Moje Mironalia 2013

Literatowi Mironowi w trzydziestą rocznicę zgonu (w ubiegłym wieku)

„…Byleby przeszło to, o co chodzi, cały – jak mówię – zlep sytuacyjny. To, co się dzieje. A ile rzeczy naraz się dzieje, obok siebie, po kolei, nie po kolei. Dochodzenie, skojarzenie, sytuacje dialogowe, jakieś historie. … Ważne są wszystkie szczególiki, bo inaczej to nie będzie nasycone… Bez tego jest tylko literatura, aforyzm, brak człowieka”.

Tak mówił literat Miron w jednym z wywiadów na początku lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku (tak teraz wszyscy piszą: „ubiegłego wieku”, co vqrvia mnie na maksa, bo niby jakiego wieku? Ale teraz wszystko uporządkowane, skodyfikowane i pod linijkę musi być, zgodnie z wytycznymi „Unii”, i – co ciekawe – młodzież, studenci, to akceptują, wyrośli już w tych klimatach, choć przecież ceniona literatka Wisława pisała: „wolę piekło chaosu od piekła porządku” w jednym ze swych poczytnych wierszy…).

I otóż ja, gdy sam byłem młody (wciąż, qrva, jestem?) w końcówce lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku, szedłem oto Krakowskim Przedmieściem „pełnym deserów” (któż by teraz pamiętał to określenie Adolfa Rudnickiego (1909vel12-1990), jakże poczytnego literata drugiej połowy ubiegłego stulecia, po części emigranta we Francji), i oto co widzę: na drzwiach Kamienicy Johna przy Placu Zamkowym, ówczesnej siedzibie Związku Literatów Polskich (a obecnie SPP i „trefnego” nieco post-ZLePu”, a także PEN Clubu), a która to budowla pretensjonalnie i groteskowo nazywa się obecnie Domem Literatury (Ordnung muss sein) wisi wielki anons: „Wieczór autorski poety i prozaika Mirona Białoszewskiego, członka ZLP). O godzinie 19.15 bodajże. Bo ja już mam takiego farta: jak idę deptakiem w Brighton, czyli letniej gejowskiej stolicy UK, to natykam się na zapowiedź spotkania z Alanem Hollinghurstem tegoż samego popołudnia, o godzinie 5.30 p.m, jak dobrze pomnę, a jak idę krakowską Krupniczą, to na drzwiach tamtejszego domu literatów natykam się na zapowiedź spotkania z Michaśką Literatką tegoż samego podwieczora o godzinie 18.30 w klubie Cocon na ulicy Gazowej… Chciałoby się powiedzieć – jakiż ten los dla mnie łaskawy w temacie spotkań z poczytnymi literatami, w tym zagranicznymi…

Ale ad rem: przybywam oto na spotkanie, sala pełna prawie, wypełniona rzeszą czytelników spragnionych ambitnej literatury. I oto ceniony poeta i prozaik, członek ZLP M. Białoszewski odczytuje fragmenty swojego właśnie powstającego utworu (work in progress, chciałoby się powiedzieć), i słyszę wraz, że pani Kicia Kocia to to, a pani Malina tamto, a Jadwiga z Julianem przyszli, a Anula kartkę na drzwiach zostawiła, a Tadeusz miał katar, a Stef (wychodząc od Eskich) głośno, excusez le mot, pierdnął – no cóż, zdarzyło się. Bywa. Tak, tak, niejednemu zdarza się pierdnąć w sposób niezapowiedziany, pamiętam, jak podczas moich studiów w Krakowie puściła (w czasie konserwatorium poświęconego literaturze brytyjskiej II połowy XX wieku, nie, to jednak była gramatyka historyczna) głośnego bąka (pobudzonego kaszlem) pewna ceniona wykładowczyni, członkini Rady Naukowej Instytutu, laureatka nagrody Rektora UJ drugiego stopnia (zespołowej), co próbowała pokryć kaszlem jeszcze głośniejszym, choć niewielu dało się nabrać, że ten bąk to był odgłos kaszlu. No i słucham tego tokowania, trochę mnie to vqrvia, a tu nagle wychodzi na środek sali lekko zataczający się młody literat i bełkotliwym głosem zaczyna nawijać swoje:

