Para

One dwie stanowiły bardzo dziwną, ale zgodną i bardzo szczęśliwą parę. W ogóle nie dziwiło to, że były tej samej płci. Szczególnie dzisiaj, kiedy homoseksualizm stał się modny. Dziwiło to, że były zupełnie różne. Miały inne poglądy, zainteresowania, ambicje.

Jelena weszła do związku zraniona, z bagażem nieudanego małżeństwa i w niezbyt chlubnym wieku, ukończonych dwudziestu ośmiu lat. Jej ozdobą były czarne, kręcone włosy, które spadały na ramiona i często zakrywały perkaty, prosty nos oraz wąskie brwi i drobne, ale bardzo wyraźne, czarne oczy. Jej smukła talia, ciemna cera i zawsze uszminkowane na brązowo, pełne usta zdawały się mówić, że jest cudzoziemką. Że należy do piękności z ciepłych, egzotycznych krajów. Była zadowolona ze swojego wyglądu. Wszystko się jej podobało oprócz drobnych, gruszkowatych piersi, które sukcesywnie ukrywała pod specjalnymi biustonoszami i luźnym ubiorem.

Każda kobieta ma swój kompleks, uzasadniony lub nie. Dlaczego ona miałaby się wyróżniać?!

Jowana, jej pięć lat młodsza kochanka, nie zwracała uwagi na swój wygląd. Naturalna blondynka, na granicy anoreksji i piegowata na całym ciele. Częściej czuć było od niej zapach potu, alkoholu i tytoniu niż perfum, kąpieli z pianką i przeróżnych balsamów czy mleczek do ciała. Miała świadomość własnej urody. Jednak nie było to dla niej zbyt ważne. Jej optymizm i pozytywna energia rzucały ją z jednej bitwy w drugą i, bez względu na rezultat, zawsze wychodziła z czystym sercem i z twarzą. Jednak istniało coś, czego się wstydziła: wielkie, cielęce oczy, które często ukrywała pod ciemnymi okularami przeciwsłonecznymi.

Mieszkały w dwupokojowym, przestronnym i jasnym mieszkaniu, które wynajmowały od słynnej pani Petrowić, bogatej wdowy po pewnym generale. Mieszkanie zawsze było czyste. Pokoje wywietrzone. Dywan odkurzony, a łazienka wypucowana i pachnąca. Na stole zawsze stały świeże owoce.

Czuło się obecność kobiecej ręki…

Pokój dzienny stanowił epicentrum wszelkich wydarzeń. W nim, tuż obok okna, z którego rozciągał się widok na Sawę, znajdowało się biurko, a na nim sterta papierów, las długopisów, góra książek, telefon i komputer. Używała go jedynie Jelena, do przygotowywania korepetycji i pisania pracy dyplomowej. Obok biurka, w samym rogu pokoju umiejscowiono barek, a w nim dwie nieotwarte butelki whiskey dla wyjątkowych gości. Rozmaite wina, które miały działanie afrodyzjaków i butelka kilkuletniego ginu, którym wznosiły toasty w rocznice i świętowały wydarzenia, które uznawały za szczególnie ważne. Na podłodze stało wiele rzeczy: gitara, wzmacniacz, wieża do odtwarzania muzyki, telewizor, gramofon i płyty. Najwięcej czasu spędzały jednak na tapczanie. Potrafiły leżeć na nim godzinami, nagie i wolne. Na nim również spały…

Jowana korzystała z pokoju dziennego głownie do ćwiczenia gry na gitarze, przeważnie akustycznej, chociaż trudno było jej oprzeć się intrygującym, elektrycznym dźwiękom. Sąsiadom również. Sypialnię urządzono dość skromnie. Wielkiego, starego lóżka, które pani Petrowić wspaniałomyślnie zostawiła im do użytku (gdyż było dla niej niezrozumiałe, że dwie dziewczyny miałyby spać same w jednym pokoju i do tego na jednym łóżku – Boże uchowaj!), Nigdy nie wypróbowały. Skrzypiało i wydzielało, nagromadzoną przez lata woń dawnych użytkowników. Brzydziły się go. Z szafy, również własności wspomnianej pani, korzystały, bo mogły do niej schować prawie wszystkie rzeczy…

Poznały się na koncercie muzyki poważnej. Przypadkowo, o ile przypadkowość w ogóle jest możliwa…

Jelena, zagubiona w czasie i przestrzeni topielica w mętnych wodach małżeńskich, zapragnęła nieco spokoju i wolności w tłumie nieznanych twarzy. W świecie muzyki, którego nie znała. Tok własnych myśli tego wieczoru śledziła perfekcyjnie. Pełna koncentracja i ostateczny osąd. Rzucała swoją kostką.

