„Rainbow”, czyli Lambda, czyli spółdzielnia „Zdrowie”

Idiolektyczne wspomnienie na piętnastolecie

 1. Ludzie, gwiazda, a może koty i psy

Na prośbę redakcji Homiki.pl postanowiłem napisać coś o historii Stowarzyszenia Lambda Warszawa z okazji piętnastolecia organizacji. Zastrzegam jednak, że będzie to nie tyle historia, co luźne wspomnienie, i to raczej bardzo osobiste. Bo i z Lambdą miałem od samego początku relacje bardzo osobiste.

O historii każdy może przeczytać na Lambdowej stronie, jest także co nieco o Lambdzie w naszej Homowarszawie (a czy jest coś, czego tam nie ma ?), no i tu i tam jeszcze, zwłaszcza w necie. Przypomnę więc w dwóch słowach, że na początku było założone w 1990 roku ogólnopolskie Stowarzyszenie Grup Lambda, coś w rodzaju umbrelli grupy organizacji lokalnych, jednak to stowarzyszenie szybko zaczęło się rozpadać, a źródłem niesnasek miał być jakiś tajemniczy elektryczny czajnik – który ktoś „niesłusznie”(?) kupił, czy zepsuł, czy ukradł, a może nawet wysadził w powietrze. Sprawa czajnika jest tak zagmatwana, że głośny casus czarnych wołg coupé rozdawanych na Placu Czerwonym, które okazały się jedynie pedałowym jednośladem skradzionym na Placu Maneżowym, to przy niej dziecinna bajeczka. Faktem pozostaje, że do tego „kultowego”, „legendarnego” czajnika zgłasza sprawczy akces wcale niemała grupa „legendarnych” działaczy i działaczek, tak iż można to tylko porównać ze zjawiskiem trzydziestu (a może trzystu) tysięcy bliskich przyjaciół Naszego Ojca Świętego w jego krakowskim grodzie. Zresztą działaczy, zarówno tych „legendarnych”, jak i aktualnych zawszeć ci u nas dostatek.

No dobrze, stowarzyszenie ostatecznie rozpadło się, ale zanim to nastąpiło, jego warszawska (od)noga poczęła wiosną 1995 roku ośrodek „Rainbow” – był to niewielki lokal, do którego wchodziło się z arkadowego, renesansowego podcienia socrealistycznej kamienicy na Śniadeckich, tuż przy Placu Konstytucji. Do tego pomieszczenia, o niejasnym chyba w projekcie przeznaczeniu, wchodziło się zatem z parteru; pięć schodków w górę i jesteśmy na małym pięterku (w istocie antresoli), dziesięć schodków w dół i jesteśmy w małej suterenie. Lokalik ten „Rainbow” dzieliło z jakąś spółdzielnią pracy, bodaj podnoszenia oczek – mieściła się ta domniemana spółdzielnia na antresoli; do sutereny pończoszarki już nie zachodziły. Ale i tak nie byłoby problemu: wszak „Rainbow” funkcjonował głównie w weekendy, a to nie była już pora pończoszek. Ośrodek ten był więc czymś w rodzaju pomostu pomiędzy warszawskim członem Stowarzyszenia Grup Lambda, a obecnym Stowarzyszeniem Lambda Warszawa, zarejestrowanym przez aktywistów „Rainbow” w październiku 1997 roku.

To właśnie od ośrodka „Rainbow” zaczęła się moja przygoda z ruchem LGBT. Bo choć nigdy nie byłem w szafie, to w tak zwanym „środowisku” nie funkcjonowałem, i choć zawsze ciekawiło mnie to, co się w owej „branży” dzieje (zarówno w Polsce, jak i zwłaszcza we Francji, podczas dłuższego pobytu w Paryżu w drugiej połowie lat osiemdziesiątych), to zainteresowania te ograniczałem jedynie do sfery „poznawczo-intelektualnej” (choćby czytając tematyczne utwory literackie, a w Paryżu znaleźć mogłem niemal wszystko). Natomiast do „Rainbow” zaciągnął mnie mój student. I tak oto przeszedłem do etapu „poznawczo-uczestniczącego”.