„Pan, panie Mironie, to mnie dziś naprawdę rozczarował. Co to ma być? Jakieś takie marne bzdety, pojebane pierdółki, pan chyba raczy żartować. To ma być literatura?” I tak dalej, w jakimże stylu…

A literat Miron jak gdyby się w słup soli przemienił, zesztywniał, zmarkotniał, przeraził się – i wreszcie wymamrotał: czy już pan skończył? I podleciały wnet ku młodemu literatowi (członkowi Koła Młodych, laureatowi nagrody Roberta Gravesa w dziedzinie poezji, stypendyście Ministerstwa Kultury i Sztuki) szacowne literackie damy, które nie miały dorobku, ale swoją damowością tworzyły klimat miejsca – i założywszy młodemu literatowi coś w rodzaju damośnego nelsona wyprowadziły go z sali.

Zaś literat Miron czytał swój work in progress dalej…

Cóż można napisać o literacie Mironie w krótkim tekściku na Homikach? Przecież i tak jest stosowne hasło w Wikipedii, a na ambitniejszych czekają niezliczone książki: samego literata utwory (ja sam mam w domu „Pamiętnik z Powstania Warszawskiego”, „Szumy, zlepy, ciągi”, „Zawał”, „Wiersze”, „Tajny dziennik”, i gdzieś jeszcze „Donosy rzeczywistości”, który to tomik w małym PIW-owskim formacie po prostu mi wcięło, może go znajdę przy remoncie mieszkania gdzieś za kanapą z ŁAD-u – kupioną w końcówce Gierka dzięki czekoladkom Wedlowskim i nabytej za bony towarowe PKO kawie „Nescafé”, a wręczonym z „czystej sympatii” pani kierowniczce sklepu „wzorcowego”  ŁAD-u na ulicy Puławskiej bodajże. Liczę, że to przestępstwo łapownicze uległo już przedawnieniu, ale, gdyby co, było to, jak mówię, „z czystej sympatii”, bo pani kierowniczka, członkini egzekutywy zakładowej PZPR w ŁADzie, z pewnością lubiła kawę. Taka będzie moja linia obrony, gdyby PiS powrócił do władzy, a Ziobro i Kamiński chcieli mnie na oczach studentów z uczelni wyprowadzić na całonocne przesłuchanie, więc otóż może te „Donosy” znajdę za kanapą, a może nie, trudno, tak bywa), a i jeszcze o literacie Mironie książka niejedna, analizy naukowe, tudzież „Człowiek Mirona” pana Sobolewskiego. I jeszcze coś tam, coś tam by się znalazło tu i tam. No więc to bogactwo materiału literacko-naukowego tak mnie po kaczyńskiemu poraża, że po prostu mówię pas, nie ma pytań, nie mam tchu, rien ne va plus

A o poecie i prozaiku Mironie miałem napisać dlatego, że – jak dziś wiadomo – gejem on był, więc my, geje, lesbijki, biseksy i transy wszelakie (nie wiem, czy aseksy także?) mamy być dumni niezmiernie z tego, że on jednym z nas był. Że on ci nasz jest! Że gej i taki zdolny. No tak, to miłe, że tylu zdolnych literatów to gejowie i lesbianki właśnie. Tudzież biseksy, jak inny zdolny literat Gombro. Więc może lepiej (na zakończenie, choć rozwinięcia nie było) niech będą dwa krótkie passusy, jeden z „Tajnego dziennika” (wizyta w Ameryce, w końcówce życia, to ten pierwszy), a drugi (bardziej poetycki!) z „Szumów, zlepów, ciągów”. Te teksty to – moim pokornym zdaniem – cały Miron. No i ten plac, gdzie tyle razy jedliśmy naleśniki i oglądaliśmy pedalskie filmy vis-à-vis kościoła w „Bastylii”, gdzie omawiałem przekład kultowej pedalskiej książki (niebawem, niebawem!) z krakowskim wydawcą w „Szarlocie”, gdzie straszy już na wieki wieków amen oskubana tęcza, gdzie można spotkać tylu ładnych młodych Wietnamczyków. Voila, merci, dziękuję, nie mam pytań, cajeronczki, adieu. Lub vale (jak Eugeniuszowi Onieginowi radził kończyć pisma poeta Puszkin, bo w dobrym tonie to było).

