Opowieści – rodzaj żeński, liczba mnoga

„Opowieści – rodzaj żeński, liczba mnoga”, jak wskazuje sam tytuł, to narracje kobiet – kobiet żyjących w realiach powojennej Bośni. Książka wydana przez AdPublik pod naszym matropatronatem jest zbiorem opowiadań, z których część porusza również tematykę LGBTQ w tym, jakże dla nas egzotycznym, kontekście wojny.

Obrazują problem braku akceptacji, który na Bałkanach jest znacznie głębszy niż w pozostałych częściach Europy. Opisują skomplikowane relacje, w jakie wikłają się osoby nieheteroseksualne, by zapewnić sobie chociażby namiastkę normalnego życia.

Zachęcamy do lektury fragmentu książki.

***

 Amra i ja tak naprawdę nigdy nie żyłyśmy razem. Odwiedzałyśmy się tylko, czasem zostawałyśmy u siebie do późna. Przez cały czas wiedziałyśmy, do czego by to mogło doprowadzić.

Studiowałam w różnych miejscach. Korzystałam ze wszystkich stypendiów, wymian studenckich, wyjazdów i seminariów, jakie mi tylko zaoferowano.

Bóg jeden wie (chociaż nasi rodzice nie wspominali go już tak często jak przed wojną i w ciągu tych czterech lat jej trwania, a niektórzy bardziej uparci, również przez kilka lat tuż po wojnie), jak wiele bośniackich dzieci otrzymywało miesięczne, trzymiesięczne, roczne czy naukowe stypendia. Albo ile z nich uczestniczyło w programach wymiany studentów w różnych miejscach w całej Europie i Ameryce. I Bóg jeden wie, że korzystały z nich zawsze te same dzieci. Amra i ja również.

Amra upodobała sobie szczególnie seminaria. Na jednym z nich, w Norwegii, pozostawała na tyle długo, żeby zakochać się w jakimś profesorze, który wykładał socjologię i miał pięcioro dzieci. Wyjaśniła mi później, że nie miało to nic wspólnego ze mną. Wyjaśniła mi, że nie miało to także nic wspólnego z nią.

- To jest kwestia granicy – powiedziała Amra.

Coraz rzadziej rozmawiałyśmy przez telefon. Albo ona była w Bośni, skąd swobodę telefonowania za granicę ograniczały kosmiczne ceny za połączenie, albo ja nie pozostawałam dostatecznie długo w jednym miejscu, aby dłużej niż przez dwa dni posługiwać się tym samym numerem telefonu. Kiedyś, będąc w Holandii, w miejscu, którego nazwę pisze się: «Grave», a wymawia się z tym gardłowym «h», którego ja nigdy nie będę w stanie wyartykułować, przez całą noc próbowałam się do niej dodzwonić. Przypomniałam sobie jak zdradzone i rozczarowane świętowałyśmy przez telefon jej osiemnaste urodziny. Byłam wtedy gotowa przylecieć z Bostonu do Tuzli, ale nie miałam dość pieniędzy na bilet. Stypendium pokrywało jedynie koszty podstawowych potrzeb, w co nie wliczano już urodzin przyjaciół. Siedziałam na podłodze i «nabijałam» rachunek właścicielom mieszkania, których na szczęście akurat nie było w domu. Amra płakała po drugiej stronie słuchawki – mówiła, że jej przyjęcie urodzinowe było nudne i poła23 mali jej biały kapelusz. Byłyśmy pełnoletnie. Ja tego roku strasznie dużo płakałam. Mówi się, że cały rok będzie dla ciebie taki, jak twoje urodziny. Urodziny nie były moje, tylko Amry. A mnie było lżej, bo płakałyśmy razem.

Teraz pragnęłabym powiedzieć jej, że jest mi wszystko jedno, gdzie jestem – jeśli tylko ona przyjedzie, albo przynajmniej chciałaby przyjechać.

Telefon dzwonił równo przez trzy godziny, wciąż tym samym dźwiękiem. W recepcji miniaturowego hotelu w Grave szef personelu wciąż wpatrywał się we mnie pytająco i oferował swoją pomoc.

Powiedziałam mu, że dzwonię do przyjaciela w Macedonii, a tam właśnie rozpoczęła się wojna. Zmartwił się i tylko pokiwał głową, gładząc wąsy.

Kiedy mówi się ludziom o wojnie, nigdy nie sprawdzają numerów kierunkowych.

