Polska łódź w holenderskiej paradzie

Żaden inny festiwal z wyjątkiem Dnia Królowej nie przyciąga do Amsterdamu tak wielu zwiedzających, jak parada łodzi w pierwszą sobotę sierpnia. Parada to kulminacja amsterdamskiego Gay Pride. Festiwal wypełniony jest wydarzeniami kulturalnymi, artystycznymi, sportowymi, jak również informacyjnymi i skłaniającymi ku refleksji.

Pierwszy Gay Pride w Amsterdamie miał miejsce w 1998 roku, razem z olimpiadą osób LGBT – Gay Games. Od tego czasu poparcie społeczeństwa dla parady wzrosło, o czym świadczy chociażby fakt, że organizatorzy musieli wprowadzić ograniczenie liczby łodzi biorących udział w paradzie. (Ograniczenie wynosi 80, a miejsce otrzymuje się w drodze losowania.)

Wśród najważniejszych wydarzeń w jego historii należy wymienić: udział łodzi żydowskiej i arabskiej w 2001; łodzi dla nastolatków (od 17 roku życia) i ich rodziców w 2007; otwarcie parady przez burmistrza Joba Cohena i udział łodzi „różowej policji” w roku 2008. W roku 2010 po raz pierwszy pojawiła się łódź mająca na celu zwrócenie uwagi na sytuację osób LGBT w Afryce – i łódź polska.

*

W sierpniu tego roku miałem przyjemność poznać Marcina, który przyjechał do Amsterdamu z kolejną już wizytą. Marcin pochodzi z niedużej wsi na południu Polski, swojego homoseksualizmu jest świadom od czternastego roku życia, a zatrzymał się u naszego wspólnego przyjaciela, Benjamina.

We trójkę wybraliśmy się do pani dr Smoktunowicz z Domu Polskiego rozmawiać o tym, dlaczego w tym roku polska łódź nie wzięła udziału w paradzie. Stanowiliśmy interesujące grono. Marcin próbuje sił w zawodzie modela; ja jestem czeladnikiem kowalskim pokrytym tatuażami i z irokezem na głowie; Benjamin, Holender, tłumacz i aktor, mieszkał w Polsce jeszcze zanim Marcin i ja się urodziliśmy. Łączy nas głównie znajomość języka i orientacja seksualna. Różnimy się gustem, poglądami, doborem literatury i muzyki, stylem ubioru… właściwie wszystkim, może oprócz tego, że przypadkiem każdy z nas ma brodę.

Jak powiedziała nam (niezwykle sympatyczna) pani dr Smoktunowicz, łodzi w tym roku nie było dlatego, że nie miał jej kto zorganizować. Osoby, które podjęły się tego na początku roku, po kilku tygodniach się wycofały, a nowe się nie pojawiły. Poza tym, ciągle istnieje bardzo prosty problem: niewielu jest chętnych, żeby dać nazwisko i twarz. Na łodzi to jeszcze, zwłaszcza w czapce i okularach, ale co będzie, jeśli ktoś w kraju rozpozna? Wiem, że to ciągle problem, zwłaszcza dla osób pochodzących z mniejszych miejscowości. Nie każdy – jak ja – jest gotów iść na wojnę z rodziną i domagać się pełnej akceptacji. O wiele prościej jest udawać, że po prostu nie znaleźliśmy jeszcze tych osób płci przeciwnej, które mogłyby nam dać szczęście. Cóż, brak szczęścia w miłości, zdarza się, ale pewnego dnia… A na razie, babciu, po prostu ciągle szukam tej właściwej kobiety…

*

Mieszkam w Amsterdamie od września 2006 roku. Motywy mojej przeprowadzki były różnorakie, ale najważniejszym z nich była polska homofobia.

Kiedy wyjeżdżałem, krajem rządziła koalicja prawicowo-populistyczno-nacjonalistyczna pod wodzą Jarosława Kaczyńskiego. Tygodnik Wprost publikował tak obrzydliwe zdjęcia z parad z Berlina, twierdząc stanowczo, że tak na co dzień wygląda stereotypowy gej, że nawet we mnie budziła się homofobia. Działacz Ligi Polskich Rodzin – partii koalicyjnej – opowiadał gazetom o planach partii otwarcia obozów “leczniczych” dla osób homoseksualnych. W państwowej przecież Trójce prowadzono poważną debatę na temat dyskryminacji heteroseksualistów, podczas której to debaty do radia zadzwonił heteroseksualny słuchacz i skarżył się, że za pobicie pedała musiałby iść do więzienia tak samo, jak za człowieka (!!!).

