- homiki.pl - https://homiki.pl -

Kilka uwag o ''Lubiewie'' Michała Witkowskiego

Obrzydliwa, gejowska, śliska, urokliwa, zła literacko, niezdrowo pociągająca, brutalna, pasjonująca, ohydna, egzotyczna – to tylko kilka z określeń wypisanych przeze mnie z rozmaitych recenzji „Lubiewa” Michała Witkowskiego, które ukazały się w prasie. Jednym się podoba, inni – jak Dariusz Nowacki z „Wyborczej” – rzucają gromami, jeszcze inni piszą o rosnącym obrzydzeniu w trakcie czytania, ale koniec końców chwalą i przypinają łatki: że oto rodzi się „polski Genet”, że przez materiał literacki prześwituje Białoszewski, spomiędzy liter na czytającego patrzy spod oka Gombrowicz, a może nawet Pasolini. Tymczasem Witkowski to Witkowski, młody – zdolny z Wrocławia, który, jak zapewniał na spotkaniu w „Paradise Lost”, napisał „Lubiewo” dla siebie, bo podobnych lektur próżno szukać w księgarniach.

Przeczytałem książkę Witkowskiego błyskawicznie – rzeczywiście trudno się od niej oderwać, choć lektura nie jest z gatunku tych łatwych, lekkich i przyjemnych czytadeł do poduszki. – Z jednej strony „Lubiewo” bawi, rozśmiesza, z drugiej – wciąga jak bagno, oblepia, ciąży na żołądku, osadza się w pamięci. Po przeczytaniu miałem problemy z uwolnieniem się od książkowych bohaterów – żałosnych, podstarzałych ciotek nie potrafiących się odnaleźć ani w III Rzeczpospolitej, ani w okresie emancypacyjnym, którego symbolem jest wrocławska „Scena”, pełna wypacykowanych gejątek i gejąt.

Ciotki zaludniające kartki „Lubiewa” – Patrycja, Lukrecja, Dżesika, Hrabina, Cyganka, Emerytka i tuzin innych – to kiczowate kreatury, które opowiadają narratorowi (alter ego autora) swoje lujowate, parkowe historie. Witkowski nie oszczędza swoich bohaterów (bohaterek?) – opisuje ich przygody brutalnym, „brudnym” językiem. – Marzenie ciotek to prymitywny luj do obciągnięcia, drutowanie to fellatio pod krzakiem lub oszczanym wucecie, śmierdzące onuce to piękne wspomnienia z młodości, podróż to krótka wyprawa pod Wrocław, pod oleśnicką ciupę, gdzie można pomerdać tyłkiem na oczach setek szalejących kryminalistów. Mam wrażenie, że Witkowski nie rzuca nam swoich ciot na pożarcie – są wprawdzie zabawni, wzbudzają uśmiech politowania, uczucie obrzydzenia, może nawet budzą złość, trudno jednak szukać w prozie Michała pogardy dla ich historii, ich przegiętego sposobu życia. „Lubiewo” to w pewnym sensie hagiografia parkowych, starych gejów i ich świata, który skończył się wraz z upadkiem PRL-u i nadejściem gejowskich działaczy, młodych gniewnych domagających się równouprawnienia. Brutalny język książki to nie puste nabijanie się ze starych przegiętasów, Witkowski dostrzega w nich odrażające i pociągające… piękno!. – Interesują mnie właśnie ci odrażający, brudni, źli, bo im została już tylko konfabulacja, język, zmyślenie i to im musi wystarczyć za cały świat – mówi autor. – To podwójny margines społeczny: nie dość, że geje, to jeszcze ta ich warstwa najbardziej skryminalizowana – złodzieje, prostytutki, wywłoki. Jeśli już mają pracę, to jest to praca siedząca. Siedzą. Siedząc więc w byle dyżurce stróża nocnego, śnią i zmyślają o najfantastyczniejszych rzeczach – stąd są tak atrakcyjni jako postaci literackie.

Pomimo swojej ostrości proza Witkowskiego jest bardzo błyskotliwa, miejscami nawet urzekająca. Parki, miejskie kible, bulwar nad Odrą we Wrocławiu, plaża w Lubiewie to nie zwykłe pikiety, gdzie kurwią się cioty-pikietówy. To miejsca niemal magiczne, schowki miłości, rozkoszy i lubieżności – tam bohaterowie książki przeżywają swoje wielkie emocje, „drutują” wspaniale obrzydliwych lujów i wspominają to potem przez całe lata, spotykają duchy zmarłych dawno ciot, tam też dają się bić i zabijać. – „Gdy padało, cały park łapał nieuleczalną chorobę weneryczną zwaną mżawką. W takie noce na Artystycznej czasem było otwarte. Wówczas w szczelinie (…) pojawiał się facet, nazywany przez nas deszczowym kochankiem. Stał z opuszczonymi aż do samych butów spodniami i podwiniętym pod brodę swetrem. (…) Niczego od nikogo nie chciał, tylko tego echa deszczu obijającego się o blaszane ściany, spotęgowanego odgłosu zwykłych codziennych kropel. Prawdopodobnie nie czuł zimna, wstydu ani wiatru. (…) Jak czuje się człowiek, po którego nagim ciele powoli ześlizgują się zimne krople deszczu, ale nie czyste, tylko opadłe z zardzewiałego dachu szaletu?”

W niektórych recenzjach „Lubiewo” nazywane jest szumnie „pierwszą polską powieścią gejowską”. Moim zdaniem niesłusznie – nie jest to powieść gejowska, ta łatka tu nie pasuje. Gdzie tu geje? Ja ich nie widzę, dostrzegam za to barwne ciotowskie postaci – na wpół rzeczywiste, na wpół legendarne i piękne jak kiczowate obrazki rozdawane w trakcie styczniowej kolędy. Prawdę mówiąc książka Michała Witkowskiego nie jest nawet powieścią – to ubrany w estetykę campu zbiór barwnych anegdot, śmiesznych i smutnych historyjek oraz quasi-reportaży literackich, które spina w jedno postać narratora – Michasia, Michasi.

Polecam tę książkę wszystkim, zaciekłym wrogom homików też. Zapewne nie zrozumieją „Lubiewa”, ale przynajmniej będą mieli z lektury taki pożytek, że utwierdzą się w swoich wrogich przekonaniach. 😉

Autorzy:

zdjęcie Jerzy Piątek

Jerzy Piątek [1]

Jeden ze współzałożycieli i redaktor portalu Homiki.pl, w stowarzyszeniu Otwarte Forum.
Zawodowo związany z branżą PR.
Prywatnie – zapalony fotograf, miłośnik poezji Rolfa Dietera Brinkmanna, dobrej kawy i rowerów.