Anna Laszuk – jaka była?

Zmarła 13 października Anna Laszuk odcisnęła piętno na życiu niezliczonych osób. Jako znakomita dziennikarka, jako aktywistka, jako jedna z pierwszych szeroko rozpoznawalnych kobiet, które dokonały coming outu, wreszcie po prostu jako osoba bliska. Będziemy Ją zawsze pamiętać, zawsze będziemy doceniać rolę, jaką odegrała dla każdego i każdej z nas i dla polskiego życia publicznego. Dziś zamieszczamy dwa o Niej wspomnienia – z perspektywy dalekiej i z perspektywy bliskiej. Na końcu możecie przeczytać jeszcze raz tekst, który napisała na potrzeby książki HomoWarszawa – o poszukiwaniu Kobiety-Z-Pociągu, dobrze oddający niepowtarzalny styl jej wypowiedzi.

***

Dziewczyny wyjdźcie z szafy. Ona wyszła… aż do nieba.

Ciepły głos, piękno, elegancja, kobiecość. Kobiecość w najpiękniejszym znaczeniu tego słowa, za którą idzie emanacja urody, mądrości, delikatności. Tak pamiętam Annę Laszuk i nie zapomnę jej do końca życia.

Kilka lat temu, po publikacji Dziewczyny wyjdźcie z szafy, zjawiłam się wraz z moją ówczesną partnerką w Gdańskim empiku, przejęta i przerażona, że może po spotkaniu armia dresów będzie czekała na nas przy wyjściu, a nasze zdjęcia pojawią się na internetowych listach młodzieży wszechpolskiej. Taka wówczas byłam. Choć deklarująca otwartość w internecie, w życiu schowana byłam w głębokiej szafie, w toksycznym związku, nieasertywna, jedna z wielu polskich przestraszonych, ale zbuntowanych lesbijek. Na Annę Laszuk wpatrywałam się jak w obraz. Okazała się objawieniem. Ideałem, do którego wiedziałam, że chcę dążyć, ale nie miałam pojęcia, jak mi daleko. Najbardziej zapadły mi w pamięć jej słowa o coming-oucie. „I co się stało?”, spytał ktoś po wywiadach w Tok FM. „I nic się nie stało”, odpowiedziała pani Anna. Powtórzyła to nam jeszcze wtedy kilka razy. Powiedziała publicznie, że jest lesbijką – i NIC się nie stało.

Jakie to było wtedy piękne dla kogoś wychowanego w homofobicznym terrorze. Rodzice błagali, aby było „po kryjomu”, strasząc, że z pracy wyrzucą. W internecie psychopaci atakowali na forach i blogach, wyzywając od nienormalnych i dezorientacji seksualnych. Cały świat zmieniał się w pole bitwy, ludzie na ulicy, krewni u cioci na imieninach, ksiądz w kościele, wszyscy byli wrogami. Maltretowanie psychiczne przez partnerkę było jeszcze większym tabu, bo związki homo muszą być idealne, aby w ogóle mieć prawo do walki o zaistnienie. Problemy są jedynie wodą na młyn dla homofobów, więc udawałam, że ich nie było.

Aż tu nagle stanęła przede mną piękna, elegancka kobieta, która nie tylko publicznie dokonała coming-outu, ale jeszcze dodała, że „nic się przecież nie stało”. To było jak okno do innego świata, jakiejś lepszej Polski, której jak dotąd nie doświadczyłam. Ona dała nadzieję. Że można. Można być tak silną, że homofobiczny świat nawet nie będzie w stanie się zbliżyć.

Wtedy w empiku podeszłam do pani Anny, trzęsącym się głosem poprosiłam o autograf i wyjąkałam, że też grałam na fortepianie, studiowałam teorię muzyki i zaczynałam pracę jako nauczyciel. Zabrakło mi odwagi aby dodać, jakim stała się dla mnie wzorem do naśladowania. Nie w pracy, a w życiu. Pamiętam jej głos i uśmiech. I nigdy nie zapomnę.

