- homiki.pl - https://homiki.pl -

Pokłosia prezydenckiego show, czyli wszyscy jesteśmy gejami z orędzia

[1]

Proszę się nie obawiać – nie zamierzam powtarzać rzeczy, które wszystkim są wiadome. Traktat będący sukcesem okazuje się „zagrożeniem”, a gdy nie wiadomo o co chodzi, chodzi o pedalstwo. W ostatnich dniach najwyższy urzędnik państwa zapewnił nam żenujący spektakl, pełen wyrachowania i obłudy.

Na jednym z portali pojawiła się zachęta dla wywołanych do tablicy gejów, by nawiązać bezpośredni kontakt z prezydentem drogą listową. Prezydentowi odpowiadają też Anka Zet i Yga Kostrzewa. Jak zauważa jeden z licznych komentatorów/ek pod tekstem, Yga „walczy niestety z wiatrakami i jak zwykle robi to z wielką klasą”. Cóż, i bardzo dobrze! Pojawiają się też inicjatywy zbierania podpisów pod hasłem „nie wszyscy jesteśmy homofobami”. Ba! Powiem coś dalej idącego: nie wszyscy jesteśmy heteroseksualni! Ale sprawę i tak załatwiają przede wszystkim najbardziej poszkodowani (na pewno?) – nowojorska para, której wizerunek cynicznie wykorzystano do propagowania homofobicznych treści. To oni starają się o spotkanie z prezydentem, to ich ręce wykonują mozolną robotę. Gazeta Wyborcza uspokaja, że Polacy „nie obawiają się małżeństw homoseksualnych”, wynikających niby z Karty Praw Podstawowych. Hura, homomałżeństw nie będzie! Tymczasem poseł rządzącej partii, profesor Niesiołowski, opowiada dyrdymały o „obrzydlistwie” dwóch pederastów oprawiających „parodię ceremonii” przed trzecim zboczeńcem…

Czy (znów) będziemy milczeć albo wyręczą nas „ziomkowie z Ameryki”? Dlaczego? Przecież wszyscy jesteśmy „gejami z orędzia”!

Ja w całym tym zamieszaniu pragnę poruszyć jeszcze dwie kwestie, które – moim zdaniem – jak na razie umykają.

1.

Zaczynamy kręcić się w kółko. Kolejne listy otwarte, internetowe podpisy, do prezydenta, społeczeństwa, kogokolwiek, nafaszerowane treściami edukacyjnymi i pełne grzecznej dyplomacji czy wezwań do otwartej postawy nie przynoszą zamierzonych skutków, ponieważ są po prostu ignorowane. Czas dobitnie uzmysłowić sobie, że mamy do czynienia z potężną, na razie pogłębiającą się fosą, która, niech to zabrzmi patetycznie – podzieliła Polskę. Komunikowanie się ponad ową wyrwą nie ma dalszego sensu, ponieważ jedna ze stron (a każda z nich powie z pewnością, że to ta druga!) „wie swoje”. Patrząc z naszej perspektywy: dla „mieszkańców zza fosy” nie jest argumentem, że za postulatami emancypacyjnymi LGBTQ stoi wiedza dostarczana przez świat nauki, doświadczenie i dobre praktyki państw, gdzie ta emancypacja dała się wpisać w główny nurt społeczeństwa (jakoś bez szkody dla różnych „rzeczy wyższych”, typu moralność czy religia). Mieszkańcom zza fosy wystarczają własne przekonania i własne wyobrażenia, a spoiwem dla tej postawy jest przeświadczenie, że „tak było zawsze i dobrze nam z tym”. To konserwatyści, którzy – nie mając do zakonserwowania pieniędzy z rodzinnych fortun (jak to ma miejsce w różnych cywilizowanych częściach świata), konserwują, co mają pod ręką. Już za dziada pradziada rzucano kamieniami w bezwstydnych pederastów, wtedy w pojedynczych, dziś w ich pochody (a dawniej częściej rzucało się w innych, wtedy widocznych alienów, np. Żydów). Więcej, okopanie się w takim zakonserwowanym świadku daje to, czego Polakom często brakuje – poczucie wartości, wyższości, misji. Dokuczanie homoseksualistom, zwane w zainteresowanych środowiskach „walką z homoseksualną nawałnicą”, jest powodem do chluby, bywa całkiem popularnym hobby wśród wielu osób, dla których, po godzinach, zabrakło miejsca w klubach szydełkowania, szkołach tańca albo innych instytucjach pomagających umeblować nadmiar czasu wolnego.

