Heteroseksualni sojusznicy

Z kilkudniową wizytą przebywał w Polsce Jody Huckaby, szef amerykańskiej organizacji PFLAG. Wziął udział w kilku spotkaniach dotyczących osób heteroseksualnych wspierających postulaty społeczności LGBTQ w Warszawie i jednym w Trójmieście. Korzystając z tej sposobności, spotkałam się z nim, chcąc dowiedzieć się czegoś o tej rzadko w Polsce zauważanej strategii ruchu LGBTQ.

 

Rodzice i bliscy wzmacniają widoczność osób LGBT

Działania PFLAG skoncentrowane są na wspieraniu i edukowaniu rodziców, rodzin i przyjaciół, towarzyszeniu im na drodze do akceptacji nieheteroseksualnej orientacji czy odmiennej tożsamości płciowej dziecka czy osoby bliskiej. Jednak w pewnym momencie pojawiła się konieczność dodania nowego nurtu działalności. Coraz wyraźniej było bowiem widać, że bez poprawienia widoczności osób LGBT w społeczeństwie nie osiągnie się takiego poziomu akceptacji, który mógłby poprawić jakość życia i osób LGBT, i ich bliskich – a także pozwolił na sukcesy w walce o równość.

Zadano więc sobie pytanie, jak rodzice osób LGBTQ i ich bliscy mogą wesprzeć ich widoczność. I – jak mówi Jody – nie trzeba było do tego jakiegoś wielkiego wysiłku logistycznego. To jest naprawdę prosta strategia. Rozmawiać, kiedy tylko się da. Choć oczywiście takie rozmowy nie zawsze są łatwe, nawet dla mnie. Jestem na przykład w sklepie spożywczym i kupuję jakieś produkty na imprezę. Sprzedawca mówi – o, widzę, że będzie jakieś przyjęcie, żona pewnie siedzi w domu i gotuje? I ja mam w tym momencie wybór – mogę zagrać, ale mogę też spróbować ujawnić się. Uważam, że jeśli stracę okazję, by porozmawiać z kimś na takie tematy, to sam pozwalam tej osobie pozostać w jej własnej strefie komfortu i nadal nie rozumieć mojej perspektywy. W ten sposób niczego nie uzyskam.

Inna historia? Dużo podróżuję. Pewnego dnia leciałem z Nowego Jorku do Północnej Karoliny. Miałem miejsce obok starszej pani – takiej babci, która siedziała ze swoją robótką. Zagadnęła mnie uprzejmie – dzień dobry, dzień dobry, zaczęliśmy kurtuazyjną rozmowę i od słowa od słowa okazało się, że pani jest misjonarką kościoła baptystów. Wtedy już wiedziałem, że będzie źle. Oczywiście moje przypuszczenia się potwierdziły, kiedy w trakcie rozmowy zapytany o żonę powiedziałem, że nie mam żony, tylko partnera, pani po prostu w pół zdania odwróciła się do okna i przez najbliższe 5 godzin już się do mnie nie odezwała. A na koniec podróży wcisnęła mi do ręki maleńką książeczkę z cytatami biblijnymi, z rogiem zagiętym na stronie mówiącej o tym, że homoseksualizm jest grzechem. Cóż. Ale przynajmniej porozmawiałem, prawda?

Iluż rodziców, członków rodzin, w ogóle nie chce mówić o swoich bliskich, swoich dzieciach? Udzielają wymijających odpowiedzi, albo w ogóle pomijają pewne tematy. „Co tam u twojej córki? Jak sobie radzi na studiach? Spotyka się z kimś?” „A tak, studiuje, radzi sobie.” Pominięcie. Albo: „Tak, spotyka się z kimś”. Z kimś. Staramy się zrobić wszystko, żeby rodzicom pomóc właśnie w takich sprawach, w kwestiach praktycznych – jak rozmawiać, co mówić, jak układać codzienne kontakty z innymi.

