- homiki.pl - https://homiki.pl -

Biblia, seks i przyjemność

Święty Paweł nie lubił gejów. Pozostanie w sferze domysłów, czy miał po temu jakiś konkretny powód. Faktem jest, że jednym tchem wymienia: „niesfornych, bezbożnych, niegodziwców, światowców, ojcobójców, matkobójców, grzeszników, rozpustników, mężczyzn współżyjących ze sobą, handlarzy niewolnikami, kłamców, krzywoprzysięzców…” (1Tm, 1,10). Zestawienie bardzo wymowne, ale mniejsza z tym. Nie jest moim celem mieszanie z błotem świętej pamięci Pawła. Nowy Testament pełen jest bowiem ustępów bądź to zwyczajnie ignorowanych przez naukę Kościoła, bądź to kompletnie niezrozumiałych. Trzy klasyczne przykłady to ustęp mówiący o rodzeństwie Jezusa towarzyszącym Marii (co prawda hebrajski i aramejski nie odróżniają braci od kuzynów, ale znacie to przysłowie by widząc odcisk kopyt w pierwszej kolejności pomyśleć o koniu, dopiero potem o zebrze), słynne słowa „nie przyszedłem nieść pokój a miecz”, kompletnie sprzeczne z pokojowym przesłaniem Nowego Testamentu, i fragment z Ewangelii Mateusza: „nikogo na tej ziemi nie będziecie nazywać waszym ojcem jeden bowiem jest wasz Ojciec, ten w niebie” (23,9).

Jakoś nigdy nie przeszkadzał on ani Ojcom Kościoła, ani Ojcom Dominikanom, ani samemu Ojcu Świętemu. Przypadki ignorowania Pisma przez oficjalną naukę można mnożyć, a kwestia błędnej/poprawnej interpretacji to już temat rzeka. Kościół nigdy nie przejmował się nazbyt mocno dosłownym tekstem Nowego Testamentu, dopuszczając dość luźną (pod warunkiem, że własną) interpretację. Jak widać, w razie potrzeby niektóre fragmenty, nie znajdujące potwierdzenia w reszcie Pisma, po prostu się ignoruje. I nie jest to bynajmniej aż tak naganne, dosłowne przestrzeganie NT byłoby raczej niemożliwe, bądź co bądź, został on spisany 2000 lat temu w kompletnie innej kulturze, wśród ludzi którzy żyli, myśleli i umierali inaczej, niż my.

Co prawda, Stary Testament potępia homoseksualizm:
„Nie będziesz obcował z mężczyzną tak jak się obcuje z kobietą, To jest obrzydliwość!” (1Kapł. 18.22 i 20.13), ale w tym samym miejscu potępia również wiele innych rzeczy:
„Nie będziesz łączył dwóch gatunków bydląt. Nie będziesz zasiewał pola dwoma rodzajami ziarna. Nie będziesz nosił ubrania utkanego z dwóch różnych nici”
(1Kapł. 19,19), „Nie będziecie obcinać w kółko włosów na głowie” (1Kapł. 19,27) – rozumiecie, co mam na myśli?

Gdyby katolicy trzymali się Starego Testamentu, byliby bardziej żydowscy niż sami Żydzi, dlatego odwoływanie się obrońców prawowiernego stylu życia do Księgi Kapłańskiej jest chwytem nieco desperackim i przy tym nieco śmiesznym.

Zresztą Stary Testament powstawał przez ładnych paręset lat i to na różnych terenach, w różnych środowiskach. Nie zawsze jest do homoseksualizmu negatywnie nastawiony. Wiele wskazuje na to, że związek Jonatana z Dawidem bynajmniej nie był platoniczny („Alboż to ja nie wiem, że wybrałeś sobie syna Jessego na hańbę łona swej matki?” [1 Sm 20,30]). Spotkałam się też z teorią, że w Dawidzie zakochany był sam Saul (nie wiem, kto i dlaczego na to wpadł. Saul cierpiał na przypadłość wówczas nazywaną „nawiedzaniem przez diabła”, po naszemu – był chory na nerwy. Obecność Dawida łagodziła objawy. Jednak nawet, jeśli łagodził je nie tylko grą na cytrze, to i tak musiałby to być związek miłości-nienawiści. Pierwsza Księga Samuela to naprawdę intrygująca lektura, polecam.) Niektórzy badacze sugerują istnieje takiego związku między Rut a Noemi. Zaczynam podejrzewać, że wiem, dlaczego wszyscy mężczyźni z ich otoczenia tak szybko pomarli.