Nie oświecimy całokształtu społeczeństwa. Na przykład poparcie dla „jakiejkolwiek formy uregulowania związków homoseksualnych” – w związkach partnerskich czy czymkolwiek, co nie byłoby małżeństwem, już od wielu lat jest odpowiednio wysokie. Skoro promowanie faktów przeciwko mitom okazuje się niewystarczające, czyż nie czas na posunięcia i strategie bardziej radykalne?

2.

Podkreślano już, że to, co zrobił prezydent w swoim multimedialnym show, odebrane zostało jako zniewaga przez nas – homoseksualistów. (Ale których homoseksualistów i gdzie jesteśmy? W Nowym Jorku? Wrócę do tej kwestii.) Zauważmy też, jak bardzo wykalkulowane było posunięcie sztabu (?) głowy państwa (a także samej wspomnianej głowy). Najwyraźniej prezydent nie miał najmniejszego oporu, by „utopić” nie interesującą go część społeczeństwa (a może „nie istniejącą”? pedały są przecież w nowojorskim konsulacie) dla korzyści swojej, jako polityka, i jego politycznego obozu. Chyba nie przyszło mu do głowy, że ten element występu może po prostu obrazić, zaszkodzić, wywołać przykrość u osób przecież przynależnych do tak chętnie noszonego na rękach Narodu (ale czy my jesteśmy „częścią Narodu?”). Jeszcze bardziej dobitnie taką postawę reprezentuje twórca słynnego dziadka z Wehrmachtu Jacek Kurski, który jak tylko może dezawuuje bezpośrednio poszkodowaną parę zza oceanu. Apeluje też o litość i wyrozumiałość dla tej „zniewolonej mniejszości”: kilkunastu procent eurosceptyków, którzy po prostu potrzebują dodatkowej gwarancji, bo się boją [pedałów?], nie rozumieją Europy, itp. Czy ma na myśli ludzi zza fosy? Czy tym samym są oni ważniejsi?

Skoro warto „bronić interesów mniejszości”, czyż nie warto tym samym zająć się pilnymi sprawami osób LGBTQ?

Ciekawie postępuje też „oświecona, postępowa” prasa, która idzie tropem zaproponowanym przez PR-maszynę PiS: przecież Polacy nie boją się, że Unia narzuci homomałżeństwa. Tym samym nie ma się czego bać! To taki „temat zastępczy”. Przecież geje mieszkają tylko w Nowym Jorku, bo tam podniosły się głosy protestu. Lesbijek w tym całym zamieszaniu nie ma wcale (nie licząc skeczów Szymona Majewskiego o Traktacie Lesbońskim). Miejsce kobiet pozostaje w sferze różnie rozumianej rozrywki.

Nawet nie o to chodzi.

