Nie chcę mieć męża

Jestem uczennicą III klasy technikum w mieście liczącym ponad 25 tys. mieszkańców, mieszkam w oddalonej o 18 kilometrów wsi (miejscowość gminna licząca zaledwie 1200 mieszkańców). Żyję w miejscu, gdzie wszyscy znają się „po imieniu”, gdzie każdy wie o każdym prawie wszystko, wie kto z kim, kiedy i jak. Nie jest łatwo. Ciężko jest wyjść przed szereg. Zawsze jest ktoś ”na tapecie” do obgadania. Wszystkie pomyłki, rewelacje są zapamiętywane na długo. Mam dwóch starszych braci, którzy już nie mieszkają z nami w rodzinnym domu. Ułożyli sobie życie ze swoimi żonami, mają dzieci i pracują. Jeśli chodzi o moich rodziców, to nie jest źle. Ojciec wiecznie zapracowany. Pracuje, żeby zapewnić nam jakiś byt. Nie mam z nim jakiegoś rewelacyjnego kontaktu. Widzimy się tylko w weekendy z racji tego, że wyjeżdża pod Warszawę w delegacje. Mama, mimo jej humorów, ciągłych niezadowoleń, jest najważniejszą kobietą w moim życiu. Nigdy nie miała łatwo. Pracowała z całych sił, żeby nam niczego nie brakowało. Nakombinowała się w życiu. Jest osobą, która wychowywała się w rodzinie wielodzietnej (miała dziewiątkę rodzeństwa), od najmłodszych lat pracowała z rodzicami na gospodarstwie. Łączy mnie i mamę wyjątkowa więź. Kilka razy (kiedy było naprawdę źle) słyszałam „Córuś, gdyby nie Ty, nie miałabym dla kogo żyć”. Kochamy się, jednak nie wiem, jak zareagowałaby na fakt, że jej córka jest kimś innym niż kogo udaje.

Nie jestem ideałem, jak każdy mam swoje wady. Jednak staram się być samodzielna. Oprócz tego, że chodzę do szkoły, weekendami pracuję u wujka na gospodarstwie albo u kuzyna w warsztacie. Latem, kiedy rok szkolny się kończy, wyjeżdżam nad morze. Pracuję tam sezonowo od 3 lat w kawiarnio-lodziarni. Nie jest łatwo. Praca po 13, 14 godzin dziennie 7 dni w tygodniu. Nie narzekam, bo mam swoje pieniążki. Nie tylko pracowitością różnię się od swoich rówieśników. Kiedy zaczęłam dojrzewać, nie interesowali mnie chłopcy. Zawsze miałam dużo kolegów, ale takich do pogrania w piłkę czy wygłupiania się na przerwach. Moje koleżanki miały swoje pierwsze miłości, zaczęło się „chodzenie” na randki, pierwsze pocałunki itd. Także i ja pod presją społeczności udawałam i udaję nadal kogoś, kim nie jestem. Kim się nie urodziłam. Spotykałam się z chłopcami, ale nie robiło to na mnie wrażenia. Kiedy skończyłam 16 lat, poznałam o 4 lata starszego od siebie P. Był dla mnie bardzo dobry, idealny. Był dżentelmenem, dobrze wychowany, miły, zabawny. Byliśmy w związku przez 2 lata. Kochał mnie. A ja? Mi się wydawało, że muszę z nim być. Starał się dla mnie, znajomi mówili: „zapatrzony w nią jak w obrazek”. Rodzice go uwielbiali, pewnie bardziej niż ja. Kiedyś powiedział mi: „kiedy zostaniesz moją żoną to (…)”. Strasznie mnie to zdanie uderzyło, pierwsze, co pomyślałam „ja nie chcę być żoną, nie chcę mieć męża!” Myślałam długo nad tym, jak z nim zerwać, przecież oszukiwałam nie tylko jego, ale i siebie. Rozstaliśmy się.

Jak już wcześniej pisałam, latem pracuję. Ubiegłego sezonu strasznie zakochałam się w koleżance z pracy. Była to 21-letnia studentka. Od razu kiedy ją ujrzałam, poczułam coś niesamowitego. Wiedziałam, że będzie dla mnie kimś wyjątkowym. Tak też się stało. Wspólna harówka, nocne spacery po plaży, zasypianie na jednym materacu (nie miało to żadnego kontekstu erotycznego). G. traktowała mnie jak przyjaciółkę. Jednak sezon się skończył i trzeba było wracać do swoich domów. Po powrocie rozmawiałyśmy codziennie przez telefon. Tęskniłam jak nigdy przedtem. Nie potrafiłam już sobie poradzić z tym wszystkim. Nie mogłam nikomu powiedzieć, co czuję, jak bardzo jest mi źle.

