Piątek w piątek: Lubić siebie to warunek dobrego życia

Zgłosiłem się niedawno do pogłębionego wywiadu socjologicznego, którego tematem była rodzina (ale co się z tym wiąże – również relacje międzyludzkie, pojęcie bliskości oraz dojrzewanie). Krótko potem przeczytałem na naszych łamach gorzkie świadectwo o nieudanym (jak można sądzić ze słów autorki) coming-oucie. Wreszcie – ze smutkiem zapoznałem się z raportem KPH o homofobii w polskiej szkole. Te trzy tematy skłoniły mnie do tego, by do działu „Świadectwa” dorzucić własną opowieść, z zamiarem czego noszę się od paru lat. Paradoksalnie im większy był zamiar, tym większy był  również wewnętrzny opór. Myślę, że teraz nadszedł ten właściwy czas. Opowiem tylko trochę i fragmentarycznie, bo większość pragnę zachować jednak dla siebie. Wyłuskam rzeczy najważniejsze, które niewidocznymi strunami połączone są z tym, co – jak sądzę – w jakiś sposób koresponduje  z teraźniejszością. Mam nadzieję, że ta relacja będzie widoczna.

***
O tym, że jestem homo, wiedziałem od kiedy zacząłem dojrzewać. Oczywiście dwunasto- czy trzynastolatek niewiele jeszcze rozumie ze zmian, które zaczynają w  nim zachodzić, bo to dopiero początek poznawania swoich przeobrażających się ciała i psychiki. Gdy dziś wspominam tamten okres mojego życia, pamiętam dobrze, że pociągał mnie swoim nieznanym urokiem świat moich rówieśników, nie rówieśniczek (które były po prostu dziewczynami). Nie wiedziałem wówczas oczywiście, że istnieje homoseksualizm i że jest zjawiskiem wcale nierzadkim. Skąd zresztą mógłbym czerpać wiedzę o swojej rozwijającej się tożsamości w połowie lat 80., kiedy homoseksualizm w publicznej świadomości praktycznie nie istniał. Gdy tematyka taka z rzadka się  pojawiała, to albo w kontekstach kryminalnych, albo ciotowsko-opretkowych, co świetnie opisał Krzysztof Tomasik w swojej książce „Gejerel”.

Wiedziałem za to oczywiście, że istnieją ‚pedały’. Według moich ówczesnych wyobrażeń, będących oczywiście kalką powszechnej opinii, ‚pedał’ był kreaturą groteskową i niemęską (przegiętą – jak byśmy dziś powiedzieli), o której mówi się z pogardą, że „lubi chłopców”. Jasne, że nie chciałem być kimś takim. W pewnym momencie, a stało się to nagle, było to jak iluminacja, zrozumiałem, że ‚pedał’ to ja. W tym momencie wziąłem rozbrat z samym sobą, a ściślej rzecz biorąc wypowiedziałem sobie ponurą wojnę. Wojnę podsycaną przez poczucie napiętnowania „grzechem przeciwko naturze” (o tak, doszperałem się w jakimś katolickim wydawnictwie wyjaśnienia tego pojęcia: nekrofilia, pedofilia, kazirodztwo, homoseksualizm).

Mając lat dwanaście, trzynaście może, stanąłem u progu ogromnego kryzysu egzystencjalnego. A pod tym gładkim pojęciem kryją się takie zjawiska jak autoagresja, zamknięcie w sobie, depresja, poczucie winy, eskapizm. Opresyjność naszej heteromatriksowej kultury poznałem na własnej skórze i myślę, że żaden młody człowiek nie powinien stykać się z takim cierpieniem. Po kilku latach, miałem wówczas siedemnaście lat, byłem na tyle zrezygnowany, że instynkt przetrwania pchnął mnie do tego, by poszukać osoby, której mógłbym zaufać i wyznać wszystko. I choć dziś wydaje mi się to prawie niemożliwe, przez przypadek trafiłem do właściwej osoby. Ponieważ nie ufałem znanym mi autorytetom, wybrałem miejsce najbardziej chyba absurdalne – poradnię wychowawczo-zawodową, gdzie trafiali dyslektycy, chuligani, dzieci jąkające się, i to raczej z podstawówki niż z liceum, dokąd uczęszczałem. Pani pedagog, z którą rozmawiałem, potraktowała mnie bardzo serio i nieoceniająco, co było dla mnie wówczas szokujące (biorąc pod uwagę mój własny stosunek do siebie).