Przez te kilka lat dojrzałam na tyle, aby zrozumieć to „nic się nie stało”. Można być lesbijką i zakończyć wyniszczający psychicznie związek. Można zmienić pracę, znajomych. Można z otwartym czołem stanąć przed światem i powiedzieć” „Jestem lesbijką”. I co? I nic się nie stało. A homofobia? Jest i jeszcze długo będzie. Została razem z szafą, z której wyszłam (a może nadal wychodzę, kto wie), ciągnie ją na dół, do swojego małego piekła. Anna Laszuk pokazała, że świat nie musi być wrogiem, a walczy się najlepiej mądrym słowem. Że można rozmawiać, a nawet pomagać ludziom. Można być lesbijką i normalnie żyć.

Odszedł z tego świata człowiek pełen dobroci i światła. Ktoś, kto dla wielu takich jak ja, był promieniem nadziei, symbolem siły. Ona pokazała, że można coś zmienić. Jej głos dodawał pewności siebie tysiącom kobiet i dziewczyn, dodawał odwagi, że w XXI wieku mamy prawo do wolności i normalności. Anna Laszuk nie musiała wzbudzać skandalu aby zwrócić na siebie uwagę. Nie musiała używać agresywnych słów, obrażać religii ani polityków. Jej łagodny głos, ostry umysł i logiczne argumenty były daleko ponad to. Ona wygrywała z homofobią intelektem i dobrocią. Ciepłem i niesamowitą cierpliwością do ludzi, szczególnie tych, co na antenie radia dawali upust swoim uprzedzeniom.

Ktoś kiedyś napisał, że może łatwiej zostać w szafie. Bo bezpieczniej, tak bezpiecznie, wygodnie i przestronnie, że może można wyobrazić sobie Narnię. Anna Laszuk wyszła z szafy dawno temu. I doszła aż do nieba, po drodze wskazując nam drogę pełną jasności i tęczy. Będzie mi jej światła bardzo brakowało.

Altena

[zdjęcie: kobiety-kobietom]

 

***

Ania… wszyscy wiedzą, że była wybitną dziennikarką, jedną z najważniejszych działaczek na rzecz praw osób homoseksualnych i kobiet, dla wielu ikoną. Dla mnie jednak odszedł przede wszystkim człowiek, niezwykła kobieta, która odmieniła moje życie.

Niestety los nie dał nam wiele czasu – byłam Ani partnerką życiową przez zaledwie półtora roku. Zakochałam się w jej radości życia – miała jej w sobie ogrom i radość ta była prawdziwa i nieskrępowana jak u dziecka. Cieszyły ją małe rzeczy, na które wydawała spontaniczne okrzyki „hurra!” Każdego dnia budziła mnie rano śpiewem, wymyślając śmieszne i absurdalne piosenki na mój temat. Nasze króliczki kicały za nią po całym domu, zachwycone jej głosem i radosnym „ćwierkaniem”, wystawiające główki do głaskania, co Ania robiła wyjątkowo cierpliwie, czasem godzinami.

Kiedy siadała do pianina, roztaczała niesamowitą aurę, cały dom ożywał. Nigdy nie patrzyła ani w nuty, ani na klawisze, tylko uśmiechając się szeroko spoglądała w dal lub na mnie. Napisała, skomponowała i zaśpiewała kilkanaście piosenek – mądrych, głębokich, takich, przy których serce pęka. Broniła się przed określeniem „romantyczka”, lecz zdradzała objawy romantyzmu regularnie, pomimo swojego twardego stąpania po ziemi. Pamiętam, jak leżąc obok mnie na kocu w parku, ubrana w zwiewną sukienkę, roześmiana, powiedziała „jestem tak szczęśliwa, że teraz mogłabym umrzeć. Właśnie tak, tutaj na tym kocyku.”