Zaczęły się szkolne obowiązki: nauka, zajęcia pozalekcyjne, korepetycje, treningi itp. Jednak ja w głowie miałam tylko ją. Każdego dnia czekałam tylko na wieczór, ażeby usłyszeć głos mojej miłości i dowiedzieć się, co u niej. Pewnego dnia zadzwoniła jak zawsze. Powiedziała, że wróciła do swojego byłego chłopaka. Mój świat się zawalił. Byłam dla niej najbliższą przyjaciółką, więc chciała podzielić się ze mną swoją radością. Udawałam, że cieszę się razem z nią. Uznałam, że to będzie zbyt egoistyczne z mojej strony, jeśli powiem jej, co czuję. Przedłożyłabym jej szczęście nad swoje. Nie chciałam jej niczego komplikować. Chyba na tym polega miłość? Tak zaczęły się moje problemy ze zdrowiem. Organizm nie wytrzymywał już natłoku tłumionych emocji i uczuć. W szkole przed lek-cjami straciłam przytomność. Wszystkie mięśnie mi się skurczyły, ręce i nogi powyginały, a zęby zacisnęły. Przyjechała karetka, dostałam środki uspokajające i skierowanie na badania. Oczywiście moja mama wpadła w panikę, jeszcze tego samego dnia miałam zrobione badania krwi i ekg. Podobno wszystko było ok. Jednak moje „ataki” powtarzały się średnio raz na tydzień, dodatkowo miałam problemy ze snem. W końcu szkoła skierowała mnie na wizytę do psychologa. Psychologiem był pan po trzydziestce. Początkowo nie chciałam z nim rozmawiać, jednak w końcu stwierdziłam, że muszę coś ze sobą zrobić, bo się wykończę. Opowiedziałam mu swoją historię. Zrozumiał. W sumie nie powiedział mi nic, czego bym nie wiedziała. Mówił: „to nic złego, homoseksualizm to nie choroba, musisz jednak przemyśleć, czego chcesz i nie podejmować pochopnych decyzji”. Mimo wszystko rozmowa mi pomogła. Czułam się, jakbym zrzuciła wielki ciężar.

Ostatnio na lekcji religii dowiedziałam się, że jestem osobą chorą umysłowo, powinnam się leczyć w zakładzie zamkniętym, odosobniona od ludzi. Była to lekcja o osobach homoseksualnych, więc stricte o mnie. Było strasznie. Przedstawiałam księdzu argumenty, iż jest udowodnione naukowo, że homoseksualizmu nie można nazwać chorobą! Moje zdanie podzielało 3/4 klasy. Na co ksiądz podawał wersy z Biblii i dodał: „Życzę wam, żeby wasze dzieci były gejami lub lesbijkami – wtedy przejrzycie na oczy”. Wstałam i wyszłam, a za mną… cała klasa. To nieprawdopodobne, jak człowiek duchowny może być nietolerancyjny. Myślę nad tym, aby przepisać się na etykę. Jednak wierzę w Boga i chodzę w niedzielę do kościoła. Konsekwencją przepisania się na etykę jest wysłanie listu powiadamiającego do naszego proboszcza. Nie chcę mieć problemów.

Pytają panie: „Jak wygląda sytuacja lesbijek, które żyją na wsi i w mniejszych miastach?”. Ciężko jest udzielić odpowiedzi na to pytanie, ponieważ według społeczności wiejskich lesbijki i geje nie istnieją. Albo inaczej – myślą, że jeśli nie będzie się o nich mówić, to oni się nie pojawią. Chciałabym opowiedzieć paniom jeszcze o wielu innych sytuacjach, jednak nie można tego wszystkiego zamieścić w jednej wiadomości. Mam nadzieję, że moja historia jakkolwiek pomoże w badaniach.

 

 

[Tekst został pierwotnie opublikowany w tomie „Niewidoczne (dla) społeczności. Sytuacja lesbijek i kobiet biseksualnych mieszkających na terenach wiejskich i w małych miastach w Polsce. Raport z badań”, pod red. J. Struzik, wyd. Fundacja Przestrzeń Kobiet, Kraków 2012. Fundacji Przestrzeń Kobiet uprzejmie dziękujemy za wyrażenie zgody na przedruk]

 

 

5 komentarzy do:Nie chcę mieć męża




Skomentuj

  

  

  

Obraz CAPTCHY

*

Możesz używać następujących tagów HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Pamiętaj: zamieszczając komentarze akceptujesz regulamin

napisz do nas: listy@homiki.pl

Homiki.pl. Czasopismo zarejestrowane w Sądzie Okręgowym Warszawa Praga pod nr 2372 więcej »
Nr ISSN: 1689-7595

Powered by WordPress & Atahualpa