Wykładowca akademicki, który jest gejem, to osobna i ciekawa kwestia. To tematyka bardzo zakorzeniona w literaturze i kulturze, zwłaszcza brytyjskiej. Ale tu powiem pokrótce, że słynny gejdar, którym obdarzeni są przez Boga geje, pozwala dość szybko wzajemnie „wyczaić” się studentom i wykładowcom. Oczywiście nie wynika (a przynajmniej wynikać nie powinno!) z tego wiele, jedynie sympatyczna świadomość, że oto wspólnie należymy do tej tak uprzywilejowanej przez Opatrzność mniejszości. Czasem może jednak dać to początek przyjaźni, kontynuowanej już po zakończeniu relacji akademickich. Tak też było z rzeczonym studentem, który wówczas był jednym z filarów „Rainbow”, a po studiach miał się stać sławnym gwiazdorem piosenki, obecnie nieco zapomnianym, choć nadal młodzieńczo pięknym. Powiedział mi, że po prostu muszę „Rainbow” odwiedzić, opowiadał o tamtejszych spotkaniach, że oto tam geje dowiadują się, jak sobie ułożyć życie, jak radzić sobie z wszelkim trudnościami, jak się swoim życiem cieszyć. Że nieraz tyle osób przychodzi, że nawet nie ma gdzie usiąść. Oczami wyobraźni widziałem ogromną salę, niemalże kinową, wypełnioną po brzegi zauroczonymi gejami, a na proscenium szacowny panel, składający się z psychologów, seksuologów i w ogóle wszechwiedzących autorytetów. Tymczasem, gdy tam wreszcie dotarłem, trafiłem na popołudniowe sobotnie spotkanie grupy ogólnej, w sile może pięciu osób, prowadzone przez fizyka Marka – osoby wielce dla „Rainbow” i Lambdy zasłużonej.

Ośrodek „Rainbow” funkcjonował przez dwa lata – do grudnia 1997 roku. Istotną rolę pełniły w nim jeszcze inne osoby, które całkowicie wycofały się już z działalności LGBT – i niektóre gdzieś całkiem zniknęły, nie pozostawiając po sobie śladu. Był zatem biolog Piotr, który nieraz wypowiadał się dla mediów, i który wziął udział w głośnym happeningu pod kolumną Zygmunta – z twarzą przesłoniętą chustką i pretensjonalnym nieco napisem „Jestem menedżerem”. Był artysta Sarmen – obecnie prowadzi chyba galerię sztuki. Był drugi Piotr, podobnie jak Marek, fizyk – ciepły dobry wujek, człowiek o wielkiej kulturze, uroku i swadzie. I uwaga, uwaga, był Artur Cezar Krasicki, czyli sam Wielki Masturbator – autor głośnego w połowie lat dziewięćdziesiątych manifestu onanistycznego Wal, pókiś młody! Książka ta zyskała publiczne uznanie Waleriana Borowczyka, skandalizującego polskiego reżysera zamieszkałego we Francji, twórcy głośnej adaptacji filmowej Dziejów grzechu. Cezar pracował przez pewien czas w radiu, pisywał „tematycznie” do „Przekroju” i „Machiny”, chciał robić doktorat u słynnego profesora socjologii („tylko bez coming outu!”), nie dał mi spać w czasie pierwszej konferencji Queer Studies w Szczyrku w 2000 roku – i zniknął. Może gdzieś za granicę. W „Rainbow” Cezar przez niemal rok prowadził grupę niedzielną, niby „studencką”, ale de facto dla wszystkich – i robił to świetnie.

W „Rainbow” poznałem też Lecha, geofizyka, i Krzysztofa, wówczas socjologa, a teraz bardziej anglistę – obie te osoby zaznaczyły się wyraziście nieco później, gdy po zamknięciu „Rainbow” otworzono pierwszą siedzibę obecnej „Lambdy” na Czerniakowskiej, latem 1998 roku. To właśnie Krzysztof, ówczesny socjolog, prowadził tam grupę niedzielną – i też były to wspaniałe spotkania. I mimo, że była to już ta „właściwa” Lambda, to nadal wiele osób (w tym ja) określało owo miejsce jako „Rainbow”; działo się tak jeszcze niekiedy w kolejnej siedzibie Lambdy, na Hożej, gdzie stowarzyszenie przeniosło się w 2002 roku… Bo powiem szczerze, że mnie nazwa „Lambda” wpierw trochę odstręczała – mimo iż to po prostu grecka litera, której symboliczne znaczenie (λ może oznaczać zarówno love, jak i liberation) przydały powstające w latach siedemdziesiątych organizacje gejowsko-lesbijskie w różnych krajach świata, to dla mnie brzmienie słowa miało klimat jak gdyby medyczny, kojarzyła się bardziej z ośrodkiem analiz moczu i krwi, niż z gejowsko-lesbijską organizacją.