Ku mojemu rozczarowaniu dowiedziałem się, że absolutnie nie jest w stanie udzielić mi fachowej porady, bo nie jest ani psycholożką, ani psychiatrą. Na odchodne dostałem jednak wspaniały prezent, taki gift będący biletem ku dojrzałości – ta dość bezradna kobieta z peerelowskiej poradni niemocy pedagogicznej powiedziała mi, że muszę siebie lubić, bo to warunek dobrego życia. I że ona sama jest przekonana, że choć czeka mnie trudne zadanie radzenia sobie z tym wszystkim, to będzie też miejsce na satysfakcję, na miłość, na szczęście. Ckliwe? Melodramatyczne? Kiczowate i słodkie jak brazylijski serial? W literaturze, filmie być może takie by było, w realnym życiu tu i teraz – wprost przeciwnie.

Samoakceptacja to nie prztyknięcie palcami, pomęczyłem się jeszcze. Kolejne dwa przełomy, będące konsekwencją pierwszego, odbyły się w tym samym czasie, z czego jeden całkiem jawnie – w szkole. Drugi – wewnętrzny. Akurat waliła się komuna i powiało Nowym. W tym samym  czasie przeżywałem stany euforyczne, bo po raz pierwszy czułem się ze sobą dobrze, a w dodatku ośmieliłem się nawet marzyć o wielkiej miłości. Wiatr zmian w Polsce przywiał do szkół wychowanie seksualne, które w moim liceum prowadziła nauczycielka, która bez rumieńców, półsłówek i ideologicznych wtrętów dzieliła się rzetelną wiedzą. Byłą drugą osobą, z którą rozmawiałem o moim homoseksualizmie. Zaproponowałem, by kolejne zajęcia były poświęcone temu tematowi. Po długiej z niądyskusji otrzymałem zgodę. I na tej lekcji wstałem i zrobiłem coming-out. Był rok 1990.

To było bardzo lekkomyślne, jednak udało się. Bo nie stało się nic. Nie straciłem znajomych i przyjaciół, nauczyciele nie zmienili swojego nastawienia do mnie, nie usłyszałem ani słowa pogardy. A przecież po dwóch przerwach o moim wyznaniu wiedziała już cała szkoła. Sensacja – z pewnością tak. Homofobia i dyskryminacja – na pewno nie. Powiem więcej: doznałem wówczas od wielu ludzi bezinteresownego wsparcia, doświadczyłem także poczucia akceptacji. Z takim bagażem wszedłem w dorosłe życie. Wczesny coming-out załatwia wiele problemów, brzmi to banalnie być może, ale tak właśnie było w moim przypadku. Zakończę tu moja opowieść. Dalej jest po prostu  życie – z problemami i bez, raz gładkie, raz najeżone trudnościami.


***
Jak to się stało, że dwadzieścia kilka lat temu nie zostałem odrzucony? Przecież sceną tych wydarzeń była mała szkoła na prowincji. Trudno mi to zrozumieć. Myślę, że jednym z powodów dobrego obrotu moich prywatnych spraw były przemiany w Polsce. PRL przestał istnieć i cały ówczesny „real” trwał jakby w zawieszeniu. ZSRR chwiał się, w kraju odbyły się pierwsze w pełni demokratyczne wybory, jeszcze nie było tzw. „wojny na górze” w ekipie dawnych opozycjonistów. W dodatku Kościół Katolicki, zaskoczony upadkiem dotychczasowego wroga, jeszcze nie zdefiniował nowych celów i poza przeforsowaniem religii w szkołach nie działo się wiele. Może dobrym wyjaśnieniem byłoby stwierdzenie, że ludzie bardziej się wówczas lubili, nieubabrani jeszcze ideologicznym syfem wydobytym na światło dzienne przez skłóconych polityków?

