- homiki.pl - https://homiki.pl -

Festiwal i Parada: nasza wspólna sprawa (2)

Zapraszamy teraz do lektury relacji z Festiwalu Równości okiem widza, Michała Kulińskiego. Przy okazji najserdeczniej dziękujemy za wszystkie listy i sygnały od czytelniczek i czytelników homików.pl.

*****
Od 1 do 6 czerwca w warszawskim kinie Luna trwał Festiwal Równości – impreza w ramach Dni Równości, których kulminacyjnym elementem była sobotnia Parada. W trakcie Festiwalu pokazano całą masę filmów o tematyce LGBTIQ. Wraz z mym parterem oraz naszą przyjaciółką w sumie byliśmy na piętnastu różnych pokazach, otwarciu Festiwalu i Gali Finałowej.

Fajnie wyglądało kino przystrojone w tęczowe barwy, świetnie, że w hallu pojawiło się stoisko z książkami oraz tęczowymi gadżetami. Filmy były oczywiście różne – bardzo fajne i trochę mniej ciekawe. Mało było kina niezależnego, większość pokazywanych dzieł to produkcje profesjonalne – kinowe lub telewizyjne. Trzeba tu docenić i pochwalić organizatorów za olbrzymią pracę, by te wszystkie tytuły ściągnąć.

Jednak zawsze musi też być jakieś „ale”. Niestety, w przypadku tego festiwalu owo „ale” jest dość duże. Nie był to pierwszy warszawski „branżowy” festiwal, na którym byliśmy (co pół roku odbywają się cyklicznie dwa – ten związany z Paradą oraz „Pryzmat”) i wiem, że zawsze zdarzają się jakieś wpadki. Tym razem jednak organizacja zawiodła na całej linii. Spośród wszystkich piętnastu projekcji, na które udało nam się dotrzeć, właściwie tylko dwie odbyły się bez zakłóceń. Poza tym godziny rozpoczęcia filmów nie zawsze zgadzały się z programem, niektóre pokazy zaczynały się z opóźnieniem (najdłużej widzowie musieli czekać 100 minut), projekcje zaś często przerywane były na kilka chwil „z powodów technicznych”. Zabrakło również obiecanych projekcji filmu animowanego „Rich & Steve”. Miał być pokazywany w foyer kina – ale nie był (i nie wiadomo, dlaczego).

Najwięcej jednak problemów było z napisami. Często zawodziła synchronizacja, a podczas pokazu jednej z krótkometrażówek nie wyświetlono ich w ogóle – bez słowa wyjaśnienia. Najbardziej jednak frustrujące było, mające miejsce na kilku seansach, ręczne przełączanie napisów, zwłaszcza zaś sposób, w jaki było to wykonywane.

Często tłumaczenie kwestii ostatnio wypowiedzianej pozostawało długo widoczne na ekranie podczas ujęć pozbawionych dialogów do czasu kolejnej sceny dialogowej. Widz, który nie znał oryginalnego języka, nie był w stanie odróżnić czy dana kwestia była już, czy dopiero będzie wypowiedziana. Co gorsza, zdarzało się, że kwestia, która miała zostać wypowiedziana za jakiś czas, pojawiała się na ekranie o wiele wcześniej, co np. w sytuacji budujących napięcie scen bez dialogów, kiedy to wszyscy czekali na wypowiedź bohatera, całkowicie psuło atmosferę napięcia i efekt końcowy. Poza tym sądzę, że osoba wyświetlająca napisy nie powinna przeglądać ich na ekranie w trakcie scen pozbawionych dialogów. Wcześniejsze wydrukowanie listy dialogowej rozwiązałoby chyba ten problem. Dzięki temu udałoby się zapewne uniknąć również sytuacji, w której podczas całego dialogu widoczne jest tłumaczenie jednej z pierwszych kwestii, a po zakończeniu wymiany zdań szybciutko przeskakują kolejne linijki tłumaczenia przełączane przez operatora, który się „zagapił”.

