- homiki.pl - https://homiki.pl -

Racjonalizm w homoseksualizmie

Jestem homoseksualistą, ale nie wierzę w ułomność, którą próbuje mi się wmawiać. Ludzie twierdzą, że jestem zboczony i chory, a więc powinienem się leczyć. W każdym razie nie rzucać się w oczy, żeby nie gorszyć ich dzieci. Czołowe organizacje gejowskie zgodnie temu zaprzeczają, wskazując mi wroga – nietolerancyjne społeczeństwo. Inni radzą, żeby zachować zdrowy rozsądek, nie ulegać opinii ogółu i zarazem nie ufać tym wszystkim z obu stron, którzy za wszelką cenę dążą do konfrontacji. Jednak nie wiem czy w sprawach o tak poważnym znaczeniu – chodzi przecież o moje życie – możliwe są takie kompromisy. Czy możliwy jest racjonalizm w postawie polskich homoseksualistów?

Spróbuję napisać w paru akapitach o moich wątpliwościach dotyczących pozycji homoseksualizmu w zbiorowej mentalności społeczeństwa i stosunku do niego samych gejów i lesbijek. Tekst jest próbą subiektywnego ujęcia obrazów, przedstawionych tutaj w kilku pozornie niezależnych, choć w istocie symbiotycznych odsłonach tematycznych, które codziennie – bezpośrednio lub poprzez media –rejestrują moje zmysły. Wyrażam esencjonalny stosunek do zjawisk, do których jako człowiek żyjący w społeczeństwie, a nie na pustyni, powinienem się przecież odnosić. Zwłaszcza, że wokół tematu rozgrzewa od dawna batalia na argumenty i inwektywy. Stawiam również pytania, na które dziś jeszcze nie potrafię znaleźć odpowiedzi. Wierzę, że wielu osobom moje przemyślenia nie będą obce.

Syndrom homoseksualisty-ofiary

Czy życie pojedynczego geja w Polsce istotnie może być porównane do sytuacji lisa szczutego przez ogary? Lis musi wykazać duży spryt i przebiegłość, żeby nie dać się rozszarpać wściekłym psom. Z każdej strony spodziewa się niebezpieczeństwa, sygnału do ucieczki. A tych może być wiele: pijani menele, grupka dresiarzy szukająca okazji do zaczepki, arogancja i bezduszność w urzędzie, szyderstwo sąsiada, a nawet wrogość najbliższej rodziny. Czy to oznacza, że naprawdę jestem ofiarą? Wizja świata, którego mam prawo się bać, ale któremu muszę stawić czoła, jest niepokojąca; wprowadza dyskomfort psychiczny, paraliżuje efektywne funkcjonowanie; czasem uzależnia jak narkotyk – szkodzi mi, ale poszukuję z nim kontaktu.

Walka z kimś lub przeciw czemuś mobilizuje, choć zdarza się, że krótkookresowo, jeśli zaangażowanie nie przekłada się na wymierne korzyści. Być może wielu traktuje ją jako wyraz słusznego buntu, początek zmian, które mają zaprowadzić nowy, lepszy ład. Inni zapewne widzą w niej element zgrywu, pożyteczną w pewnym sensie, ale mocno nieżyciową ideę, a w najgorszym razie okazję do uczestniczenia w spektaklu pokojowej zadymy. W obu przypadkach może dochodzić do skrajności, do ujawnienia się pewnych czynników ekstremalnych. Mogą nimi być z jednej strony nadmierne buntownictwo zasilane parcianą ideologią, które w ostatecznej wersji niszczy zamiast tworzyć, a z drugiej brak odwagi cywilnej paraliżujący konkretne działanie. Niestety, demagogia i postępowanie nieracjonalne, choć z pozoru skuteczne (obecność w mediach), nie są przywarami wyłącznie naszych przeciwników.

