Nagość czy saggość? Fusy w Andrzejkowy weekend

1. Elegancki pan to nagi pan

Gdybyśmy zapytali Jolantę Kwaśniewską, a może Tomasza Jacykowa, co teraz wytworny mężczyzna z prawdziwą klasą nosi, być może usłyszelibyśmy od nich: „Teraz elegancki mężczyzna ubiera się w strój Adama”. Bo otóż stopniowo, stopniowo, ale coraz bardziej zdecydowanie, wkracza wszędzie – w tym i na europejskie salony – męska nagość. No, może jeszcze nie całkiem wszędzie, bo przecież trudno sobie wyobrazić raut w Pałacu Prezydenckim, cocktail z okazji rozdania Wiktorów, czy też posiedzenie Episkopatu Polski w takimże stroju (bo w końcu Adam zgrzeszył, no nie?), ale ja to sobie jednak wyobrazić mogę – jeśli nie dziś, to za ileś tam lat. Przecież już dziś męska nagość powoli przestaje kogokolwiek szokować; co więcej, staje się czymś zwyczajnym, żeby nie powiedzieć nudnawym.

Pomyślałem o tym, gdy przeczytałem w ostatniej „Polityce” relację z otwartej niedawno wiedeńskiej wystawy „Nadzy mężczyźni. Od 1800 do dnia dzisiejszego”. Nawet się zastanawiam, czy by nie warto wybrać się tam osobiście: Wiedeń wszak niedaleko, nagi mężczyzna nudnawy, ale tak czy owak zobaczyć go nagiego już nie na żywo (no ile w końcu można!), ale w marmurze, papier mâché czy na płótnie – o, to już co innego. A przecież tak niedawno, dwa lata temu, mieliśmy i w Warszawie wspaniałą, choć przez ciotki-malkontentki i prawicowych moralistów (czasem to jedno i to samo) mocno obrzydzaną  wystawę „Ars Homo Erotica”, a potem okazałe księgi Pawła Leszkowicza, z ostatnim jego dziełem – „Nagi mężczyzna (Akt męskim w sztuce polskiej po 1945 roku)” – na czele. Akt męski w sztuce obecny był zawsze, to wiadomo (choć z różną intensywnością), ale od czasów starożytnych męska nagość nigdy nie była tak powszechna jak teraz, a co więcej, nagość dzisiejsza przerosła starożytność w swej prowokującej intencji – bo nie jest to nagość zwyczajna, ot tak sobie po prostu, ale nagość, która ma zwracać na siebie uwagę, prowokować, pobudzać, podniecać. Choćby i udawała, że tak nie jest.

Pamiętam jak przed laty, będąc szkolnym dziecięciem, zadrżałem z podniecenia, gdy w ówczesnym Teatrze Rozmaitości pewna nieżyjąca już obecnie aktorka – odwrócona plecami! – odpięła stanik, pozując do siedzącego aktu malarzowi. Myślę, że wówczas pałałbym także dumą, gdybym w szkolnej szatni zobaczył ściągającą zimowe reformy panią woźną. A przecież pani woźna nie była młodym mężczyzną! Taka to była epoka – komunizmu, zimna i erotycznego głodu – kiedy to film polski był na etapie jednej piersi, no i nie sposób byłoby sobie wyobrazić tarzającej się po scenie nagiej Ireny Eichlerówny, przebiegającej po deskach au naturel Niny Andrycz, ani tym bardziej nagiego Gustawa Holoubka, czy epatującego obnażonym fallusem Andrzeja Łapickiego.

Ba, w latach osiemdziesiątych w Paryżu z drżeniem serca przeglądałem w niektórych kioskach (i to na Wielkich Bulwarach!) nader skromne jak na obecne standardy gejowskie pisma (a potem przemycałem je przez granicę do Polski: celnicy konfiskowali jakąkolwiek nagość jako pornografię), albo zaczerwieniony ze wstydu kupowałem w Luwrze pocztówki z „Jeune homme nu assis au bord de la mer” Flandrina od mierzącej mnie surowym wzrokiem sprzedawczyni-matrony. I chodziłem na jakikolwiek ambitny film (wydając cenne dewizy), gdzie był choćby jeden goły męski pośladek. Ambitne filmy Cadinota też zaliczałem, rzecz jasna – tyle, że jest coś takiego, że nagość w filmie porno to jakby już nie nagość, to oczywista banalność, która właściwie „nie działa”. To nie to, co film „normalny”. Tak przynajmniej jest ze mną.