Tym optymistycznym akcentem zakończmy przykłady ze Starego Testamentu, bo zbliżam się niebezpiecznie do granic herezji.

Same Ewangelie nie mówią absolutnie nic na temat homoseksualizmu. To milczenie jest wręcz podejrzane, zważywszy na to, że na Bliskim Wschodzie w czasach Jezusa elitę kulturalną w dalszym ciągu stanowili Grecy, a rządy polityczne sprawowali Rzymianie. Jak obie te nacje podchodziły do interesującej nas kwestii, jest powszechnie wiadome. Najbardziej intryguje mnie fakt pominięcia tej sprawy w ewangelii św. Marka. Spisana w Rzymie, skierowana do nawróconych Rzymian, na dodatek inspirowana przez najwierniejszego ucznia Jezusa, jakim był Piotr. Pozwolę sobie stwierdzić dobitnie, że przeciętny Rzymianin czasów wczesnego cesarstwa (Kaligula! Neron! Dobry przykład szedł z góry), był w stanie przelecieć wszystko, co nie uciekało i bynajmniej nie wpojono mu w dzieciństwie, że homoseksualizm jest czymś niemoralnym. W takich warunkach fakt, że nauczając nawróconych Rzymian ani Piotr nie przypomniał sobie żadnych słów Jezusa potępiających sodomię, ani Marek nie dotarł do żadnych materiałów dających się odczytać choćby jako aluzja, daje do myślenia.

Podkreślam jeszcze raz – wszystko, co można w Nowym Testamencie znaleźć na temat homoseksualizmu, to wymieniona na początku i jeszcze parę, równie ogólnych linijek w Listach Apostolskich, które nie są skierowane bezpośrednio przeciwko istocie homoseksualizmu, ale wyglądają, jakby szukano po prostu dowolnych przykładów „rozpustnego życia” i przy okazji natknięto się na to.

Egzegeza ze mnie żaden, ale mój mały rozumek wysnuwa z poprzedniego wywodu wniosek, że to nie Paweł, na którym homoseksualiści od stuleci wieszają psy, odpowiedzialny jest za oficjalną naukę Kościoła. Gdyby zaszły sprzyjające okoliczności, nikt nie zawahałby się tych paru linijek tekstu zwyczajnie zignorować. To raczej oficjalna nauka, szukając uzasadnienia, znalazła je u Pawła.

Pozostaje pytanie, dlaczego Kościół tak bardzo się uwziął, by chronić przed sodomią czystość moralną owieczek.

Wczesnośredniowieczny chrystianizm nienawidził rozkoszy. Jan Szkot Eriugena był przekonany, że w raju, przed grzechem pierworodnym, Adam był w stanie poruszać swoim członkiem wyłącznie siłą woli, tak jak każdą inną częścią ciała. Wówczas mógł zapłodnić Ewę bez cienia rozkoszy. Cóż za piękne były to czasy.

Seks jest grzechem, a dokładniej, grzechem jest przyjemność. Choć sekty dualistyczne takie jak manicheizm czy kataryzm zostały potępione, w ortodoksyjnym Kościele również widać ślady dualizmu na linii duch – materia. Walnie przyczynił się do tego święty Augustyn, po którym kontakty z manichejczykami nie spłynęły jak woda po kaczce. Dobre jest to, co pochodzi z ducha. Wiara, nadzieja, miłość. Sprawiedliwość. Przebaczenie. Bóg. To wszystko jest niematerialne. Materią jest natomiast ciało. Ciało odwraca uwagę od ducha, trzeba się o nie troszczyć, karmić je, przyodziać. Duch żąda rozkoszy wyższych, rozkoszy łączności z Bogiem. Ciało ma niskie, fizyczne namiętności. Dlatego ciało należy karcić, trzymać w ryzach, a najlepiej dręczyć surową ascezą. Dobrze wytresowane ciało nie będzie się upominać o własne potrzeby, przestanie przeszkadzać właścicielowi w oddawaniu się praktykom mającym na celu zbawienie duszy. Pożądanie czyni ludzi niewolnikami ciała. A przecież celem życia każdego człowieka miał być rozwój ducha i tym samym negacja potrzeb fizycznych. Wszystkie rozkosze materialne są złe, bo odwracają uwagę ducha od rzeczy naprawdę ważnych.