Istotnie miałam przyjaciela w Macedonii – i akurat tam naprawdę zaczęła się wojna. Tylko, że Amra była ważniejsza od tego wszystkiego. W tym czasie Amra podróżowała po Norwegii. Widziała fiordy i czarne, odpychające Morze Północne. Świętowała urodziny jednego z licznych dzieci profesora w kawiarence w Oslo, która znajdowała się na samym szczycie budynku i obracała wokół własnej osi regularnie co godzinę. Robiła to niemal z komputerową dokładnością. Utkwiło to w pamięci Amry, ponieważ zabawa była do tego stopnia nudna, iż liczyła mijające godziny. Ode mnie też zawsze wychodziła, gdy tylko zaczynało jej się nudzić.

Z czasem nauczyła się wiele. O pragnieniu, o granicy, o życiu. Tolerancja – jak mówiła – to wcale nie jest ilość rzeczy, które możesz znieść, ale tych, które jesteś w stanie zaabsorbować, by stały się całkowicie twoje.

Kiedy w końcu udało mi się do niej dodzwonić, zapytałam ją, jak nazywają się rzeczy, które robi, a które jej nie dotyczą…

Minęło wiele seminariów od czasu naszej nocy w schronie. Przez cały poprzedni rok uczyła się o komunikacji bez prze24 mocy i zaczęła mówić językiem, którego nie byłam w stanie przełożyć na żadne zrozumiałe pojęcia.

Potrafiła nazwać wszystko, co jej nie dotyczyło. Brzuch norweskiego profesora socjologii i jego długą, siwą brodę. Możliwość, że w drewnianym domku, w którym były zamontowane kaloryfery, z oszczędności włączano ogrzewanie tylko wtedy, gdy więcej niż trzy osoby w pomieszczeniu stwierdzały, że jest już dość zimno, i gdzie mieszkało pięcioro dzieci, które już nie chciały mieszkać ze swoimi trzema matkami. Jego ręce, które dotykały ją jak jakąś egzotyczną roślinę. I akademię, podczas której nauczał o narodach bałkańskich, mówiąc, że nie ma wśród nich wzajemnej nienawiści.

Nic z tych rzeczy nie dotyczyło jej i wszystkiego dopiero zaczynała się uczyć.

- Współżycie to trening – powiedziała Amra.

Potem rzadko miałam siłę do niej dzwonić.

Podróżowałam jak szalona. Całymi dniami i latami maniakalnie podróżowałam. Fobicznie, w strachu przed pozostawaniem, przed przywiązaniem. Lecz niestety nigdy nie opuściło mnie przekonanie, że tak naprawdę wciąż stoję w tym samym miejscu, że w ogóle się nie poruszam i że to już nigdy się nie skończy. Przypominałam sobie wszystkie swoje granice, gdyż bałam się ich. Najbardziej bałam się granicy kulturowej, którą rozumiałam doskonale.

Czułam smutek, gdy tylko pomyślałam o tym, że mojej Amrze tak bardzo podobało się w tym zimnym i spokojnym kraju, w którym ludzie rozstają się i rozwodzą bez choćby jednego złego słowa..

 
Opowieści – rodzaj żeński, liczba mnoga

Autor: Šejla Šehabović
Tłumaczenie: Agnieszka Żuchowska-Arendt
Wydawnictwo: AdPublik, listopad 2012
ISBN: 978-83-934640-0-5
Liczba stron: 114

 

Šejla Šehabović  urodziła się w 1977 r. w Tuzli (Bośnia). Jest absolwentką tamtejszego Wydziału Filozoficznego, członkinią czasopisma krytyczno-literackiego „Razlika” oraz czasopisma literacko-kulturalnego „Treći trg”.

Laureatka wielu prestiżowych konkursów (również tych międzynarodowych), a także stypendystka w dziedzinie literatury Centrum Williama Joynera Uniwersytetu Massachusetts w Bostonie (2002 rok).

Šejla Šehabović jest autorką zbioru opowiadań „Car Trojan ma kozie uszy” (Sarajewo 2005) oraz zbioru opowiadań „Opowieści- rodzaj żeński, liczba mnoga” (Banja Luka 2007, wydanie polskie: AdPublik, Warszawa 2012).

 




Skomentuj

  

  

  

Obraz CAPTCHY

*

Możesz używać następujących tagów HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Pamiętaj: zamieszczając komentarze akceptujesz regulamin

napisz do nas: listy@homiki.pl

Homiki.pl. Czasopismo zarejestrowane w Sądzie Okręgowym Warszawa Praga pod nr 2372 więcej »
Nr ISSN: 1689-7595

Powered by WordPress & Atahualpa