Wpadki zdarzały się też podczas zorganizowanych w hallu kina dwóch spotkań, na których byliśmy. Podczas rozmowy z Tadeuszem Olszewskim, autorem „Zatoki ostów”, nagłośnienie było fatalne – głośnik znajdował się daleko za plecami słuchaczy i skierowany był w inną stronę, tak więc żeby coś usłyszeć trzeba było mocno nadstawiać uszu. Jakiegokolwiek nagłośnienia zabrakło natomiast podczas spotkania z Kostkiem, bohaterem filmu „Trans-misja”, co znacznie utrudniło dyskusję.

Do tego dochodzi niesłychana sytuacja, która miała miejsce po filmie „Cztery okna”. Po zakończonej projekcji, na której byłem razem z przyjaciółką, podeszliśmy do dwóch wolontariuszek obsługujących festiwal by podzielić się naszymi zastrzeżeniami, co do sposobu wyświetlania napisów („sterowanie ręczne”). Jedna z pań słysząc naszą uwagę stwierdziła dość gwałtownie, że organizatorzy mogli przecież pokazać ten film w wersji oryginalnej (czyli po niemiecku – w domyśle mamy zatem cieszyć się, że były jakiekolwiek napisy i nie zawracać głowy). Zaskoczony tak arogancką odpowiedzią odparłem na to, że to nie była grzeczna uwaga. W tym momencie obie panie wybuchły. Usłyszeliśmy między innymi, że: organizatorzy pracują po 20 godzin na dobę (czy ktoś zmusza do tego siłą?), możemy zostać sponsorami festiwalu (czyli fakt, że wydaliśmy dość sporo pieniędzy na bilety to mało, by być traktowanym z kulturą), ewentualnie możemy sobie zorganizować własny festiwal (bardzo konstruktywne). Panie kończyły swą tyradę, ja na to już zdążyłem machnąć ręką i chciałem odejść nie widząc sensu prowadzenia dyskusji w taki sposób, moja towarzyszka jednak chciała na koniec coś jeszcze odpowiedzieć. Zdążyła wypowiedzieć chyba tylko jedną sylabę, kiedy to jedna z pań zakrzyczała ją słowami „do widzenia” i odwróciła się do nas plecami. Przykro mi to pisać, ale takiego popisu chamstwa nie widziałem już dawno. A wystarczyło powiedzieć: „no fakt, ale mały budżet, mało ludzi, dużo filmów, przepraszamy” – i byłoby po sprawie…

Festiwal organizacyjnie przerósł organizatorów. Można spytać, dlaczego. Czy powodem była mała liczba (sześć) osób obsługujących imprezę? Zapewne tak. Może zatem dysponując tak nielicznym zespołem należało pokazać mniej filmów, ale za to bez takich wpadek? Czemu organizatorów było tak niewielu? Czy to prawda (jak usłyszałem podczas jednej z przerw), że osób chętnych do pomocy szukano intensywnie dopiero na miesiąc przed imprezą? Dlaczego organizatorzy zgodzili się, by niektóre filmy dojechały dopiero przed samą projekcją? Czy ktokolwiek testował wcześniej pokazywanie filmów z przygotowanymi do nich napisami?

Festiwal, jak już pisałem, programowo był bardzo ciekawy. Szkoda, że przyjemność, jaką dawało uczestnictwo w nim przesłoniła taka ilość wpadek i potknięć oraz stosunek dwóch wolontariuszek obsługujących festiwal do widzów. Pozostaje mieć nadzieję, że ponoć na własnych błędach uczymy się najlepiej.

*****
… A oto odpowiedź Marcina Pietrasa, Dyrektora Programowego Festiwalu Równości:

Szanowny Panie Michale! Szanowna Redakcjo Homików!