Miałem zawsze szczęście do dobrych ludzi, okoliczności mi sprzyjały, a moje decyzje wpasowywały się w korzystne sytuacje. W chwilach przełomowych wspomagały mnie dobre przypadki. Z czasem doznałem również goryczy, bo coming-out przed rodziną nie był tak prosty, łatwy i przyjemny jak to publiczne podniesienie przyłbicy. Ale i tu nie doznałem na szczęście odrzucenia. Nie żałuję, że tak wcześnie się otworzyłem. Słowo ‚wcześnie’ jest oczywiście względne, bo przecież to moje otwarcie na siebie i świat okupiłem osamotnieniem w troskach i męką w wieku, w którym jest się jeszcze dzieckiem i powinno się grać wyłącznie w piłkę, śmiać, przeżywać z przyjaciółmi fantastyczne przygody, jeździć rowerem itd.

Ale wiecie co – ta pedagożka z peerelowskiej poradni dla łobuzów miała rację.

.

Autorzy:

zdjęcie Jerzy Piątek

Jerzy Piątek

Jeden ze współzałożycieli i redaktor portalu Homiki.pl, w stowarzyszeniu Otwarte Forum.
Zawodowo związany z branżą PR.
Prywatnie – zapalony fotograf, miłośnik poezji Rolfa Dietera Brinkmanna, dobrej kawy i rowerów.

6 komentarzy do:Piątek w piątek: Lubić siebie to warunek dobrego życia

  • Soniasonia

    Być może ćwierć wieku temu była inaczej, ja jednak pamiętam parodnie wychowawczo-zawodowe jako miejsca, do których zgłaszały się na rozmowę dzieciaki niepewne, jaką powinny wybrać karierę zawodową albo omówić swoje problemy z psychologiem.
    Rozumiem, iż w kontekście dzieci mających problemy z tożsamością „lubienie siebie” jest jak najlepszym pomysłem, jednak uważam, iż w szerszym, humanistycznym kontekście takie podejście do życia prowadzi do stagnacji. Samozadowolenie prowadzi bowiem do uznania, iż trenowanie własnej osobowości, nauka nowego, zmiany na lepsze, są niepotrzebne, a przecież właśnie na zmianach opiera się cywilizacja, a być człowiekiem znaczy zawsze dążyć do bycia lepszym. O moim komentarzu myślę jako o dygresji zainspirowanej tekstem, a nie o polemice w związku z traktowaniem młodzieży poszukującej, to po prostu moje przemyślenia.
    PS. Co pan Jerzy Piątek ma na zdjęciu na głowie? ;)

  • PS: Gniazdo uwite z lampek choinkowych. Zgadłam?

  • jerzyk

    @ d.biskupa… lampki, ani chybi… Ale to miło być nawiązanie do tego:

    http://klient.stopklatka.pl/dat/img/5eec69b52a8eaaa.jpg :)

  • nieluzacka_muza

    Ja, ja, ja… i taka to perspektywa: „dobre życie”.

    Historia mogłaby być ciekawa, gdyby nie była tak jednostronna i tak skupiona na sobie.

    Po co „dobre zycie”?

    Byłoby nawet ok, gdyby pociągało za sobą więcej tolerancji dla innych.

  • pieckol

    Nic z tego nie zrozumiałem, ale sztryms :confused:




Skomentuj

  

  

  

Obraz CAPTCHY

*

Możesz używać następujących tagów HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Pamiętaj: zamieszczając komentarze akceptujesz regulamin

napisz do nas: listy@homiki.pl

Homiki.pl. Czasopismo zarejestrowane w Sądzie Okręgowym Warszawa Praga pod nr 2372 więcej »
Nr ISSN: 1689-7595

Powered by WordPress & Atahualpa