Acha, i na Śniadeckich poznałem jeszcze Arka, późniejszego absolwenta MISH-u na Uniwersytecie Warszawskim – chyba najbardziej erudycyjnego intelektualistę pośród wszystkich, którzy się przez „Rainbow”/Lambdę przewinęli. Obecnie Arek wkroczył już ostatecznie na ścieżkę frankofilną – od wielu lat przebywa głównie w Paryżu, zajmując się archiwizacją francuskich poloników. A skoro Arka, to i jego ówczesnego partnera Wojtka – wpierw matematyka, później filmoznawcę; byli razem uroczą parą. No i Michała – biologa, później nawet doktora, ale i masażystę w klimatach Orientu, który w tamtych czasach nosił długie, naturalnie karbowane włosy, po czym zasłynął z długiego warkoczyka z tyłu krótko ostrzyżonej głowy, a teraz i z warkoczyka zrezygnował. Pracował przy telefonie zaufania – i musiał być dobry w tej roli, tak być musiało, bo zawsze cechowała go wysoka inteligencja i empatia. W „Rainbow” poznałem jeszcze Dawida, studenta lingwistyki – ale to długa i całkiem już inna historia, nadal jesteśmy w kontakcie…

Wygląda więc na to, że dla mnie Lambda to głównie ludzie – tak, istotnie, najważniejsze były dla mnie zawsze osoby, które poznawałem na różnych etapach mojego z Lambdą pożycia. Zresztą któż jest dla nas ważniejszy na tym Bożym świecie niż człowiek? No, dla mnie ważne są jeszcze nasze kocie damy i ważny był szorstkowłosy jamnik Skubi, niestety już świętej pamięci. Ale tak jakoś się składa, że geje – no i lesbijki także! – „generalnie preferują” koty…

 

2. Adresy – i znowu ludzie i gwiazdy. Dziewczyny!

Adresów było kilka. Po „Rainbow” wspomniana już Czerniakowska, w przedwojennej kamieniczce przyległej do apartamentowca, w którym w ostatnim okresie życia mieszkał Jan Nowak-Jeziorański, a teraz mieści się tam biblioteka jego imienia. Lambda zajmowała dwa niewielkie pokoje na ostatnim, piątym chyba piętrze, bez windy, o ile pamiętam. Pomieszczenie nader skromne, jakieś rozkładane krzesełka, stoliki, regał. Tam, podobnie jak na Śniadeckich, odbywały się spotkania różnych grup tematycznych – ale chyba nie było ich zbyt wiele. Ja pojawiałem się co jakiś czas na tak zwanej „niedzielnej ogólnej”, koedukacyjnej chyba, którą tak udatnie prowadził socjolog-anglista Krzysztof. Geofizyk Lech, jego dobry kumpel, od czasu do czasu organizował pokazy filmowe, a nawet ambitne spotkania – jak na przykład wieczór poświęcony muzyce i postaci Karola Szymanowskiego, którego Lech był wielbicielem i znawcą. Pamiętne było spotkanie poświęcone dopiero raczkującym wówczas w Polsce Queer Studies, o których mówił Tomek Basiuk, późniejszy dyrektor Ośrodka Studiów Amerykańskich UW. No i Lech – wraz z archeologiem Przemkiem i Arkiem – prezentowali tematyczne filmy, na czele z artystowskim kanadyjskim obrazem Lilie, oczkiem w głowie Lecha. I można było obejrzeć słynny If…. (Jeżeli) Lindsaya Andersona – ale to już moje oczko w głowie, pokazywaliśmy go jeszcze później nie raz.

Następnie była Hoża – zapuszczona co nieco oficyna przedwojennej kamienicy w pobliżu Marszałkowskiej, ale była to oficyna bez frontu, którego po wojnie nie odbudowano. Tam z kolei było piętro czwarte – również bez windy (dla mnie samo zdrowie, ale dla niektórych mogło to znowu być utrudnieniem), i nad poselskim biurem samego Antoniego Macierewicza, obecnego znawcy lotnictwa. Lokal na Hożej był znacznie większy niż poprzedni, i miał ten swój coolowo-badziewny klimat, choć minusem był brak ogrzewania, co przy mroźnej zimie (gdy bywało dosłownie cool) zmuszało do korzystania z popierdującej dmuchawy. Tam głównym dniem, gdy „się działo”, była sobota, kiedy to wyświetlano filmy i był biblioteczny dyżur. Gospodarzami byli wspomniani już Marek, Lech i archeolog Przemek, oraz student fizyki Krzyś, czyli Krzyżtof – tak, Krzyżtof! – który za osobistego tutora miał Lecha (wygląda na to, że fizyka to najpopularniejszy kierunek wśród gejów – i ja swoje studia przed laty zaczynałem od tegoż kierunku). To były naprawdę fajne wieczory. Przychodzili tam także regularnie student historii sztuki Adam, studiujący ochronę środowiska Michał (kolega Krzyżtofa z klasy), młody poeta Marcin i student prawa Marcin, psychiatra (wtedy in spe) Andrzej, elektronik Jurek, czy lekarz rodzinny Wojtek. I zachodziła cała grupa innych świetnych ludzi, także z zagranicy – jak choćby chorwacki pianista i filozof Vatro, młodzi Francuzi i Niemcy. Filmy oglądało się wpierw przez długi okres z magnetowidu, na niedomagającym już, ale dużym telewizorze-emerycie – chyba radzieckim Rubinie. Potem pojawił się rozkładany ekran, i wielką sztuką było ustawienie go tak, żeby się nie przewrócił widzom na głowy.

