Piątek w piątek: politycy bawią się w państwo

Im jestem starszy, tym bardziej mam wrażenie, że żyję w kraju, gdzie rzeczy i sprawy fundamentalne traktowane są na niby. Jakby real był grą komputerową, a może scenariuszem do  hollywoodzkiego filmu dla mas, gdzie życie jest udawane, a wydarzenia stanowią okazję do świetnej zabawy. Ta bańka pozorów nie została wyjęta jednak z baśni o Nibylandii, lecz jest częścią polskiej codzienności.

Żyjemy w kraju, gdzie obywatel otoczony jest opieką prawa, pod warunkiem jednakże, że nie wystaje poza szablon Polak – katolik – hetero – pracujący – nieprotestujący – posłuszny – zdrowy (do tego łańcuszka można doczepiać kolejne ogniwa). Ludzie wystający poza te standardowe ramy boleśnie poznają na własnej skórze niedoskonałość systemu, w którym przyszło im żyć.

Mamy zatem państwo przyjazne rodzinie i dzieciom, co w praktyce oznacza nieefektywną „pomoc” (np. becikowe), brak rzetelnej edukacji seksualnej i do życia w związkach, promocję ideologii katolickiej w sprawach związanych z prokreacją, niewystarczającą opiekę medyczną dla najmłodszych, niedostatek urlopów ojcowskich. Mamy państwo otaczające opieką wszystkich obywateli, wszyscy są wobec prawa równi, nie wolno nikogo dyskryminować z jakiejkolwiek przyczyny. Okazuje się jednak, że wystarczy być homo, aby doświadczyć dyskryminacji przez urzędy, w szkole i – szerzej – życiu publicznym, a skargi na taki stan rzeczy pozostają bez odpowiedzi ze strony władzy.

Warto regularnie sięgać po Konstytucję, by sprawdzać, jakim kursem idzie nasz polski okręt. Otóż z ustawy zasadniczej wynika, że żyjemy w państwie świeckim, a obowiązującym ustrojem jest demokracja. Sęk w tym, że sfery „boskie i cesarskie” są u nas na co dzień do szczętu pomieszane. Rytuał katolicki włączony jest do rytuału państwowego – prezydent, świętując patriotyczne państwowe uroczystości, demonstracyjnie robi to w katolickiej świątyni, potwierdzając tym samym dyskryminujący dogmat prawicy narodowej „Polak = katolik”. Krzyże wiszą w urzędach, w szkołach do statutów wpisywana jest nauka katolicka (jak niegdyś przewodnia rola PZPR). Niby-świeckość naszego państwa skazuje na dyskomfort obywateli niewierzących, innowierców oraz widzących w państwowej promocji katolicyzmu zagrożenie dla demokracji.

Co ciekawe, przenośne odczytywanie ustawy zasadniczej w kwestii świeckości („autonomii i wzajemnej niezależności”) nie przeszkadza politykom, ideologom partyjnym i religijnym oraz klerowi odczytywać ją dosłownie, gdy mowa o małżeństwie. Co więcej – nasi nieprzyjaciele pod pojęcie „małżeństwo” podciągają inne, niemałżeńskie relacje emocjonalne między dorosłymi ludźmi. Dzięki temu mogą twierdzić, że prawne uregulowanie związków jednopłciowych jest „zamachem na małżeństwa”, „niszczeniem rodziny”, „przejawem cywilizacji śmierci”, itd.

W tej grze uczestniczą rządzący politycy, potrafiący rozpoznać, skąd wiatr wieje, do czego dostosowują swoje zachowanie. Premier polskiego rządu z jednej strony dba na zewnątrz o wizerunek Europejczyka, unijnego entuzjasty, otwartego demokraty, z drugiej zaś strony – na polskim podwórku – składa Kościołowi Katolickiemu daniny, np. przydzielając Jarosławowi Gowinowi tekę ministra sprawiedliwości, powołując fundamentalistkę katolicką Elżbietę Radziszewską na stanowisko pełnomocnika rządu do spraw równego traktowania (odeszła – ufff – w niesławie).

To dobrze, że Donald Tusk dostrzegł ostatnio problem i zadeklarował, że mniejszość taka jak nasza powinna mieć prawo do bezpieczeństwa w związkach. Znakomicie, że w końcu dostrzegł kwestię radykalizacji narodowej prawicy, której żołnierze z szalikami z rykiem wdzierają się na uniwersytety. Moim zdaniem refleksja ta (oby szczera) przyszła jednak za późno, ponieważ dzisiejsze ekstremizmy są owocami wieloletnich zaniedbań. Wpuszczenie barbarzyńców do salonu i wysługiwanie się nimi w politycznej grze, co do mistrzostwa opanowało PiS, mści się dopiero teraz. Niby-opozycja w postaci SLD też maczała w tym palce – rządy tej partii zawsze dbały o dobre relacje z Kościołem, osłaniając jego wpływy na życie w kraju, dzięki czemu ta instytucja religijna wrosła w życie polityczne jak huba w drzewo.

Pomimo pojawiającego się czasem zniechęcenia wciąż wierzę, że to nam, obywatelom, uda się dobrze urządzić miejsce, w którym żyjemy. I to pomimo przeciwnych starań politycznego, indolentnego betonu. Jestem głęboko przekonany, że to dzięki wysiłkowi tych, którym się jeszcze chce być obywatelami, politycy nie zepsuli do końca instytucji demokratycznego państwa i że – pomimo chęci pisowskiej prawicy – nie idziemy drogą Orbana, niebezpiecznie majstrującego w państwowych mechanizmach. Politycy bawią się w państwo, uczestniczą w grze, gdzie nagrodą jest przedłużenie czasu sprawowania władzy i dostęp do przywilejów. Bez obywatelskiej kontroli, bez upominania się o prawa, przypominania o zwykłej ludzkiej przyzwoitości – będziemy mieć figę. Mam nadzieję, że zrozumie to ta obojętna (lub zarobiona), nieuczestnicząca większość.

 

Autorzy:

zdjęcie Jerzy Piątek

Jerzy Piątek

Jeden ze współzałożycieli i redaktor portalu Homiki.pl, w stowarzyszeniu Otwarte Forum.
Zawodowo związany z branżą PR.
Prywatnie – zapalony fotograf, miłośnik poezji Rolfa Dietera Brinkmanna, dobrej kawy i rowerów.




Skomentuj

  

  

  

Obraz CAPTCHY

*

Możesz używać następujących tagów HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Pamiętaj: zamieszczając komentarze akceptujesz regulamin

napisz do nas: listy@homiki.pl

Homiki.pl. Czasopismo zarejestrowane w Sądzie Okręgowym Warszawa Praga pod nr 2372 więcej »
Nr ISSN: 1689-7595

Powered by WordPress & Atahualpa