 

2. Od socjalistycznego etapu jednej piersi do dwóch pełnych pośladków dojrzałego neokapitalizmu i co dalej?

A teraz i owszem, nie tylko w każdym niemal filmie – polskim filmie! – możemy oglądać apetyczne sempiterny nie tylko (jak ongi) Olgierda Łukaszewicza, ale i nieco młodszych (łagodnie mówiąc) Mateuszów Kościukiewiczów czy Jakubów Gierszałów, lecz i na scenie – zwłaszcza w Nowym i TR (obecnej mutacji dawnych, à la ciocia-klocia, Rozmaitości) – zobaczyć od tyłu i od frontu nie tylko Jacka Poniedziałka (i całej plejady innych zasłużonych artystów), ale i samego młodego Stuhra. No, może już nie tak młodego, ale zawsze pięknego – i najinteligentniejszego chyba polskiego aktora. Żeby o filmach genialnego Xaviera Dolana – i innych „zagranicznych” filmach nie wspomnieć. A wiadomo – kto widział „Rejs”, ten wie – że kudy polskim filmom do filmów zagranicznych…

Reasumując: męskiej nagości mamy teraz pod dostatkiem, a przecież nie wspomniałem jeszcze w ogóle o Internecie – a tu wręcz nieskończoność wszelkiego tematycznego dobra. Od banalnej aż do totalnego znudzenia pornografii po artystycznie wysmakowane akty, tak piękne, że po prostu dech zapiera. Ale i tutaj można odczuwać przesyt, i tutaj – nawet samo piękno (tak jak samo dobro) – może zbrzydnąć, to znaczy znudzić.

I co właściwie z tego wszystkiego wynika? Przynajmniej dla mnie? Otóż to, że nagość męska przekroczyła już dzisiaj punkt, czy może masę krytyczną, i straciła wszelką niemal moc oddziaływania. O ileż ciekawszy zdaje się mężczyzna odziany! Albo nie, może jednak zróbmy ustępstwo, w drugim kierunku też należy posuwać się z umiarem, stopniowo. Więc, co najwyżej, jak na dziś, niechaj to będzie sagger, czyli mężczyzna z opadającymi spodniami. Na razie trudno nam sobie wyobrazić saggera-premiera, saggera-prezydenta, a tym bardziej saggującego prezesa pewnej opozycyjnej partii. Samo dobro… – no, ale czy określnik „samo” pasuje do czegoś tak dalekiego od wszelkiego absolutu, jak sagging? Tak samo trudno nam sobie na razie wyobrazić saggujących hierachów. Trzeba by chyba zaprojektować dwuczęściowe sutanny – żeby był i top i bottom – i wtedy co młodsi i szczuplejsi biskupi mogliby takie trendy szaty przyodziewać, a spod dolnej części sutanny wyłaniałby się markowy, pełen spokojnej godności napis CALVIN KLEIN (co na to pan Jacyków i pani Kwaśniewska?). Nie żadna tandetna, pamiątkarska ROMA, czyli „czy umiesz, synu, czytać to słowo wspak?”, jak to przed lat zwykł pytać co piękniejszych seminarzystów pewien światowy arcybiskup. A kysz!

Moim największym marzeniem byłoby jednak zobaczyć jako saggera mężczyznę urody i klasy tak wielkiej, że wszelkie porównania stają się po prostu śmieszne, i z góry przepraszam, że o jakichś pożal się, Boże, porównaniach mogłem nawet pomyśleć. Wyobraźmy sobie zatem Geniusza już nie Karpat, lecz Awiacji, kiedy to staje ze swą magiczną flash-pałeczką przy białej smart-tablicy, i klarownie i dobitnie próbuje nam wszystko objaśniać, a my, małe i ogłupiałe umysły, nie nadążamy… Nie nadążamy, bo zamiast spoglądać na gałąź brzozy, wzrok nas uwodzi cudowny, ekscytujący widok: otóż spod poluzowanego krokodylego paska wieńczącego przyozdobione dyskretną jodełką wytworne, lecz opadające na linię bioder spodnie, wyłania się oślepiająca swą bielą gumka z napisem PAN HUGO BOSS, a może PAN ARMANI. Nieprawdopodobne? A czy trzydzieści, ba, dwadzieścia lat temu, mogliśmy sobie wyobrazić Geniusza Awiacji, Jego skrzydlate słowa i to, co mamy teraz? Wszystko więc może nastąpić, najważniejsza jest zatem wiara, wiara w lepsze jutro, rzecz jasna. Nie nagie, lecz saggujące. Tak, myślę, że to ciekawsza perspektywa niż pełna – tylna i frontalna – nagość. Saggość si! Nagość no!

I to sobie – w ten Andrzejkowy weekend – z fusów wywróżyliśmy. Ad majorem saggeri gloriam.

 

[Ilustracja: Siedmioro kąpiących się, Paul Cézanne, ok. 1900, Wystawa „Nadzy mężczyźni” w Muzeum Leopoldów w Wiedniu. Materiały prasowe muzeum]

 

Autorzy:

zdjęcie Krzysztof Zabłocki

Krzysztof Zabłocki

Anglista, wykładowca na Uniwersytecie Warszawskim, tłumacz literatury angloamerykańskiej i francuskiej, autor szkiców, członek zarządu Stowarzyszenia Lambda Warszawa; wielbiciel jamników, Indii, kina Viscontiego, Kazi Szczuki, campu, Pałacu Kultury i Karl-Marx-Allee w Berlinie.




Skomentuj

  

  

  

Obraz CAPTCHY

*

Możesz używać następujących tagów HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Pamiętaj: zamieszczając komentarze akceptujesz regulamin

napisz do nas: listy@homiki.pl

Homiki.pl. Czasopismo zarejestrowane w Sądzie Okręgowym Warszawa Praga pod nr 2372 więcej »
Nr ISSN: 1689-7595

Powered by WordPress & Atahualpa