Dziś w polityce nie chodzi o pedałów, Polskę, Europę. Czasami trzeba reanimować służbę zdrowia, bo okazuje się, że czyjeś życie jest zagrożone. Ale takie „incydenty” generalnie nie zakłócają dynamiki politycznego spektaklu. Dziś politykiem nie zostaje się, bo się dużo wie, bo się na czymś zna. Jest się politykiem, bo w odpowiednim miejscu i w odpowiednim czasie wpadło się przypadkiem na odpowiednią osobę i dawno temu robiło się wspólnie różne rzeczy. Zostaje się politykiem, by pysznić się przed kamerą, być oklaskiwanym, czuć się ważnym, zdobywać i tracić władzę w nieustającej grze. Grze pustej, ponieważ pozbawionej jakiejkolwiek treści. Akt wyborczy niewiele już znaczy, skoro mamy „do wyboru” zawsze te same, zretuszowane w photoshopie twarze. Politycy sami zapewnili sobie wygodną maszynkę do odnawiania swych miejsc pracy – mandatów poselskich, tworząc ustawę o finansowaniu partii z budżetu państwa. Od czasów jej przyjęcia nie doszło do żadnej godnej odnotowania zmiany na politycznym firmamencie. Kto raz dostał się na Wiejską, być może doczeka się tam, zakładając brak zmian czy „politycznej śmierci”, emerytury, ewentualnie osiemnaście razy zmieni szyld i zważając na koniunkturę mizdrzyć się będzie do kamer różnych stacji.

Przy okazji wyborów samorządowych Lambda Warszawa zorganizowała dobrą akcję „Wybieram tolerancję”, a homiki.pl dodatkowo zwracały uwagę, do czego służą radni samorządowi: do decydowania o tym, którędy kursują śmieciary, jak często jeździ tramwaj, jaka jest woda w kranie. Ale w „realu” zamiast o tym mówiono o sprawach „wyższych”, z pedałami i ich groźnym obliczem włącznie. Nie tylko bardzo łatwo straszyć, jak postraszono gejowskim ślubem, bardzo łatwo rzucać hasła uprzednio zamówione w firmie PR. Po niedawnych wyborach „skandalikiem” tylko było ujawnienie przez media, że słynne 100 konkretów jednej z partii opracowano na podstawie badań fokusowych (a nie przez szumnie anonsowaną „radę mędrców” – widocznie żaden mędrzec nie jest na tyle głupi, by pchać się w coś politycznego). Łatwo jest wykoncypować piękne hasło „o miłości”. A jakże łatwo ocierać się o śmieszność grzmiąc najpierw na polityków z wyrokami, by potem – koniunktura! – zapraszać ich do rządu; jeszcze później – odnieść sukces, by niespełna kilka miesięcy później ogłosić, że jest nic nie warty. Łatwo lansować się na imprezach gejowsko – lesbijskich NGOsów albo w telewizyjnym rozrywkowym talkshow przymilać się pedałom opowiadając ploty o rzekomym homoseksualizmie polityków z homofobicznych partii, by potem ograniczyć „działania” na rzecz osób homoseksualnych do westchnięcia – no nie, tego to my nie zrobimy! Polityka jest nie lepsza niż telewizyjne roztańczone show, gdzie smsy wyrzuca się do kosza, bo i tak wiadomo od początku od specjalistów PR i reklamy, która z gwiazd zgarnie „nagrodę”. Jest gorsza, bo to my dajemy na to wszystko kasę – zobacz sezon na PIT.

3. Synteza

Chyba nikt z mieszkańców „gwiezdnego cyrku multimedialnego” przy ulicy Wiejskiej w Warszawie nie zareagował na prezydencki „wybryk” tak, jak bym sobie tego życzył. Co więcej, profesor biolog poseł Niesiołowski, wicemarszałek z rządzącej partii, nie omieszkał zarzucić „wstrętnymi pederastami”, „reklamowaniem tych środowisk” i innymi złotymi myślami, których człowiek wykształcony winien się po prostu wstydzić. Jak się dowiedzieliśmy, miejsce gejów jest Nowym Jorku, najwyraźniej tamtejszy konsulat jest najwłaściwszym urzędem, by domagać się o „mniej ciemnogrodu” w Polsce, przepraszam, w polskim PR politycznym. Oprócz statementu Kampanii Przeciw Homofobii nie zauważyłem jakiegoś szerszego „ja”, który byłby głosem „stąd” przeciwko spektaklowi absurdu Kaczyńskich – i ich „sojuszników w sprawie” – Niesiołowskiego i innych.