Kiedy nasza rozmowa zeszła na temat wpływu kościoła katolickiego na postrzeganie osób nieheteroseksualnych w tak jednolicie katolickim kraju jak nasz, zauważyłam, że w Polsce wiele młodych osób LGBT odrzuca Kościół ze względu na jego ideologię wobec nas. Niemniej jednak, nasi rodzice zazwyczaj chodzą do kościoła i się z nim identyfikują. I oni mogą stać się naszym punktem kontaktu z tą katolicką większością. Jeśli oni ujawnią się w swoich społecznościach czy wśród znajomych, nie będą odrzucani tak bardzo jak my zostalibyśmy odrzuceni. I choćby taka rozmowa „Och, to pani jest tą biedną mamą lesbijki” może już być jakimś punktem zaczepienia, momentem nawiązania kontaktu, rozmowy, gdzie nasi bliscy mogą działać na naszą rzecz. – To prawda. A im więcej razy różni ludzie będą mieli okazję wysłuchać takich historii, tym więcej będą mieli szans na zmianę swojego podejścia. Jeśli uda się nam stworzyć dialog w ramach społeczności religijnych na temat tego, jak to jest być osobą bliską dla geja czy lesbijki, a jednocześnie ciągle być częścią np. kościoła katolickiego, co to znaczy być rodzicem osoby LGBT – to mamy szansę na dotarcie do coraz większej liczby osób.

 

Sojusznicy na rzecz równości

Nawet jednak taka strategia uznana została za niewystarczającą. Na początku lat dwutysięcznych w Stanach Zjednoczonych społeczność LGBT przegrała z kretesem kilka pod rząd referendów dotyczących kwestii antydyskryminacyjnych. Okazało się bowiem, że to, co było robione wcześniej, nie przyniosło rezultatów, że strategia wspierania, edukowania i lobbowania dawnymi metodami po prostu się nie sprawdziła, kiedy przyszło do rozwiązań politycznych. Trzeba było poszukać nowej drogi. I drogą tą stało się budowanie sojuszu z heteroseksualną większością.

W 2007 r. PFLAG rozpoczęła zupełnie nową kampanię. Wydawałoby się, że Straight for Equality (co można przetłumaczyć jako „Heteroseksualni sojusznicy na rzecz równości”) jest logicznym elementem strategii nakierowanej na bliskich osób LGBT, czyli takiej strategii, którą PFLAG posługiwała się od początku, jednak tutaj założenia były nieco inne. Nie chodzi o wspieranie czy edukowanie. Chodzi o zbudowanie silnego frontu wśród osób heteroseksualnych – frontu wsparcia dla równości i dla widzialności osób LGBT.

Jody Huckaby podkreśla przy tym wyraźnie, że celem tej kampanii, tak samo jak i innych działań, nie jest wprowadzenie jednopłciowych małżeństw czy związków partnerskich. Nie jest to kampania polityczna – wręcz od polityki się odżegnuje. Między innymi dlatego, że polityka jest uważana przez większość osób za coś brudnego, a przynajmniej nieciekawego. Znacznej większości ludzi – czy homo, czy hetero – polityka po prostu nie obchodzi. Dużo więcej wsparcia można uzyskać mówiąc o sprawach codziennych, o równości, a nie o programach partii politycznych.

Pracując nad tą nową, choć przecież nieodkrywczą strategią współpracy z osobami nieheteroseksualnymi, PFLAG stworzyła trzy zasady. Jody Huckaby opowiedział o nich szczegółowo podczas spotkania zorganizowanego przez KPH i ambasadę USA. Pierwsza z nich to zmiana języka. Po przeprowadzeniu badań wśród osób heteroseksualnych przyjaznych społeczności LGBT okazało się, że jedną z przyczyn, dla których nie chcą się one angażować w nasze sprawy, jest poczucie wykluczenia. Społeczność LGBT postrzegana jest często jako hermetyczna i mówiąca swoim własnym dialektem, który dodatkowo ją wyklucza. A przecież nie wszyscy czują się swobodnie wypowiadając na głos słowo „homofobia” czy „queer”, nie wszyscy wiedzą, co to „opresja heteronormatywna” czy „ekspresja płciowa”. Wielu działaczy miało na to odpowiedź – skoro ludzie nie czują się komfortowo używając takiego języka, powinniśmy stosować go jeszcze częściej, by się z nim oswoili. Tymczasem badania pokazały, że pogłębia to tylko przepaść. Zasadą stało się zatem zawieszenie – czasowe – stosowania „technicznego” języka; priorytet to język komfortowy i zrozumiały dla osób heteroseksualnych.