Heterycy i zboczeńcy

W którym miejscu znajduje się granica normalności? Czy akceptowalne, bo demokratycznie przyzwalane, są parady równości, demonstrujące odmienną, niedostrzeganą na co dzień, ale liczebną siłę ludzką i jej podmiotowość w strukturze społecznej? Czy reakcje jej antagonistów przejawiające się w organizowaniu kontrmanifestacji i fizycznej agresji są słuszne, jeśli stoją za nimi przekonania znacznej części opinii publicznej?

Raz już wspomniałem o kompromisie, który w tym przypadku jak ulał wyraża się w postawie neutralnej przyjmowanej przez tych spośród gejów i lesbijek, którzy zdecydowanie nie chcą jakichkolwiek zmian albo chcą ich tylko trochę: w zakresie gwarantowanej wygodnej i bezkonfliktowej koegzystencji. Lub też tych, którzy chcieliby daleko idącej reorganizacji społeczeństwa, ale z różnych powodów nie potrafią się do tego przyczynić. Osobnym tematem jest, czy zmiany powinny być przeprowadzone gruntownie, czy tylko w zakresie tak zwanej kosmetyki obyczajowej.

Nieszczęście ofiary polega na jej przekonaniu, iż ofiarą jest. Skrajnym tego przypadkiem jest mit ofiary zaszczutej przez środowisko skumulowanej homofobii. W sposób oczywisty osoba taka czuje się pozbawiona godności ludzkiej, dostaje łatkę zboczeńca, i jest wyalienowana. Działa pod dyktando konformizmu, starając się w ten sposób ocalić swoją tożsamość, która i tak jest zagrożona wobec prymatu większości. Teoretycznie może liczyć na poparcie organizacji lesbijsko-gejowskich przy dochodzeniu praw cywilnych, jeśli zajdzie taka potrzeba, jednak cena takiego wsparcia (np. utrata pracy) często przewyższa chwilową korzyść i satysfakcję. Ponadto organizacje działając dla polepszenia sytuacji ofiar homofobii – a często w ogóle wyeliminowaniu skutków tej ostatniej – zazwyczaj nie mogą liczyć na współpracę najbardziej pokrzywdzonych.

Elitarne organizacje i samotność jednostki

Tęczowe flagi i jaskrawe hasła tolerancji i akceptacji zarezerwowane są paradoksalnie tym, którzy wcale wsparcia organizacji nie potrzebują. Są silni swoimi racjami i całkowicie wyemancypowani, pewni swego bez względu na cenę, jaką płacą: niechęci lub agresji ze strony większości, a nierzadko także śmieszności. Może działać wśród nich kojące poczucie wspólnoty, swoiste braterstwo broni, ale na pewno nie utożsamienie z tysiącem nieznanych, milczących ofiar homofobii. Martwię się, że i w tym przypadku, w zorganizowanym środowisku gejów i lesbijek, granica pomiędzy szczerym impulsem współczucia i pomocowości a wiecem politycznym zaciera się coraz bardziej.

Nawiązując do sytuacji ludzi, którzy czują się osaczeni w nieprzychylnym im środowisku, chciałbym zauważyć, iż osamotnienie ich wynika nie tyle z represji ze strony zewnętrznej, ile z ich własnego nastawienia wewnętrznego. Homoseksualista musi w kontekście środowiskowym (sąsiedzi, rodzina generacyjna, itp.) być indywidualistą. Świadomość własnej nieprzeciętności, psychicznej i seksualnej, to wielki ciężar, który trudno unieść samemu. Akceptacja i przychylność innych ludzi goją rany duchowe, ale naprawdę poszukujemy przecież kontaktu raczej tylko z tymi, którzy nas najpełniej rozumieją. Właściwie nie zależy to od orientacji seksualnej, bo podobne czysto człowiecze, ponadczasowe i uniwersalne rozterki nieobce są ludziom wszystkich ras i preferencji seksualnych zamieszkujących kulę ziemską. Jeśli jesteśmy ofiarami, to wyłącznie samych siebie. Siła, żeby zmienić własne życie, jest w nas samych, i nikt inny na pewno nam w tym nie pomoże.