Mniej więcej do XI wieku (granice są bardzo umowne) trwała batalia o to, czy kobieta i mężczyzna w ogóle mają prawo ze sobą współżyć. We wczesnym średniowieczu przeważała teoria, że nie. Proszę nie wyobrażać sobie, że rzesze wiernych zgromadzonych w kościele wysłuchiwały kazań o tym, że nie wolno im uprawiać seksu, co w zamyśle miało w ciągu jednego pokolenia doprowadzić od końca świata. Wczesne średniowiecze – VI-VII wiek – to czas śmierci cywilizacji. Imperium Romanum już skonało, Imperium Francorum jeszcze się nie narodziło. Trwał chaos. Upadły szkoły miejskie, ba, upadły same miasta. Upadła myśl antyczna. Trwał tylko… Kościół. To na tym fundamencie powstał nowy świat (witamy w średniowieczu). Wszyscy epigoni kultury i literatury, śmiem rzecz – WSZYSCY intelektualiści byli duchownymi.

W takich warunkach żadnej wzniosłej teorii nie dało się narzucić masom. Sieć kościołów parafialnych zaczęła powstawać już po reformach gregoriańskich, gdzieś od XII wieku. Wcześniej, zakładając, że państwo w ogóle było ochrzczone, przeciętny obywatel widział księdza – w sprzyjających okolicznościach – na swych chrzcinach i pogrzebie, a i to nie koniecznie. Wielcy ówczesnego świata również często nic sobie ze świątobliwych mężów nie robili. Mogli więc oni spokojnie dyskutować sobie we własnym gronie kilkudziesięciu osób w Europie Zachodniej, które szczyciły się tym, że w ogóle potrafiły czytać.

Sęk w tym, że pisma tych kilkudziesięciu osób, to niemal wszystko, co ciemne wieki zostawiły po sobie potomnym.

Święty Augustyn zrównał przyjemność seksualną z grzechem. Połączył ponadto grzech pierworodny z seksem, udowadniając, że jest on przenoszony od początku świata z pokolenia na pokolenie, właśnie przez przyjemność seksualną. Jedynym środkiem odkupienia skażonego czynu pozostała czysta intencja. Więc nawet antykoncepcja DZIŚ zalecana przez Watykan (metody naturalne) była dla niego nie do przyjęcia. A że z wyżej wymienionych powodów przez setki lat nie znalazł się ktoś, kto mógłby Augustyna przegadać, tak już zostało – na ponad tysiąc lat.

Kościół rósł w siłę i tym samym zbliżał się do społeczeństwa. Chcąc nie chcąc musiał przejść do bardziej „życiowych” teorii, bo instynkt zachowania gatunku wśród większości populacji jak na złość pozostawał zbyt silny. W wielkich bólach urodziła się więc teza, że współżycie płciowe od biedy da się usprawiedliwić, pod warunkiem, że służy ono chęci posiadania potomstwa.

Powoli powstawały teorie mówiące o tym, że grzech rozpusty poza małżeństwem jest śmiertelny, a w małżeństwie – możliwy do odkupienia. (cóż za ulgę przyniosło to wiernym – wystarczyło ufundować jakiś kościół i już miało się pełne prawo cieszenia się małżonką – w odpowiednich terminach i pozycjach, rzecz jasna). Nie muszę dodawać, że przytłaczająca większość społeczeństwa nic sobie z tego nie robiła. Poza tym w tym czasie nie istniał jeszcze sakrament małżeństwa, co w praktyce często uniemożliwiało odróżnienie go od konkubinatu. Jak więc szukać usprawiedliwienia rozkoszy w małżeńskiej miłości? Czy ślub w ogóle jest uświęcony? Zarówno wśród pierwszych chrześcijan, jak i w kościołach reformowanych, małżeństwo nie jest sakramentem. Kiedy ślub wreszcie uświęcono, zrobiono to nie z hołdu romantycznej miłości, ale by ukierunkować i ograniczyć chuć, nadać ramy płodności, okiełznać zło wcielone czytaj kobietę.

