Kosmici i homoseksualizm

Czytam i czytam ostatnie felietony – i myślę. Szczególnie ten „Piątek w piątek” i ten o „paleniu szafy” wzbudził mimowolne refleksje i niekoniecznie chciane wspomnienia. Ale skoro już są i nie mogę się ich pozbyć, może, jeśli pan Jerzy Piątek pozwoli, też się podzielę.

Moje lata szkolne przypadły na podobny okres, lat dziewięćdziesiątych. Ku zapewne powszechnemu zdziwieniu, aż do 18 roku życia nie miałam pojęcia, co to jest homoseksualizm. Coś tam się obijało o uszy od rodziców, że lesbijka to taki kobiecy potwór, co najchętniej zgwałciłby każdą napotkaną dziewczynę, o gejach mowy nie było. Tak, ja byłam wychowywana „pod kloszem”. Rodzice marzyli o zrobieniu ze mnie wielkiej pianistki i do dziś nie mogą mi darować, że im to nie wyszło. Miałam z góry ustalone, do jakiej pójdę szkoły i na jakie studia, zamążpójście było tak samo oczywiste, jak cała reszta.

Najbardziej mnie śmieszy, że przez moje wredne koleżanki z klasy zostałam określona „lesbą” mniej więcej w wieku lat trzynastu, kiedy to po pierwsze nie znałam tego słowa, a po drugie coś takiego jak seksualność u mnie nie istniało. Kiedy moje rówieśniczki oglądały się za pierwszymi chłopakami, ja w głowie miałam książki o UFO, komiksy o superbohaterach firmy Marvel i muzykę Jarre’a. Miałam swój własny świat, który dziś można określić jako duchowy czy artystyczny, wtedy był on bardziej nienormalny niż obecnie bycie otwartą lesbijką. Po słowach pana Piątka aż zastanawiam się, co by było, gdyby w roku 1992 zamiast opowiadać w szkole o tym, że wierzę w istnienie kosmitów, powiedziałabym otwarcie, że jestem lesbijką. Czy za to też wysłano by mnie do psychologa, bo za kosmitów wysłano. Nie wiem. Oberwało mi się dyskryminacją za inność, ale akurat nie za orientację. Oberwało mi się za nieśmiałość, za smutną minę na przerwach, za czytanie książek zamiast chichotania „jak prawdziwa nastolatka powinna”. Oberwało mi się na chórze bo „moja mina nie pasuje do utworu” według dyrygenta. Zrezygnowawszy w końcu z szukania akceptacji w szkole, zmieniłam się w cichego buntownika. Przejście korytarzem równało się pokonaniu pola walki, zaczynało od ustalenia strategii, gdzie są i co robią ci, co podstawią nogę, co zatrzymają mnie na schodach z nowymi sposobami na dokuczanie. Znalazłam tylne wyjście ze szkoły, okrężną drogę do tramwaju. Na okres liceum starczyło.

Zaspokojenia mojej potrzeby duchowości zaczęłam szukać w kościele. Tu przynajmniej rodzice byli zachwyceni. Oaza, jak to dumnie brzmi. Kochałam modlitwy przy świecach do muzyki Kitaro, rozważania o Bogu i miłości. Tylko te frazesy o szacunku dla drugiego człowieka brzmiały dziwnie w zestawieniu z informacją, że kobieta nie ma prawa wejść do kościoła w spodniach. Jeszcze dziwniej z niebiesko- fioletowymi nadgarstkami mojej koleżanki – efekt spotkania sam na sam z kolegą z tej samej oazy. Powiedziała, że nic jej nie zdążył zrobić, bo wróciła do domu jego mama. Miałyśmy wtedy po 14 lat.

W połowie lat 90-tych zrobiło się głośno o ufologii i ruchach parareligijnych typu Hare Krishna. Byłam w swoim żywiole. Nareszcie nie ganiano mnie do lekarza za kosmitów ani wiarę w reinkarnację, zamiast tego lataliśmy z reporterami za świadkami spotkań z latającymi spodkami, czekając na „Bliskie Spotkania Trzeciego Stopnia”. To były najszczęśliwsze lata mojego życia. Miałam 18 lat, za sobą pierwsze artykuły w gazetach, przed sobą wizję zostania polskim agentem Mulderem, a w muzyce następcą J.M. Jarre’a. Orientacja seksualna nie była mi w głowie. Niemniej, już wtedy moi rodzice się nią strasznie martwili. A jeszcze bardziej co poniektóre ciocie. Fakt, że nie miałam chłopaka, wzbudzał pytania na każdym rodzinnym spotkaniu. Ja wściekałam się o to z całą moją nastoletnią buntowniczością, patrzyłam na nich i tłumaczyłam, że nie chcę, nie będę, nigdy nie wyjdę za mąż. Bo tak.