Mój współpracownik, który poprzedniego wieczoru po kilku piwach padał mi w objęcia, wypytywał z przerażeniem, czy ja aby nie jestem gejem. A moja rodzona ciotka odmówiła mojemu chłopakowi wstępu do swojego domu; mogłem ją odwiedzać, ale wyłącznie sam. Co z tego, że mieszkamy z Konradem razem, kochamy się, mamy wspólny budżet. Co z tego, że jej syn w tym czasie był żonaty z jedną kobietą, a na imprezy rodzinne przychodził z inną. To było “co innego”. I to “co innego” spowodowało, że od rozważań nad wyprowadzką z Polski przeszedłem do poszukiwania pracy w Amsterdamie. A mieszkałem w Warszawie, rzekomo tak liberalnej; moja rodzina składa się z lewaków-ateistów, a współpracownicy byli ludźmi po studiach.

Po sześciu latach, w lipcu 2012, wybrałem się z kolejną wizytą do Polski. Odwiedziłem najbliższych, przedstawiając przy okazji mojego ukochanego, spotkaliśmy się z przyjaciółmi, a niejako przy okazji wzięliśmy udział w demonstracji. Organizowana przez działaczy LGBT demonstracja miała za zadanie przekonać polski Sejm o tym, że są tacy, którym zależy na legalizacji ustawy o związkach partnerskich.

Pogoda była średnio przyjazna – temperatura 35 stopni nie zachęcała do stania w pełnym słońcu na Placu Zamkowym. Być może dlatego pojawiło się zaledwie kilkaset osób; wśród nich ja i mój mężczyzna, Jos. W pewnym momencie zaczął padać deszcz, co zdecydowanie poprawiło nam humory – Fronda zinterpretowała to tak, że sam Bóg był przeciwko nam, a ja tak, że Bóg zesłał nam deszcz, żebyśmy nie popadali z upału. A kiedy deszcz przestał padać, zostałem wezwany na scenę, jako gość z Amsterdamu, żeby powiedzieć kilka słów. Zupełnie się do tego nie przygotowałem, więc powiedziałem pierwsze, co przyszło mi do głowy. Opowiedziałem trochę o swoim życiu w Amsterdamie; porównałem je ze swoim życiem w Polsce. Zszedłem ze sceny po dwóch minutach.

Nie spodziewałem się zupełnie reakcji. Zostałem zacytowany zarówno w Gazecie Wyborczej, jak i na portalu Frondy. Ta ostatnia poświęciła mojej osobie cały artykuł, w którym napisano mnóstwo głupot. W samolocie, w drodze powrotnej, zostałem rozpoznany przez pana, który siedział za mną i wypatrzył mnie na zdjęciu w Wyborczej. A tymczasem mi wydawało się, że mówię truizmy i rzeczy zupełnie nieciekawe; czułem się zgoła winny, że nie przygotowałem jakiejś ciekawej wypowiedzi. Ale też nie planowałem żadnej udzielać, a na scenę zostałem wywołany z zaskoczenia. Jak się okazało, moje truizmy wygłoszone w obecności kilkuset osób okazały się wystarczająco szokujące, żeby media z obu stron sceny politycznej zechciały o nich napisać.

*

Benjamin, z pochodzenia Holender, z zawodu tłumacz, reżyser i aktor, mieszkał w Polsce jeszcze zanim Marcin i ja się urodziliśmy. Całkiem mu się podobało życie w PRLowskiej rzeczywistości, w której mieszkał przez cztery lata. Nie mógł się jednak zgodzić na budowanie z ukochanym Polakiem przyszłości w ukryciu. W Holandii on i jego partner już wtedy mogli żyć, najzwyczajniej w świecie, po ludzku. Bycie w stałym związku stanowiło powód do przyznania prawa pobytu zagranicznemu partnerowi, nieważne, jakiej płci. Holandia zalegalizowała związki par jednopłciowych w roku 1998. Polska ciągle się do tego przymierza. O legalizacji małżeństw osób tej samej płci w Polsce nie chcę nawet żartować; w Holandii są legalne od 2001.

Marcin nie planuje zostać w Polsce. Rozważa ewentualność zamieszkania w Warszawie; nie chce zrywać więzów z krajem. Coraz więcej przyjaciół akceptuje go wraz z orientacją; najbliższa rodzina powoli się tego uczy. Ale Marcin nie ma ochoty zostać eksperymentem socjologicznym, dokonywać coming-outu w rodzinnej wsi i sprawdzać, kto pierwszy rzuci w niego kamieniem.