Tymczasem nie chciałbym, żeby powstało mylne wrażenie, że Lambda to tylko świat mężczyzn, men only, świat bez kobiet. Nic z tych rzeczy! Pomijając fakt, że od samego początku funkcjonowały grupy „dla dziewczyn” i nadal taka grupa istnieje, „żyje i kopie” (mówiąc kalką angielskiej frazy), to dziewczyny zawsze odgrywały w Lambdzie znaczącą, wręcz parytetową rolę. Zresztą grupy ogólne zawsze były koedukacyjne. Pamiętam, jak na niedzielnej grupie jeszcze w „Rainbow” zaczęła się pojawiać moja ówczesna studentka polonistyki. „Na grupie” (tak, konstrukcje z „na” już są obecnie uznawane przez językoznawców za „uprawomocnione uzusem językowym”) byliśmy na koleżeńskiej stopie, ale nie nawiązywałem do tych naszych spotkań podczas bardziej oficjalnych kontaktów w grupie (tu już zdecydowanie „w”!) zajęciowej. Jednak po wpisaniu zaliczenia i zakończeniu „oficjalnych” kontaktów, pozwoliłem sobie (ciekawość pierwszy stopień do piekła!) na nieśmiałe zapytanie, czy ona może też… Ach nie, ja nie, ale mieszkam w akademiku, w niedziele czuję się samotna, a w  „Rainbow” jest taka miła, ciepła, wręcz rodzinna atmosfera…

Dużo dziewczyn przychodziło też w soboty na Hożą, w tym doktorantka z Francji, która pisała pracę o polskim ruchu LGBT i korzystała z Lambdowej kolekcji pierwszych polskich pism tematycznych – chyba tylko w „Lambdzie” (tym bardziej obecnie) jest ich pełen lub niemal pełen komplet.

Na Hożej pojawiła się też po raz pierwszy w oknie prawdziwa tęczowa flaga.

 

3. Kolejny adres: transfuzja nowych klimatów, nowi ludzie, znów gwiazdy. I daj nam, Boże, zdrowie!

A w 2008 roku była przeprowadzka na Żurawią – o czym pisałem już tutaj kilka lat temu. Żurawia to była inna jakość, choć duży lokal (około stu pięćdziesięciometrowy) wyglądał w chwili odbioru jak rumowisko. Przez wiele lat mieściła się tam spółdzielnia „Zdrowie”, dla której to część wielkich pokoi pięknego przedwojennego mieszkania zostało poszatkowanych na małe, niesymetryczne kanciapy. Przeprowadzka – to było orgiastyczne zdarzenie… Potem miał miejsce remont – głównie (podobnie jak i lokal) zasługa Krzysztofa Kliszczyńskiego – ukoronowany zawieszeniem na ścianie biura Lambdy jego starego roweru.

Ważnym wydarzeniem na Żurawiej było użyczenie dużej sali w piątkowe wieczory spotkaniom Transfuzji, kiedy organizacja ta nie dysponowała jeszcze własnym lokalem, Anna Grodzka, założycielka i ówczesna szefowa, była dopiero w przededniu wielkiej polityczno-medialnej kariery. Podczas moich pobytów na przykład w Anglii, czy w Niemczech, nie spotkałem nikogo spośród osób interesujących się wydarzeniami na świecie (i to niekoniecznie osób spod znaku LGBTQ), które nie słyszałyby o polskiej posłance. Anna (Ania) Grodzka zaczęła pojawiać się w Lambdzie po raz pierwszy jeszcze na Hożej. Ale dopiero na Żurawiej zaczęły się tu regularnie odbywać spotkania świeżo założonej Transfuzji, a obok Ani liderką stowarzyszenia i grupy była oczywiście Lalka Podobińska, wspaniała osoba i kobiet-cis, czyli kobieta po prostu. To od niej dowiedziałem się, że nie jestem zwykłym, banalnym mężczyzną, ale mężczyzną-cis! No proszę, i na dodatek mówię prozą, ale to wiem już nie od Lalki, ale od niejakiego pana Moliera. Trans nie trans, cis nie cis – Ania i Lalka to po prostu dwie wspaniałe kobiety, takie kobiety na sto fajerek. Zawsze przy każdym spotkaniu wycałowujemy się zresztą serdecznie. Wiadomo – kobieta najlepszym przyjacielem geja!