Druga reguła to pamiętanie o tzw. „heteroseksualnym spektrum”. Chodzi w niej o pamiętanie – ale również zaakceptowanie – że nie wszyscy heteroseksualiści sprzyjający sprawom LGBT są na takim samym etapie, mają tak samo „zaawansowane” poglądy. Na jednym krańcu spektrum znajdzie się osoba, która nie ma w zasadzie nic do gejów czy lesbijek, ale nie jest przekonana co do idei jednopłciowych związków czy małżeństw, albo do adopcji dzieci. Na przeciwległym krańcu będzie ktoś aktywnie działający na rzecz swoich bliskich LGBT, członek organizacji, regularnie płacący składki i wszędzie gdzie tylko może ogłaszający swoje poparcie dla spraw LGBT. Pomiędzy nimi jest cały szereg postaw, których istnienie trzeba sobie uświadomić – i docenić.

Z tym docenieniem związana jest ściśle trzecia zasada: dotarcia do ludzi w tych miejscach, w których się znajdują. Chodzi tu o to, by wyjść naprzeciw ludziom nam przyjaznym – a nawet takim, którzy po prostu nie są nam wrodzy – i spróbować zyskać ich poparcie lub udzielić im wsparcia, w zależności od tego, jaka jest konkretna sytuacja. Konieczne jest tu też zastosowanie „zasady języka”. Jak to barwnie spuentował Jody, jeśli do naszego oddziału przyjdzie wystraszony, nieśmiały i trochę obronnie-agresywnie nastawiony rodzic, który właśnie dowiedział się o tym, że jego córka jest lesbijką, a my zaserwujemy mu wykład o strategiach walki o związki partnerskie z możliwością adopcji, jest spora szansa, że odwróci się na pięcie i już go nigdy nie zobaczymy. Ważne jest, by spotkać się z człowiekiem w tym miejscu spektrum, w którym on się w danym momencie znajduje i docenić to, co mamy, a nie próbować przykrawać go do naszych oczekiwań.

Warto też wspomnieć, że Straight for Equality skupia się na trzech obszarach – miejscu pracy, wspólnotach religijnych i służbie zdrowia. Materiały, publikacje, dodatkowe informacje znaleźć można na stronie kampanii.

 

Czy Amerykę da się skopiować w Polsce? Refleksje

Podczas spotkania w OSA Jody przypomniał, kiedy dokładnie PFLAG zaczął swoją inicjatywę Straight for Equality. Otóż stało sie to w momencie, kiedy organizacja musiała przeanalizować swoją strategię po przegranych kilku pod rząd referendach stanowych dotyczących spraw LGBT.  Kiedy okazało się, że ani prowadzone wcześniej przez inne organizacje działania polityczne, ani strategia wspierająco-edukacyjna PFLAG, nie przyniosły przez lata praktycznie żadnych skutków. Wtedy uświadomiono sobie, że potrzeba świeżego spojrzenia.

W Polsce jesteśmy dziś w bardzo podobnym punkcie. Przegrywamy kwestie polityczne. Sytuacji nie poprawia brak szans na wprowadzenie ustaw, stagnacja, marazm, brak nowych idei ośrodkujących zaangażowanie, niewielka liczba działających osób. Czy droga PFLAG to droga dla nas?

Widzę w niej kilka punktów, które mogą – powinny! – nas zainspirować.