Już zrobiły się mi znane, powszednie te miejsca. Dokupiłem sobie dziś bardzo przez siebie poszukiwany cymes, tylko za 6 dolarów. Świetny Murzyn z olbrzymim „interesem” sam sobie robi minetę. Olbrzymi „interes” podobny do owego miałem dwa razy.

Dużo przeżyłem w życiu dobrego, złego i ciekawego. I dlatego nie może się powtórzyć oszołomienie takie jak Paryżem w 1959 roku. Jeszcze było wspaniale z Egiptem.

Z tymi porno mieszkam u zakonnic. I wszystko dobrze. To tak jak chodzenie do konsulatu i miłe rozmowy z wygwizdaczami.

Leżę w pokoju, piszę, czytam. Za oknem cisza. Czasami lekki szum czegoś jadącego, spokój – spokój. Tylko rano o 10-tej dyńdylinda tu obok z kościółka sygnaturka. Dziś mnie wybiła ze snu, przez co spałem ledwie 4-5 godzin. Jest tak ostra, tak długo dzwoni, że niewiele pomagają zatyczki w uszach.

Siusianie nocne przy łóżku do dużego pudła po soku pomarańczowym z grubej tektury. Nie przecieka. Nawet po tygodniu.

Nie mogę się nauczyć uruchomiania telefonu ani otwierania okna typu angielskiego. Więc jednak pułapki.

I drugi fragment, ten bardziej poetycki:

- Ale mówię ci, ten plac Zbawiciela.

- Co? Ruch?

- Jeszcze jaki. I ten MDM, i plac Zbawiciela, i Nowowiejska…

Tak, tam jest życie

- oj, jest, a pod arkadami

- no

- samo życie. Co za świetny plac. Okrągły. Wysoki. Naokoło. Świetny, jak nie iść…

- same atrakcje.

- Ten plac Zbawiciela obraca się dokoła siebie. Jak ruleta. I każda wygrana.

Zaprawdę, powiadam Wam: jacy są najwięksi polscy literaci dwudziestego stulecia (tego, co minęło)? Oczywiście Gombrowicz i Miron. Żaden Miłosz (choć full respect), żadna limerykowa Wisieczka (ditto). Tylko Gombro i Miron. To oni zmienili tonację polskiej literatury. Ale takim Nobla się nie daje. Jeszcze by bąka na ceremonii Noblowskiej puścili. Vale, adieu.

 

 

 

Autorzy:

zdjęcie Krzysztof Zabłocki

Krzysztof Zabłocki

Anglista, wykładowca na Uniwersytecie Warszawskim, tłumacz literatury angloamerykańskiej i francuskiej, autor szkiców, członek zarządu Stowarzyszenia Lambda Warszawa; wielbiciel jamników, Indii, kina Viscontiego, Kazi Szczuki, campu, Pałacu Kultury i Karl-Marx-Allee w Berlinie.

3 komentarzy do:Moje Mironalia 2013




Skomentuj

  

  

  

Obraz CAPTCHY

*

Możesz używać następujących tagów HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Pamiętaj: zamieszczając komentarze akceptujesz regulamin

napisz do nas: listy@homiki.pl

Homiki.pl. Czasopismo zarejestrowane w Sądzie Okręgowym Warszawa Praga pod nr 2372 więcej »
Nr ISSN: 1689-7595

Powered by WordPress & Atahualpa