Darowałam sobie w mojej naiwnej szczerości rozwinięcie tej mojej własnej wewnętrznej religii, która kwitła we mnie od około 10–11 roku życia, o pozostaniu w czystości. To było moim największym skarbem, najpiękniejszą cechą, wartą by oddać za nią życie. Przez następne lata miałam się przekonać, że absolutnie wszyscy napotkani na mojej drodze to właśnie ten aspekt uparli się we mnie wyśmiać i zniszczyć; ja jednakże trwałam, niczym święta Agnieszka albo mitologiczna westalka i ponownie rozważałam pójście do zakonu. Potrzebowałam religii, instytucji, która by tę moją czystość chciała chronić. Ale w kościele nie wolno by mi było wierzyć w reinkarnację, a jako zakonnica byłabym pod kontrolą byle księdza tylko dlatego, że jest mężczyzną. Kolejna nadzieja umarła.

Na studiach zaczął się okres poznawania siebie. Zrozumiałam własną orientację po obejrzeniu japońskiego serialu Sailor Moon, gdzie wśród bohaterek była urocza para lesbijek. To była rewolucja. Oto ja, osoba całkowicie aseksualna, zrozumiałam, że jestem homoseksualna. Wyjaśniło się, dlaczego tak bardzo emocjonalnie przywiązywałam się do niektórych moich koleżanek, dlaczego dotyk bliskiej dziewczyny powodował szybsze bicie serca, tyle rzeczy się wyjaśniło. Odkrycie to napełniło mnie nowymi marzeniami. Marzeniami, które nie istniały nigdy wcześniej. Niczym średniowieczny trubadur zaczęłam szukać damy swego serca. Pisać o miłości, szukać jej, wołać. Wierszem, muzyką. Z podniesionym czołem dokonałam coming outu przed własną matką, a na jej łzy i lament odpowiadałam mówiąc o miłości. O tym, że jest taka sama, jak jej niegdyś do mojego ojca. Pytałam ją, jak może uważać miłość za nienormalną.

Wtedy okazało się, że „sprawa kosmitów” powróciła. Był rok 1998 i marzenia o drugiej kobiecie okazały się u mnie w domu tak samo nienormalne, jak w 1992 wiara w UFO.

Dziwna rzecz jest z tą homofobią i bardzo bolesna. Bo ona nie atakuje ciała, ona atakuje dusze. Oto nagle najbliżsi ludzie chcą kontrolować twoje uczucia, zrobić pranie mózgu, wmówić ci, że miłość jest zła. Miłość = zło. Znacznie łatwiej było przestać w szkole opowiadać o kosmitach. Ale jak można przestać kochać? Pozwolić na odebranie sobie prawa do miłości? Miłości, o której mówią nam od naszych narodzin, o której piszą wiersze i pieśni? Miłość, która jest wszystkim, jest życiem, jest sensem istnienia – tak czujemy. A teraz nagle, chcą cały świat wywrócić do góry nogami, bo za miłość właśnie potępiają?

Ludzi są jacyś niezdecydowani. Wcześniej wyśmiewali czystość. Potem miłość. Co będzie następne?

Tak więc – panie Jerzy, nie wiem, jak to jest z tymi latami 90-tymi. Niby dużo nowości, z drugiej strony strach przed innością dokładnie ten sam. Innością, każdą. Innością charakteru, stylu życia, orientacji… Ja też miałam trochę szczęścia do ludzi. W moim liceum było kilkoro nauczycieli, dzięki którym dotrwałam do matury, zdałam ją z sukcesem i szczęśliwie pożegnałam moją klasę, której mam nadzieję nie widzieć nigdy więcej.

Przez te lata 90-te zostałam artystą buntownikiem, jednym z tych, których większość nie lubi, bo zawsze mówią zbyt szczerze co myślą. Wierzę w kosmitów. Wierzę, że moja homoseksualna orientacja jest darem od Boga, który wraz z nią dał mi uczucie cudownej kobiety. Wierzę w miłość.

 

Altena

 

 

 

 

1 komentarz do: Kosmici i homoseksualizm




Skomentuj: alexanderson Anuluj odpowiedź

  

  

  

Obraz CAPTCHY

*

Możesz używać następujących tagów HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Pamiętaj: zamieszczając komentarze akceptujesz regulamin

napisz do nas: listy@homiki.pl

Homiki.pl. Czasopismo zarejestrowane w Sądzie Okręgowym Warszawa Praga pod nr 2372 więcej »
Nr ISSN: 1689-7595

Powered by WordPress & Atahualpa