Jako sprawca zamieszania pt. Filmowy Festiwal Równości bardzo dziękuję za krytyczne uwagi odnośnie przebiegu imprezy. Konstruktywne podejście cieszy, bo moją największą obawą było, by wielomiesięczne starania nie utonęły ostatecznie wśród fali krytyki. Wątpliwości rozwiała już postawa Naszej Wspaniałej Publiczności, która w ogromnej większości wykazała się wyrozumiałością, wskazującą, że pozostaje świadoma ograniczeń, jakimi związana była nasza garstka zapaleńców.

Z większością zastrzeżeń nie sposób się nie zgodzić. W ciągu tego tygodnia pokazało się nadto dobitnie, jak drobiazgi mogą zrujnować wielomiesięczne przygotowania. U podstaw większości kłopotów legła niedzielna awaria dwóch komputerów, starannie przygotowanych na obsługę festiwalu. Że doraźne łatanie pożyczonymi maszynami nie jest bezpiecznym rozwiązaniem, przekonali się boleśnie uczestnicy odwołanego pokazu Boy Culture. Szybkie i bezkosztowe zmontowanie zastępczego sprzętu o odpowiedniej wydolności i konfiguracji okazało się niewykonalne, a łatanie braków widoczne do końca, choćby w braku projekcji Ricka i Steve’a, o czym wspomina Pan Michał.

Pana uwagi dobitnie zresztą pokazują, jak osobiste doświadczenia wpłynąć mogą na postrzeganie całokształtu. Większość projekcji faktycznie rozpoczynała się z opóźnieniem. Sprzęt festiwalowy był codziennie rozmontowywany i mimo wynikających z harmonogramu pracy kina ‚zapasów’ czasu, dostawaliśmy często obie sale do dyspozycji w ostatnim momencie. Z kolei brak nagłośnienia po projekcji Trans-Misji wynikał z faktu, że kino – wbrew zapewnieniom – nie było w stanie zapewnić sprzętu na dwóch salach jednocześnie (mikrofony wykorzystywane były w tym samym czasie przez Wieczór Tańca). Natomiast pojęcie ‚częstego przerywania projekcji’ okazuje się względne: przynajmniej 15 spośród 22 seansów odbyło się bez zakłóceń technicznych.

Praktyka ręcznego rzucania napisów stosowana jest na wielu festiwalach. Mimo to taka opcja pierwotnie nie była przewidywana. Wspomniane braki sprzętowe zmusiły nas jednak do tego, w myśl zasady „lepiej tak, niże wcale”. Niechętnie, bo – jak słusznie zauważa widz – nawet wcześniejsze przygotowanie nie jest w stanie wyeliminować czynnika ludzkiego błędu czy nieuwagi, i nie zastąpią profesjonalnej synchronizacji kopii. Długo wyświetlane kwestie faktycznie drażnią, niestety oprogramowanie nie umożliwiało pozostawianie pustych plansz na sceny pozbawione dialogów.

Wbrew obawom Pana Michała, wszystkie filmy były wcześniej adiustowane, tyle że na przesłanych przez dystrybutorów screenerach DVD. Jak wspomina w wywiadzie Tomasz Bączkowski, część kopii dostawaliśmy w ostatnim momencie. Pan Michał słusznie pyta: dlaczego. Odpowiedź jest prosta i prowadzi do drugiego, obok sprzętu, sedna sprawy: do pieniędzy.

Firmy dystrybucyjne nie są skłonne wysyłać kopii przed potwierdzeniem zapłaty, Fundacja zaś skazana jest na oczekiwanie na wpłynięcie kolejnych darowizn. Warto być może wspomnieć, że w innych miastach, gdzie kina przekonały się już o potencjale takiej imprezy, często partycypują w kosztach, m.in. poprzez dofinansowanie kopii. W naszym wypadku wszystkie te opłaty, często niebagatelne, pokryte zostały przez Fundację. Każda zwłoka w zapłacie rzutowała na przesunięcia terminów, co w konsekwencji oznaczało ryzyko otrzymania materiału w ostatniej chwili. Jeżeli dopiero wtedy przekonywaliśmy się, że są one w niezgodne z testowanymi wcześniej wersjami, na poprawki było już za późno (sama obróbka i synchronizacja trwa co najmniej kilka godzin), w trakcie trwania imprezy często nie ma ich komu przeprowadzić.