W Warszawie było z tym łatwiej. Gdy jeszcze mieszkałem tam kilka lat temu, moja orientacja stanowiła wśród współpracowników tajemnicę poliszynela – ci bliżsi wiedzieli, ci, którzy nie wiedzieli, generalnie nie byli znajomymi tak bliskimi, żeby wiedzieć cokolwiek o moim życiu poza pracą. W domu… cóż, z ciotką w ostatnich siedmiu latach rozmawiałem na pogrzebach i weselach, to znaczy ona do mnie mówiła, a ja udawałem, że nie słyszę. Ale życie otwartego geja w Polsce jest ciągle na tyle ciężkie, że nie podejmowałem się tej beznadziejnej walki i przyjechałem do Amsterdamu.

W Amsterdamie nie jestem pedałem, którego biedny heteroseksualista nie może pobić. Jestem człowiekiem. Liczy się to, co sobą reprezentuję – moje umiejętności, inteligencja, odwaga, to, co mam do powiedzenia i co potrafię robić. Nikogo specjalnie nie ciekawi, co robię w łóżku, nikt mnie z tego powodu nie odrzuca i nie dyskryminuje. Bycie stuprocentowo otwartym gejem w Amsterdamie jest bardzo łatwe, zakładając oczywiście, że nie cierpimy na paranoję i nie obawiamy się, że ktoś gdzieś kiedyś znajdzie zdjęcie, na którym trzymamy za rękę osobę tej samej płci. Mnie się orientacją nie da szantażować, ponieważ w moim otoczeniu nie ma właściwie nikogo, kto by o niej nie wiedział – chyba, że kogoś przeoczyłem. (Pokażcie mu koniecznie ten artykuł.)

To, co w Polsce nazywa się “afiszowaniem orientacją seksualną” (i dziwnym trafem dotyczy wyłącznie orientacji homoseksualnej) tutaj nazywa się byciem zakochanym. To, co w Polsce jest wielkim zagrożeniem dla instytucji małżeństwa – najwyraźniej bardzo kruchutkiej – tutaj jest normalne. Mój kumpel z siłowni ostatnio wziął ślub, przyjął nazwisko męża, pojechał w podróż poślubną. W Polsce trwają rozważania, czy homoseksualistom można pozwolić na odwiedzanie partnera w szpitalu i czy owo zezwolenie nie rozsadzi świętej tradycji małżeństwa między kobietą, a mężczyzną.

A tymczasem osoby LGBT są wszędzie. Nie rozpoznaje się ich po makijażu (raz w życiu pomalowałem paznokcie, wytrzymałem kwadrans i zażądałem usunięcia kolorku), piórach w tyłku (to chyba musi okropnie łaskotać?) czy też wysokich obcasach (nie używam, chyba, że glany się liczą). Mieszkają na wsiach i w miastach; są fryzjerami i kowalami; księżmi i politykami; mają lat 15, 30, 45, 60 i 89. Polscy geje mieszkają też w Holandii — z pewnością są wśród czytelników Biuletynu. Być może ujawniają się wśród znajomych i współpracowników; być może nie. Ale mamy nadzieję, że zechcą dołączyć do nas na polskiej łodzi podczas parady w sierpniu 2013.

*

Benjamin i ja występujemy powyżej pod prawdziwymi imionami. Marcin w rzeczywistości nazywa się inaczej. Przyjechał do Amsterdamu, aby po raz pierwszy w życiu uczestniczyć w Canal Pride; w mieście, w którym wisiały setki flag z napisem „We are proud”. Marcin również był proud, bo czuł, że może być sobą. Szkoda, że tylko przez weekend.

 

 

[Skrócona wersja tego tekstu została opublikowana w Biuletynie polsko-niderlandzkiego stowarzyszenia kulturalnego (numer 3, rok 32, wrzesień 2012)]

 

 

Autorzy:

zdjęcie Ray Grant

Ray Grant

Przerażająco przystojny i niezwykle inteligentny wielbiciel wszystkiego, co dziwne i nietypowe. Jedyna wada: przesadna skromność. Pisze, śpiewa i maluje, projektuje i pakuje, zaś w wolnych chwilach oddaje się tańcom, hulankom i swawolom. Autor blogów http://heteroseksualisci.blox.pl i http://miloscpo30.net/




Skomentuj

  

  

  

Obraz CAPTCHY

*

Możesz używać następujących tagów HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Pamiętaj: zamieszczając komentarze akceptujesz regulamin

napisz do nas: listy@homiki.pl

Homiki.pl. Czasopismo zarejestrowane w Sądzie Okręgowym Warszawa Praga pod nr 2372 więcej »
Nr ISSN: 1689-7595

Powered by WordPress & Atahualpa