Bywała okropnie przemądrzała (do czego sama się przyznawała), ale umiała słuchać jak nikt. Równie uparta jak ja, ale zdolna do zmiany zdania. Ogromnie wspierająca – gdy podejmowałam nowe wyzwania, powtarzała mi „jesteś najlepsza, najlepsza, ja to wiem!”  Każdego dnia gdy wracałam z pracy czekała na mnie w drzwiach, zawsze uśmiechnięta, niezależnie od tego czy miała dobry czy zły dzień, zawsze z „ramionami jak otwierany szampan” („Moja żona” była jedną z piosenek, które najbardziej spektakularnie śpiewała).

Kochała swoją pracę. Nieraz przygotowywałyśmy się wspólnie do jej audycji, występów, robiłyśmy burzę mózgów przy pisaniu jej wstępniaków do Furii – zawsze chętnie słuchała uwag, przyjmowała je. Niezależnie, czy była to jej codzienna praca, debata do poprowadzenia, książka do zredagowania, Ania powtarzała, że musi to być zrobione świetnie i na czas, bo ona jest „solidną firmą.” Była do bólu profesjonalna, zawsze dążyła do doskonałości. Podczas wszystkich jej audycji pisałyśmy do siebie przez cały czas na facebook’u i często nie dowierzała, gdy ją chwaliłam. Zawsze chciała lepiej, więcej!

Ania dawała i potrzebowała bardzo wiele czułości. Ciepło biło od niej już od naszego pierwszego spotkania, tęskniła za bliskością, choć się jej bała. Wymyśliła dla mnie chyba prawie kilkadziesiąt pieszczotliwych i zabawnych, często wstydliwych, określeń.  Jednocześnie, jak sama mówiła, bywała bardzo „płochliwa psychicznie”. Choć towarzyska,  lubiła uciekać w swój świat i najlepiej czuła się we własnym towarzystwie, czytając, pisząc  bądź rozmyślając. Zawsze wolała mieszkać sama i powiedziała, że dopiero ja to zmieniłam, ale jej duża potrzeba przestrzeni pozostała. Tak jak w dzieciństwie bawiła się najchętniej sama ze sobą, odgrywając różne role, tak i pod koniec życia postanowiła być w chorobie sama.

Niestety nie mogłam być przy niej w ostatnich miesiącach jej życia. Odrzuciła moją pomoc, odcięła od swojego cierpienia i informacji na temat swojego zdrowia. Choć robiła to bardzo okrutnie, to wierzę, że zrobiła to także dla mnie. Ania zawsze najbardziej na świecie bała się ciężkich chorób i powolnego umierania, bycia dla kogoś obciążeniem, bo chciała żyć pełnią życia, mieć do niego pełen  dostęp, być samodzielna. Chociaż cierpiała już od wielu miesięcy z powodu silnych bólów, kategorycznie odmawiała pójścia na badania, broniła się przed lekarzami, przed potencjalną diagnozą. Bała się.

To nie był jej czas na odejście, miała jeszcze tak wiele marzeń: chciała napisać kolejną książkę, pomieszkać w Andaluzji, założyć firmę… Wiem, że chciałaby być zapamiętana nie jako osoba chora i cierpiąca, ale jako ta pełna życia, roześmiana, żywa jak nikt, bo taka właśnie była. Proszę zapamiętajcie ją taką.

Aniu, moje zapatrzenie będzie trwać…

Karolina Skowron

[zdjęcie: archiwum prywatne]

 