Jak to widzą heterycy

Nie będzie z mojej strony próby publicystycznego nadużycia, jeśli podpiszę się pod niepopularną ze względu na dużą niepoprawność polityczną oczywistością, że obecni wśród nas ludzie różnią się między sobą. Dyferencjał ów określa nie tylko wykształcenie, miejsce zamieszkania, środowisko koleżeńskie, światopogląd, ale również poziom intelektualny, indywidualne aspiracje, sposób wyrażania emocji czy reagowania na sytuacje stresowe. Czasami różnice te są drastyczne, a zdaniem rozmaitych naukowców odpowiadają za nie czynniki bardziej genetyczne lub bardziej środowiskowe. Albo jedno i drugie po trochu. Zdania w tej materii jak zwykle są mocno podzielone, a z wyrażaniem własnych opinii trzeba bardzo uważać (nie będąc przecież specjalistą, powołałem się kiedyś w prywatnej rozmowie na analizę naukową wnioskującą przewagę opcji „genetycznej”, za co natychmiast zostałem przez interlokutora ukarany przyfastrygowaniem mi etykietki zapiekłego faszysty).

Za każdym razem, kiedy w mediach podnosi się temat np. dyskryminacji homoseksualistów, wówczas są oni ukazywani opinii publicznej jako całkowicie zintegrowana zbiorowość, wspólnie manifestująca, wspólnie składająca petycje i protesty. Generalnie ludzie wierzą w to, co widzą w telewizji. Niestety, w przypadku gejów i lesbijek widzą mocno zniekształcony obraz. Skąd mają wiedzieć, że drag queen z parady równości to nie zawsze to samo, co homoseksualny kolega ich syna ze szkolnej ławki. Mógłby ktoś powiedzieć, że to wina niskiej wiedzy społeczeństwa, rozeznania w tym, co jest na poważnie, a co po prostu dla żartu, brak odpowiedniego przedmiotu w szkole i oświeconej kadry nauczycielskiej, patriarchalny system rodzinny wykluczający odstępstwa od wzorca (w rzeczywistości jest to system dość elastyczny). I tak dalej. Z większością zarzutów się zgodzę, ponieważ wydają się racjonalne, a poziom wyedukowania społeczeństwa nieustannie należy podnosić. Uważam jednak, że parady równości nie są do tego właściwym środkiem. Mogą wieńczyć dzieło, ale nie rozpoczynać je.

Obsesja antyklerykalna

Szkoda, że zawsze w tle argumentów działaczy środowisk homoseksualnych pojawia się pokusa negowania rzeczywistości, która wyraża się najczęściej w artykulacji ostrego sprzeciwu wobec prawodawstwa, a także kultury i obyczajów narodu oraz korespondującego z nimi wyznania katolickiego. Bardzo wiele z tego, co mówią aktywiści, to rzeczy słuszne, piętnujące niesprawiedliwość. Wszelka ksenofobia, szufladkowanie bliźnich pod kątem ich fizyczności lub modelu ich życia duchowego, agresywna postawa wobec mniejszości znamionują nędzę umysłową i moralną tych, którzy swoim działaniem dowodzą hołdowaniu antywartościom. Rasiści to ludzie, którzy nie nadążają za swoimi czasami. Gdyby urodzili się dwieście, może sto lat wcześniej, bądź w pierwszej połowie ubiegłego wieku, znaleźliby właściwą dla siebie atmosferę publiczną. Obecnie nadają się już tylko do lamusa historii, ich gwiazda dawno już zgasła.