Kluczowe – pozyskanie osób heteroseksualnych. Nawet jeśli udałoby się nam uzyskać jakiekolwiek prawa, to bez wsparcia społecznego będą one całkowicie martwe. Heteroseksualni sojusznicy są nam niezbędni! Naszemu ruchowi bardzo brakuje wyrazistego ich wsparcia. Oczywiście, wiem, że jest wielu heteryków, którzy nam sprzyjają, wpłacają nawet pieniądze na akcje typu Miłość Nie Wyklucza, a wręcz działają w naszych organizacjach. Są to jednak nieliczne, choć chlubne, wyjątki. Potrzeba nam takich ludzi dużo więcej! Tych, których głos dotrze tam, gdzie nas nikt nie chciałby w ogóle słuchać, bądź gdzie możemy być traktowani mniej poważnie jako agitujący za „swoją” sprawą. Heterycy, paradoksalnie, mogą okazać się bardziej wiarygodni, więc trzeba koniecznie pozyskiwać ten potencjał, a pozyskany hołubić. Tymczasem inicjatyw pozyskiwania osób heteroseksualnych jest jak na lekarstwo. Owszem, akcja MNW apeluje do heteryków, ale oprócz aspektu pomocy finansowej nie podkreśla mocno innych możliwości (informacja na stronie internetowej to mało).

Jednocześnie, pozyskując osoby heteroseksualne, powinniśmy mocno stosować strategię spektrum. Oznacza to, że musimy mocno wspierać również osoby, które wcale nie chcą nam przyznać pełni praw – w nadziei, że kiedyś zmienią zdanie, że będzie można je przekonać do pełnego poparcia. O ile nie jest to problemem w przypadku naszych zwykłych znajomych czy sąsiadów, o tyle staje się to problematyczne, jeśli trzeba udzielić wsparcia osobom pokroju posła Dunina czy innych polityków „liberalnej” PO, w nadziei, że dzięki temu kiedyś uda się nam przepchnąć nasze postulaty polityczne.

Niezmiernie ważne jest pozyskiwanie rodziców i rodzin osób LGBTQ. Ten aspekt, tak naprawdę bardzo łatwy do zrealizowania, niestety u nas kuleje. Owszem, powstała Grupa Mam przy KPH – ale jest to grupa zamknięta. Grupa pomocowa dla rodzin w Lambdzie Warszawa jest bardzo słabo wypromowana. Innych inicjatyw nie znam, choć być może to tylko mój brak wiedzy. Tymczasem w naszym społeczeństwie o bardzo słabym potencjale obywatelskim to nie grupy oddolne czy mniej lub bardziej formalne stowarzyszenia są kluczem do sukcesu, ale właśnie grupy wsparcia, z których mogą wykiełkować dalsze działania.

Wreszcie punkt najbardziej kontrowersyjny. Opowiadając o planowaniu strategii Straight for Equality Jody wspominał, że dyrektorka kreatywna PFLAG zakazała stosowania jakichkolwiek symboli LGBT na materiałach tej kampanii. I rzeczywiście – publikacja Guide to Being a Straight Ally nie ma ani jednej, choćby najmniejszej, tęczowej flagi, różowego trójkąta czy innej lambdy. Nic. Dodatkowo Straight for Equality jest osobną marką PFLAG i raczej nie bywa łączone z jej głównym logo. Oznacza to tak naprawdę odcięcie się – symboliczne, ale wyraziste – od wszystkiego, co może kojarzyć się z tęczowym ruchem LGBT (w domyśle zapewne – z paradami, piórami w tyłku itp.). pozostawienie tylko elementów niekontrowersyjnych, właśnie zgodnie z zasadą „spotykania się z ludźmi tam, gdzie akurat są”. Cóż, większość polskiego społeczeństwa na pewno nie jest w miejscu, w którym można byłoby rozmawiać o queer, naruszaniu heteronormatywności, alternatywnych schematach związków, przekraczaniu granic płci, czy nawet wzorach butch czy queen. Tak więc jeśli uznamy, że strategia heteroseksualnych sojuszników jest odpowiednia dla naszego przekazu politycznego, oznacza to, że musimy porzucić część naszej tożsamości, wstydliwie ją skryć, by nasi nowi sojusznicy – którzy są nam tak potrzebni! – nie mogli nas z nią łączyć. Smutne. I  nie odważę się stwierdzić, czy konieczne.