***

Poszukując Kobiety-Z-Pociągu

Był to klub w piwnicy eleganckiej kamienicy (niemal pałacyku) przy Foksal, vis-à-vis Domu Dziennikarza. Bardzo tajemnicze miejsce – na górze mieścił się chyba ośrodek kultury rosyjskiej lub coś podobnego. Wieści o Iwanie zdobywało się pocztą pantoflową, był pierwszym klubem gejowsko-lesbijskim do którego trafiłam. Mogło to być w 1992 albo 1993 roku. Żeby było śmiesznie – zaczęłam tam chadzać z misją odnalezienia Kobiety-Z-Pociągu, której nie miałam szans odnaleźć (nie było internetu, a ślad po kobiecie urywał się w Łodzi). Niestety, kobiet tam w ogóle przychodziło jak na lekarstwo, a połowa z tych kilku okazywała się przyjaciółkami „swoich gejów”, których zamierzały w końcu jakimś cudem uwieść. Statystycznie proporcje kształtowały się 5:20 (pięć kobiet na dwudziestu facetów). Oczywiście po kilku miesiącach klub stał się bardzo popularny. Chyba niczego innego w tamtych czasach nie było. W soboty nie było gdzie szpilki wetknąć. Potem, gdy Iwana z niewiadomych przyczyn zamknięto, wiele twarzy stamtąd widywałam w Rudawce na Elbląskiej.

W porównaniu ze zgrzebną, postpeerelowską Rudawką, niewielki Iwan reprezentował poziom dzisiejszej Utopii. Dwa pomieszczenia do pogadania (w tym jedno z barem), plus trzecie do tańca ze stroboskopami. Żaden wystrzałowy design, za to miło, kameralnie, i pełna kultura. Do tego w centrum miasta!

Foksal była ulicą wybitnie friendly, bo bliżej Nowego Światu w Cafe Foksal funkcjonowały wówczas także kobiece środy (czytaj: lesbijskie). Tu już bez tańców, za to świetny klimat do pogadania (co kobiety uwielbiają). W tamtych latach knajpy tego typu pełniły podstawową funkcję integracyjno-zapoznawczą (przypomnę: żyliśmy bez internetu!).

W piątki i soboty szło się tam za przeproszeniem jak do kościoła (knajpa była miejscem spotkań wspólnoty, jakkolwiek nie miała ona struktury). Dziś już tak nie jest, może i dlatego nie ma w klubach wymiany międzypokoleniowej, a pęd do poznawania innych ludzi ze środowiska realizuje się na portalach.

PS. Kobiety-Z-Pociągu nigdy nie odnalazłam…

Anna Laszuk, HomoWarszawa. Przewodnik kulturalno-historyczny, str. 79

 

 

 

4 komentarzy do:Anna Laszuk – jaka była?

  • Uschi

    Anna Laszuk była chyba przede wszystkim – dla nas, społeczności LGBTQ – wzorem. Teraz stanie się ikoną. Miała wszelkie niezbędne do tego cechy – charyzmę, siłę, inteligencję, ciepło i dar zjednywania sobie ludzi. A ewentualne wady – cóż, dodawały jej tylko realności.

  • Altena

    Dokładnie tak. Aby być dobrym dziennikarzem, nie wystarczy umieć pisać – trzeba jeszcze lubić ludzi. Interesować się nimi, dostrzegać ludzi także w tych, co głupio czy agresywnie mówią. Ona to wszystko umiała. Dzięki tym cechom zrobiła dla LGBTQ więcej, niż ktokolwiek.

  • chinaska

    Smutno po odejściu Anny Laszuk. Także dlatego, że jej ciało nie zdążyło jeszcze ostygnąć, a już zaczęła toczyć się dziwna, niezrozumiała, absurdalna, wstrętna walka o to, kto ważniejszy, a kto lansuje się w mediach. Takie to małe… Czasem po prostu lepiej zamknąć swój ból w ciszy. Dobre słowa dla wszystkich bliskich.

  • Altena

    Nie zauważyłam nigdzie żadnej walki. Jedynie wielu ludzi, którzy wyrażają swoje emocje w słowach.




Skomentuj

  

  

  

Obraz CAPTCHY

*

Możesz używać następujących tagów HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Pamiętaj: zamieszczając komentarze akceptujesz regulamin

napisz do nas: listy@homiki.pl

Homiki.pl. Czasopismo zarejestrowane w Sądzie Okręgowym Warszawa Praga pod nr 2372 więcej »
Nr ISSN: 1689-7595

Powered by WordPress & Atahualpa