Mamy do czynienia z bardzo ciekawymi zjawiskami:

a) Nadal nas nie ma, nie ma nas tam i wtedy, gdy jesteśmy potrzebni. Nie ma wystarczających miejsc, by skanalizować nasz gniew. Widocznie te „miejsca”, które istnieją, są niewystarczające i za mało „bojowe”, za grzeczne, za mało przegięte.

b) „Sojuszników” wśród „społeczeństwa oświeconego” mamy „niczego sobie”. Zapewne – wnioskuję po lekturze „poorędziowej” prasy – parady są fajne, dopóki niewinnie opowiadają się przeciwko biciu pedałów, wyrzucaniu ich z pracy (najlepiej, jakby takie hasła głosił powszechnie nielubiany polityk, można mu „dokopać”) albo za „szeroko rozumianą tolerancją” (przecież każdy „lewicowy” polityk lubi tolerancję, za którą kryją się rzeczy – oczywiście – niewymierne, typu ogólne przyjęcie do wiadomości, że pedałów bić nie wypada, a lesbijki to nawet istnieją). Czy nadal będą fajne, gdy okaże się, że pochód niesie biało – czerwone flagi i pod tymi barwami domaga się rozszerzenia instytucji małżeństwa?

c) Jeszcze ciekawsi są „sojusznicy polityczni”. Skoro dla pewnej, jakże ważnej i dzielnie bronionej przez Jacka Kurskiego, części społeczeństwa, jedynym sposobem na spędzanie wolnego czasu jest obrona „Polski” albo „Narodu” albo „wiary” przed zboczeniami, musi to odnotować prawdziwy suweren – PR i jego starszy brat – pieniądz. W polityce nie ma jakiejkolwiek „pracy” (cóż za wstrętne słowo), jest mejkap przed wejściem live na wizję. A pedały mieszkają tylko w talkshowach i programach rozrywkowych. W programach informacyjnych występują ewentualnie w Berlinie albo NYC. Jeszcze nie wymyślono badania focusowego, które odkryłoby potrzeby gejów, a lesbijek – choćby – istnienie. Poza grupą zapaleńców, traktowanych jako niegroźne oszołomstwo przez własne środowiska partyjne, homików nad Odrą i Wisłą nikt dostrzec nie chce (chyba, że są kryptociotami z PiS – można się pośmiać, albo tańcząco–śpiewającymi gwiazdami, można popatrzeć). Zresztą dziurawych dróg i pociągu jadącego 6 godzin 350 km z Warszawy do Wrocławia także nikt nie widzi – po co?

Podsumowując – beznadzieje polskie pedały liczą na grzeczną, miłującą tolerancję w wersji minimum prasę, a ich polityczni wybrańcy i tak pozostają zapatrzeni w najsprawniejszą maszynę zastępującą „pracę u podstaw” – pi-ar.

***

Co takiego należy zrobić, by nie wyjść na zrzędę? Czy nadal piszczeć, że nie jesteśmy homofobami, skoro nawet nie jesteśmy heteroseksualni? A może liczyć na siwych mędrców z prasy mainstreamowej, która i tak udowodni Ci, pośrednio, że Twoje miejsce jest za granicą? A może liczyć na zakończenie w stylu deus ex machina, pedalskiego mesjasza, przegiętego Konrada Wallenroda? Czy nadal wato pokładać nadzieje w politycznych produktach z photoshopa, które i tak zmielą Cię przy pierwszej okazji, gdy zauważą, że słupek rtęci sondażowej pójdzie w górę dzięki uporczywemu twierdzeniu, że jesteś errorem w polskiej rzeczywistości?

Doprowadziwszy do absurdu polsko–pedalskie piekiełko, proponuję, byśmy już nie zastanawiali się „czego chcemy”, tylko „jak” i wykorzystali wreszcie własne siły.

Michał Minałto naczelny homików.pl