 

Kilka rad z zewnątrz

Na koniec warto przytoczyć odpowiedź Jody’ego Huckaby’ego na moje pytanie o to, co poradziłby nam, działaczom LGBT, w obecnej sytuacji – wedle mojej oceny bardzo pesymistycznej.

Myślę o naszych doświadczeniach w Stanach. W naszym ruchu używa się pojęcia „przegrywania wstecz” i „przegrywania do przodu”. Kto „przegrywa do przodu” kampanię, wybory, referendum, potrafi ocenić, czy przeprowadził działania edukacyjne, zrealizował odpowiednio dużo działań, zaangażował odpowiednich ludzi – przekonał ich.

W USA przeprowadzono ostatnio badania, których wyniki są bardzo niepokojące. Zaledwie 4% nieheteroseksualnych Amerykanów wspiera finansowo działania na rzecz społeczności LGBT. Tylko 4%. Nie mogliśmy się otrząsnąć z szoku, kiedy się o tym dowiedzieliśmy. Naprawdę? Tylko 4%? To znaczy, że mamy bardzo dużo do zrobienia w kwestii edukacji osób LGBT.

Inna ważna kwestia. Jak zróżnicowana jest grupa działaczy LGBT? Czy to są tylko osoby LGBT? Tylko osoby młode? A gdzie są heteroseksualiści? Gdzie są rodzice? Kto wykonuje cała pracę na rzecz osób heteroseksualnych? W 2007 r. zamówiliśmy w dużej firmie prowadzącej badania opinii publicznej badanie na grupie 2100 heteroseksualnych Amerykanów. Wśród zadanych pytań pojawiło się też pytanie: Czy osoba LGBT poprosiła cię kiedyś o zrobienie czegoś na rzecz jej społeczności, czegoś bardziej aktywnego – na przykład o zagłosowanie w konkretny sposób czy wypowiedzenie się na jakimś spotkaniu czy konferencji. Okazało się, że tylko 2% osób, które były przyjazne osobom LGBT, zostało kiedykolwiek poproszonych o takie działanie. Przecież to oznacza ogromne pole do popisu dla nas! Oczywiście zawsze powstaje obawa – a co jeśli odmówią> Co jeśli zareagują w nieprzyjemny sposób?

Może też być tak, że wiele osób uważa, że nasz ruch dba tylko o małżeństwa czy związki partnerskie. Tymczasem dla wielu osób nie są one wcale ważne. Tacy ludzie chcą być w związku, utrzymać pracę, może wychować dzieci – i związki partnerskie nie sa im do tego potrzebne. Jeśli jedynym obszarem działalności waszych organizacji LGBT jest polityka – cóż, większości ludzi, hetero czy nie, polityka nie obchodzi. Jeśli nie dacie im nic innego do roboty, jeśli całe wasze działanie jest polityczne… Pomyślcie, co możecie zaoferować osobom heteroseksualnym. Dajcie im jakiś powód, żeby byli zainteresowani.

Trzeba dać szansę zaangażowania się w wasze działania ruchowi praw człowieka, budować partnerstwa z organizacjami prawnoczłowieczymi, które zajmują się innymi sprawami niż kwestie LGBT. Trzeba znaleźć punkty styczne, wspólne wartości, miejsca, gdzie możecie zrobić coś razem albo wesprzeć ich działania, nie zawsze oczekując, by zrobili dla was coś w zamian. Nasze lokalne oddziały są zazwyczaj pełne białych ludzi. To dlatego, że trudno nam złapać kontakt z Afroamerykanami czy osobami pochodzącymi z Ameryki Łacińskiej. Ale w którymś momencie zorientowaliśmy sie, że to między innymi dlatgeo, że my sami nie wychodzimy do nich, nie proponujemy wsparcia działań ich organizacji. Czasem trzeba zrobić ten pierwszy krok.