I tu dochodzimy do trzeciego, zapalnego punktu, jakim są ludzie, czy raczej ich niedobór liczebny. Opisany przez Pana Michała niezwykle przykry epizod po jednym z seansów jest dobitnym przykładem na stopień, w jakim braki personalne rzutują nie tylko na przebieg imprezy, ale także na jej poziom. Trudno wyrokować, kto zachował się w ten sposób, można jedynie zakładać, że takim stosunkiem do Widza festiwalu dał wyraz swojej własnej frustracji, której jedynym wytłumaczeniem, bo przecież nie usprawiedliwieniem, może być wyłącznie zmęczenie. Za taką postawę w imieniu nas wszystkich serdecznie przepraszam.

Na koniec pozostaje zatem pytanie: czy warto, i czy akurat w taki sposób. Czy nie wzięliśmy zbyt dużego rozmachu? Od strony organizacyjnej – trudno zaprzeczyć, przeliczyliśmy się, skoro pozorne drobiazgi tak bardzo uprzykrzyły wszystkim życie. Z drugiej strony przywoływana już wielokrotnie Festiwalowa Publiczność, bywało, że przyjezdna, dowiodła cierpliwością i uznaniem dla repertuaru, że nadszedł czas, aby w Polsce odbywał się duży przegląd profesjonalnych produkcji kinowych i telewizyjnych LGBT. Czy nie to właśnie dali nam do zrozumienia Widzowie, którzy bez słowa skargi odczekali legendarne już 100 minut przed projekcją Na Wschód Lionela Baiera – więcej! – pozostali na dyskusję po filmie?

To zdumiewające, jak często nasze kłopoty przynosiły słowa wsparcia, zamiast krytyki. Za tę cierpliwość i zrozumienie serdecznie wszystkim Widzom dziękuję. Jako świeżo upieczony Warszawiak zapewniam, że już od przyszłego miesiąca (jakiś oddech się przecież należy), starać się będę, aby przyszłoroczna edycja festiwalu sprawdziła się nie tylko od strony programowej, ale także organizacyjnej. Zapraszam na stronę festiwalową, która bynajmniej nie umrze posezonową śmiercią, już teraz także zachęcam do udziału w kolejnych fundacyjnych pokazach filmowych i przede wszystkim: do współkształtowania naszej imprezy.

Nie pozostawajmy w tyle za Barceloną, Pragą czy Edynburgiem. W takiej czy innej konwencji, podobne święto filmu po prostu się nam należy.

Z wyrazami szacunku oraz uznania,

Marcin Pietras
Dyrektor Programowy Festiwalu Równości

*****
Jeszcze od Naczelnego:

Najserdeczniejsze pozdrowienia i wyrazy uznania dla wszystkich, dzięki którym Festiwal i Parada mogły się odbyć! Dla Tomka Bączkowskiego i całej ekipy Fundacji Równości, dla wyżej wypowiadającego się Marcina Pietrasa oraz wielkiego Tomasza Raczka, odpowiedzialnych za festiwal, dla Jolanty Fajkowskiej, dla której prowadzenie Gali było (chyba) pierwszym gejowsko-lesbijskim przeżyciem, dla wszystkich laureatów Hiacyntów, dla artystów, osób odpowiedzialnych za platformy, dla wolontariuszy, gości z zagranicy, ochrony, policji, sponsorów, darczyńców, klubów i innych miejsc zabawy, odpoczynku. Do zobaczenia za rok, bo parada to nasza wspólna sprawa!