Jak widać, Kościół nie potępiał w tym czasie samego homoseksualizmu. Był zbyt zajęty potępianiem WSZYSTKICH przejawów rozkoszy. Ponieważ jednak było to zupełnie sprzeczne z normą społeczna, musiał spuścić z tonu. Usprawiedliwiono akt płciowy czystym pragnieniem zaludnienia nieba aniołami. By owo pragnienie pozostało możliwie czyste (bo przecież człowiek sam w sobie jest brudny), należało jak to tylko możliwe wyprać je z rozkoszy. I tak św. Hieronim udowadniał, że kto zbyt mocno miłuje swą żonę, jest cudzołożnikiem. Należało zabierać się do swojej połowicy w odpowiedni sposób w odpowiednich terminach (poszczono najczęściej w środy, soboty, piątki, 40 dni postu, adwent, wigilie większych świąt, tzw. suche dni kilka razy do roku…). Na przykład pozycja na jeźdźca uważana była za wyjątkowo niegodną porządnych niewiast i najczęściej kojarzono ją z prostytutkami. Sugerowano nawet, że uniemożliwia zapłodnienie – a to już wystarczający powód, by ją potępiać.

Ostatecznie na podstawie Ewangelii udało się doprowadzić do z grubsza stałego ustalenia jeżeli nie doktryny, to popieranego zwyczaju – małżeństwo jest błogosławione przez Boga (w przeciwieństwie do konkubinatu). Co prawda lepiej pozostać w czystości, ale jeżeli ktoś „płonie z pożądania”, to lepiej, by płomień znalazł ujście w małżeństwie niż w przygodnej rozkoszy. Małżeństwo służy płodzeniu dzieci i tylko tym szczytnym aktem wzięcia na siebie odpowiedzialności za potomstwo może zostać usprawiedliwiony grzech rozkoszy. Amen.

I tak już zostało na wieki wieków. W Katechizmie Kościoła Katolickiego wdanym w latach 90-tych, wyraźnie stwierdzono niemalże to samo: „Z samej zaś natury swojej instytucja małżeńska oraz miłość małżeńska nastawione są na rodzenie i wychowywanie potomstwa, co stanowi jej jakoby szczytowe uwieńczenie”. Zatem odrzucone zostaje wszelkie współżycie nie mogące – przynajmniej w teorii – prowadzić do poczęcia dziecka. Antykoncepcja, sztuczne zapłodnienie, homoseksualizm – na jedno wychodzi. Ważne, że dar przekazywania życia i stosunek seksualny w religii katolickiej to w zasadzie jedno i to samo. W religii katolickiej seks daje życie, seks jest życiem, seks nie ma prawa bytu bez przekazywania życia tak jak przekazywanie życia nie ma prawa mieć miejsca bez seksu (stąd zakaz zapłodnienia in vitro).

Próby przekonania przedstawicieli Kościoła Katolickiego do zmiany zdania i zaakceptowania homoseksualizmu są więc typowym leczeniem skutków bez wglądu w przyczynę. Katolicyzm nie zaakceptuje homoseksualizmu, bo jest to sprzeczne z jego doktryną, i za sprawą tej samej doktryny nie zaakceptuje też prezerwatyw, z pokolenia na pokolenie narażając się na coraz większą śmieszność.

Idea zrównania stosunku płciowego z esencją życia sama w sobie wydaje mi się urocza, w sam raz dla katakumbowej sekty, której członkowie sami podejmują decyzję o przynależności do niej. Ale jako cecha determinująca stanowisko jednej z trzech największych światowych religii, robi chyba więcej zła niż dobra.

Autorzy:

zdjęcie Morgiana

Morgiana [1]

autor zmigrowany z php-nuke – ID: 141; nazwa: Morgiana