Żurawia – tu też odbyło się wiele seansów filmowych, które współorganizowałem wpierw z anglistą-teatrologiem Mateuszem, a następnie z politologiem Mariuszem i poetą Marcinem. Z Marcinem… ale to długa i całkiem już inna historia. Były też dyskusje i spotkania – z mojej działki wspomnę tylko panel poświęcony literaturze LGBT, z udziałem Kingi Dunin, Bożeny Keff-Umińskiej, Tomka Basiuka, Krzysztofa Tomasika, Błażeja Warkockiego, oraz Tomasza Raczka i Marcina Szczygielskiego – czyli gwiazd pierwszej wielkości. Uczestników było tylu, że rozgościć się musieli także na podłodze, także w korytarzu – na bujanym fotelu bujała się sama Anka Zet, choć o dziwo bez hełmu i fuzji. Ale przecież w Lambdzie nic złego jej nie groziło… I było też spotkanie z gwiazdą autentyczną – czyli samym Jackiem Poniedziałkiem. Odbyła się również wielce ciekawa dyskusja z Profesorem Michałem Głowińskim – jednym z czołowych polskich uczonych-humanistów, z tej przedniej ligi, co Maria Janion czy Leszek Kołakowski. I było ważne spotkanie z wydawcami homiczej literatury – tu głównym spiritus movens był Wojtek Szot-Abiekt, „innyhistoryk.pl”, wydawca, między innymi, Homowarszawy, „penetrujący (nie tylko) internet”, sławny ostry bloger, obecnie w tej roli dormant.

I może jeszcze podzielę się taką osobniczą refleksją, naznaczoną nutą nostalgii – otóż, myślę, najlepszym okresem polskiego ruchu LGBT były lata IV Rzeczypospolitej, lata braci bliźniaków i największych Parad Równości, gdy medialnym gwiazdami stawali się Robert Biedroń i zapomniany dziś nieco Tomasz Bączkowski, szef Fundacji Równości – człowiek niemałych zasług. Dziś, w epoce posiwiałego co nieco remake’u III RP, w dobie nieoczekiwanego zupełnie posłowania nie tylko Roberta, ale i Anny Grodzkiej, zarówno KPH, jak i Lambda straciły dziewiczą aurę czołowych obrońców homiczej społeczności wobec nieprzyjaznych aktorów państwowej politycznej sceny z Romanem Giertychem na czele. Dziś i sam Roman jest już mniej czarny, a głównym przeciwnikiem staje się gimnazjalna nauczycielka z jakiejś podkarpackiej dziury. A Lambda zaczyna trochę przypominać wspomnianą spółdzielnię „Zdrowie”, instytucję tyleż solidną, co już niekoniecznie ekscytującą. Choć ikoniczną atrakcją firmy pozostaje zawsze młoda lekarka Yga Kostrzewa, do której właśnie wszedł pacjęt

Tak czy owak – na zdrowie! Za ileś tam lat, z perspektywy nowego lokalu na setnym piętrze wieżowca zaprojektowanego przez Zahę Taid, ktoś będzie wspominał skromne pied-à-terre z Żurawiej, przemianowanej na ulicę Ingi „Ygi” Kostrzewy…

 

 

Autorzy:

zdjęcie Krzysztof Zabłocki

Krzysztof Zabłocki

Anglista, wykładowca na Uniwersytecie Warszawskim, tłumacz literatury angloamerykańskiej i francuskiej, autor szkiców, członek zarządu Stowarzyszenia Lambda Warszawa; wielbiciel jamników, Indii, kina Viscontiego, Kazi Szczuki, campu, Pałacu Kultury i Karl-Marx-Allee w Berlinie.

1 komentarz do: „Rainbow”, czyli Lambda, czyli spółdzielnia „Zdrowie”




Skomentuj

  

  

  

Obraz CAPTCHY

*

Możesz używać następujących tagów HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Pamiętaj: zamieszczając komentarze akceptujesz regulamin

napisz do nas: listy@homiki.pl

Homiki.pl. Czasopismo zarejestrowane w Sądzie Okręgowym Warszawa Praga pod nr 2372 więcej »
Nr ISSN: 1689-7595

Powered by WordPress & Atahualpa