Tym bardziej, iż mamy w pamięci niechlubne schematy ideologii antyludzkich dopiero co wspomnianych indywiduów, razi zaperzenie gejowsko-lesbijskich teoretyków nowo proponowanego ładu społecznego, który jak dotąd również zdaje się bazować na antagonizmach. Warto oczywiście zaznaczyć, iż w większości przypadków są to antagonizmy wymyślone i rozpropagowane przez kogoś, kto stara się wprowadzić do świadomości publicznej zjawiska nieistniejące w rzeczywistości. Na przykład niepotrzebnie akcentuje się tu konflikt gejów z Kościołem, który ewidentnie jest sprawą medialną; nie bez znaczenia jest także pewna moda na antyreligijność, a już na antykatolicyzm w szczególności. W nowomowie homoseksualistów nazywa się to antyklerykalizmem.

Państwo wyznaniowe czy laickie

Nie każdy musi być wierzący. Jedni widzą w religii i obrządkach jakiś głębszy, duchowy sens, inni wiary w Boga nie podzielają. Nie myślę tutaj wyłącznie o rzymskim katolicyzmie. Na świecie roi się od zborów, gmin, związków wyznaniowych, mamy do dyspozycji pełen serwis wszystkiego, co w tej dziedzinie człowiek jest w stanie wymyślić. A nawet więcej, bo jak mi się zdaje, powstały ostatnio zupełnie nowe religie „techno”. I dobrze. Dokonujemy wyboru indywidualnie, na własną odpowiedzialność. Nie ma siły, która by nas zmusiła do tego, żeby uznawać i praktykować zachowania, których nie aprobujemy.

Tak się ma rzecz, jeśli chodzi o jednostkę, państwo zaś, jako twór instytucjonalny, może być wyznaniowe lub tylko laickie, o pośrednich wariantach nie wspominając. Nie ma żadnych reguł, które mogłyby ten aspekt z góry określić. Możemy spoglądać na sąsiadów zza Odry i zastanawiać się, jak oni to czy tamto zorganizowali, ale pamiętajmy, iż nie jest to dla nas żaden wyznacznik działania. Wielość dopuszczalnych wariantów regulowania tych spraw powoduje, że doskonałości żadnego z nich nie możemy być pewni. Dawniej decydowały o tym względy kulturowe, okoliczności historyczne, a nawet geograficzne (Polska jako przedmurze świata chrześcijańskiego, broniąc Europy przed inwazją muzułmańską, nie bez powodu tak silnie związała się z Krzyżem); w czasach nam bliższych religia bardzo często pełniła rolę akceleratora kulturowego, dawała ludziom jednolitą tożsamość wobec groźby wynarodowienia czy eksterminacji. Złościć się na historię zakrawa na absurd, ale abstrahować od niej to już najuczciwsza głupota. Brak wniosków ze złych doświadczeń spowoduje, że nieszczęścia wrócą kiedyś jak bumerang.

Jeszcze o chrześcijańskich korzeniach

Kiedy chcemy zachować jakieś cenne wspomnienia z przeszłości, wiedząc, że będzie warto do nich sięgnąć w przyszłości, nagrywamy je na jakiś nośnik: taśmę magnetofonową, dysk komputera, itp. Taką rolę pełnił (i częściowo pełni nadal) wobec polskiej kultury katolicyzm. Nie zapominajmy o tym. Nie optuję za czołobitnością przed świętym obrazem, odmawianiem różańca dwadzieścia cztery godziny na dobę, ścieraniem butów na pielgrzymkach, przyjmowaniem księdza po kolędzie. Jak podkreśliłem, są to tylko potencjalne wybory korespondujące z indywidualnym intelektem i stopniem ulegania doznaniom quasimistycznym. Ale potępienie w czambuł Kościoła (razem z kolosalnym, wielopokoleniowym dorobkiem intelektualnym) oraz próba wyrugowania z ludzkiego aparatu emocjonalnego czynnika religijnego może przypominać podcinanie gałęzi, na której się siedzi.