Bardzo ważna jest współpraca z biznesem – z firmami, które mają już swoje strategie antydyskryminacyjne i realizują je w innych krajach. Trzeba zwracać się do nich bezpośrednio i pytać – jak możecie nam pomóc? Jeśli dbacie o swoich pracowników LGBT w Stanach czy Europie Zachodniej, zadbajcie o nich też w Polsce. Czy zasponsorujecie kampanię edukacyjną w waszej firmie? Robicie tak za granicą, czemu nie zrobicie tego tutaj? W biznesie chodzi przecież o konkurencję. Jeśli nie chce Wam pomóc mniejsza firma, idźcie do British Airways! Kiedy oni wprowadzą politykę antydyskryminacyjną, pójdą za nimi inne firmy, bo to będzie prestiżowe. W USA pierwszą linią, która wprowadziła kategorię „orientacja seksualna” do swojego kodeksu antydyskryminacyjnego, była American Airlines. W ciągu dwóch – no, może pięciu – lat zrobiły to wszystkie kolejne linie krajowe.

Inny aspekt w działaniach biznesowych – siła nabywcza. W USA oblicza się siłę nabywczą każdej możliwej grupy i stwierdzono, że siła nabywcza osób LGBT to 800 mld dolarów. A co jeśli dodamy do tego jeszcze siłę nabywczą naszych heteroseksualnych sojuszników, przyjaciół, członków rodzin? Nacisk na biznes można prowadzić z różnych stron. W rozmowie z członkami Kampanii Przeciw Homofobii sugerowałem – wejdźcie na naszą stronę internetową, zobaczcie, jakie firmy nas popierają, sprawdźcie, czy działają w Polsce – i skontaktujcie się z nimi, powiedzcie „Zobaczyliśmy, że wspieracie PFLAG, czy możecie wesprzeć i nas?”. Poza tym, musicie dać im coś w zamian. Nie można oczekiwać, że firma ot tak sypnie groszem. Zaproponujcie, że coś dla nich zrobicie. Może jakieś szkolenie? Warsztaty?

Jeśli nie odnosicie sukcesów na płaszczyźnie politycznej, bo nie zbudowaliście wystarczających podstaw w społeczeństwie, bo nie przeprowadziliście wystarczających działań edukacyjnych – wyjdźcie z „trybu kampanijnego” i przejdźcie w „tryb edukacyjny”. To może nie wydawać się szczególnie atrakcyjne czy ciekawe, ale nigdy nie osiągniecie sukcesu politycznego, jeśli nie zbudujecie solidnych podstaw działaniami edukacyjnymi. Przecież ciągle słyszę od amerykańskich polityków – „oczywiście, że was popieram, uważam, że wasze postulaty są słuszne. Ale ludzie, którzy mnie wybrali – cóż, oni uważają inaczej i muszę robić to, czego oni ode mnie oczekują”. Musimy więc dotrzeć do tych ludzi, i przekonać się, czy tak jest rzeczywiście – a jeśli tak, przekonać ich, by zmienili zdanie.

 

 

[Dziękuję Kampanii Przeciw Homofobii, a przede wszystkim Katarzynie Remin, za współpracę przy organizacji spotkania z Jodym Huckabym. Jego wizytę zorganizowała KPH przy współpracy Ambasady USA w Polsce]


Autorzy:

zdjęcie Uschi

Uschi „Sass” Pawlik

Tłumaczka z zawodu, korektorka z powołania. Ma kota na punkcie kotów. Pasjonują ją zagadnienia [trans]genderowe, kwestie rodzin LGBTQ i feminizm.




Skomentuj

  

  

  

Obraz CAPTCHY

*

Możesz używać następujących tagów HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Pamiętaj: zamieszczając komentarze akceptujesz regulamin

napisz do nas: listy@homiki.pl

Homiki.pl. Czasopismo zarejestrowane w Sądzie Okręgowym Warszawa Praga pod nr 2372 więcej »
Nr ISSN: 1689-7595

Powered by WordPress & Atahualpa