapełnimy zbyt wielu ulic w tym kraju. Milkowi i mieszkańcom Castro się to udało. A w jaki sposób… to trzeba zobaczyć.

Obywatel Milk
reżyseria Gus Van Sant
scenariusz Dustin Lance Black
zdjęcia Harris Savides
muzyka Danny Elfman
czas trwania: 128 min.
dystrybucja.: Best Film
Nominacje do Oskarów w kategorii: najlepszy film, najlepszy reżyser, najlepsza pierwszoplanowa rola męska (Sean Penn), najlepsza drugoplanowa rola męska (Josh Brolin), najlepszy scenariusz oryginalny.

Wojciech Szot rocznik 86, właściciel wydawnictwa Abiekt.pl, student, pracownik, blogger.
Zapraszamy i polecamy!
www.abiekt.blogspot.com [2]

Autorzy:

zdjęcie Wojciech Szot

Wojciech Szot [3]

rocznik 86, pracownik, księgarz