Zdaję sobie sprawę, że powyższym akapitem być może wtargnąłem w gniazdo os. Parę osób na pewno się ze mną zgodzi (znam takie), ale czy reszta? Nie jestem jednak tu od tego, żeby kadzić w klubie wzajemnej adoracji, tylko dlatego, żeby mnie kumple lubili i że taka panuje obecnie w salonach moda. Nadal należymy do kręgu cywilizacji chrześcijańskiej i podlegamy jej wpływom. Paradoksalnie emancypacja gejów i lesbijek jest efektem procesów, które zapoczątkował właśnie ów chrześcijański światopogląd. Kto tego nie może pojąć, niech spróbuje przemaszerować w różowych majtkach i z tęczową flagą po ulicach Bagdadu. Amen, jak lubią kończyć akapity cyniczni antyklerykałowie.

Nieunikniona starość, i co dalej?

Sam aspekt bycia ofiarą homofobii (uznania się za nią lub nie) zależny jest jeszcze od innego, równie ważnego, choć niezwykle rzadko notowanego wskaźnika, który określa degradację psychospołeczną homoseksualisty. Nadchodzi w życiu wielu starszych gejów moment, w którym ich bilans psychiczny i społeczny wykazuje saldo ujemne. Większość życia spędzona w samotności bądź mało satysfakcjonujących, krótkotrwałych związkach z podobnie uwikłanymi w sprzeczności ludzi powoduje, że nie mają oni trwałej podstawy psychicznej i ekonomicznej dla dalszego bytowania. Następuje zazwyczaj szybki regres widocznych objawów przystosowania tych często aktywnych i użytecznych niegdyś ludzi. Wskutek tego mniej dbają o siebie, cierpią na zaniedbane schorzenia, są pogrążeni w depresji, nie próbują zmienić swojego życia.

Przykład tak funkcjonujących osób ukazuje, choć zapewne w innej intencji, Michał Witkowski w swoim Lubiewie. Za książkowymi bohaterami czai się gdzieś widmo wykluczenia, które towarzyszyło im przez całe życie. A jednak nie potrafimy przyznać im miana „ofiar homofobii”, ponieważ oni sami nie postrzegają siebie w ten sposób. Osiągając pewien wiek, przeszli na drugą stronę, na tę stronę, w której już im nie zależy, co o nich inni pomyślą, jak ich percypują. Oni wciąż istnieją egotycznie poza jakąkolwiek definicją, a jednak w ramach wyznaczonych przez nasz stosunek do ich życiorysów i teraźniejszych postaw. Obecni, choć jakby świadomie wyłączeni z głównego nurtu. Nie ulega wątpliwości, że to nie jest właściwe miejsce dla zdrowych ludzi.

Czy parady równości urządzane są również dla nich? Organizatorzy gejowskich i lesbijskich manifestacji powiedzą zapewne, że tak, że przede wszystkim dla nich. Oni sami natomiast widzą współczesną gejowską atmosferę jako cudaczną. Nie tyle w jej sensie demagogiczno-ideologicznym, ale funkcjonalnym. Biegun zainteresowania w ich przypadku oscyluje wyłącznie ku sprawom osobistym – w praktyce skupiają się na przeżuwaniu przeszłości, zmyślaniu swojej biografii, intrygowaniu w swoim wąskim gronie. Popularyzowany homoseksualizm razem z jego klubami, paradami i specyficznymi gadżetami jest domeną osób młodych, które wkrótce staną przed analogicznym problemem. Jaki sens nadać życiu, jeśli jego poprzednie atrybuty (uroda, zdrowe ciało, itp.) należą do sfery niebytu? Można dywagować jak bardzo wraz z przypływem lat zmieniają się nasze poglądy i sposób widzenia świata. Pytanie tylko jedno: jak się urządzić z tym, co naprawdę zostanie.

Autorzy:

zdjęcie Kamil Zachert

Kamil Zachert [1]

autor zmigrowany z php-nuke – ID: 115; nazwa: KamilZachert