Jowana, niegdyś dziecię tejże muzyki, której słuchały tego wieczoru, wielki talent instrumentalny, siedziała spokojnie i rozkoszowała się atmosferą. Wspominała czasy, kiedy jej skrzypce były ogromne, wydawało się, że nieogarnione, nieproporcjonalne w stosunku do jej ciała. Pamiętała wszystkie rozmowy jej podekscytowanych i dumnych rodziców. Przypominała sobie także to, jak jacyś ludzie, poważni i wyniośli, wróżyli jej błyskotliwą karierę. Jej chuderlawe, piegowate ręce zamieniały instrument z drzewa i metalowych strun w żywe stworzenie. W istotę z charakterem. Dorastała, zmieniały się czasy. Wiek nastolatki przyniósł jej inne rozwiązania. Nową modę. Wielkie piersi, od których nagle wykrzywił się jej kręgosłup. Pierwszy orgazm. Jakiś całkiem nieznany świat! Na skrzypcach grała coraz rzadziej, a gdy to już robiła, brzmiało to nienaturalnie. Instrument boleśnie jęczał w jej rękach. Pozostały próżne namowy jej rodziców i nauczycieli. Jej dłonie i palce rosły dalej, ale już bez skrzypiec. Oczarowała ją muzyka pełna surowej energii i gromowładnych gitar. Z dnia na dzień wskoczyła w wąskie dżinsy i skórzaną kurtkę. Zaczęła spożywać alkohol i nauczyła się skręcać dżointa o idealnym kształcie. Swój talent ofiarowała instrumentowi o sześciu strunach…

Koncert zakończył się. Zamyślone wychodziły z Sali, każda ze swoim problemem w ściśniętym gardle. Schodziły po schodach, otoczone zaklętymi podobnie jak one ludźmi. Dwóch postawnych chłopaków nagle wpadło w tę masę i przy użyciu łokci i pięści, szybko utorowali sobie przejście. Ludzie oburzyli się. Jeden łokieć zahaczył Jowanę, która zatoczyła się i aby nie upaść, przytrzymała się ramienia Jeleny. Dalej były sporadyczne komentarze, a potem także wykrzyczany przez dwie kobiety szeroki wachlarz przekleństw, od których nawet najbardziej zagorzałym feministkom oczy stanęłyby w słup. Zdeprymowane i kierowane rożnymi pobudkami, nie miały już skrupułów. Wypróżnianie…

Winni zaistniałej sytuacji zatrzymali się na chwilkę, wymamrotali pod nosem jakieś usprawiedliwienie, że coś się dzieje na parkingu. Wspominali coś o właścicielach samochodów… Zaraz potem powrócili do swojej przepychanki, jednak już nieco uważniej. Zniknęli.

Pijane gniewem nie zauważyły nawet, kiedy wyszły z budynku. Nie zauważyły, że rozmawiają, że idą razem i że mieszają się z tłumem przechodniów. Czar tego wiosennego wieczoru przywrócił ich do rzeczywistości. Potem była krępująca cisza, która zwiastowała nieuchronne rozstanie. Zwolniły.

– Jelena, miło mi – wyciągnęła rękę, którą Jowana natychmiast uścisnęła w mocarnej pięści.

– Jowana. Również mi miło. Jeśli masz ochotę się napić, to znaczy, jeśli nie masz teraz żadnych ważnych spraw, mogłybyśmy dać w palnik, żeby zapomnieć o tych gorylach. – Czemu nie, byłoby mi bardzo przyjemnie. Chociaż właściwie nie piję… – Odpowiedziała jej szczerze Jelena. Weszły do pierwszej kawiarni, którą zobaczyły. Szklanki z dżinem i tonikiem opróżniały się. Alkohol krążył w żyłach, mącił rozum. Stawały się coraz bardziej rozluźnione i wesołe. Śmiały się ze sceny na schodach, opisywały miny przerażonych ludzi i podekscytowanych małpiszonów. Ekstaza…

– Przepraszam, że będę bezpośrednia, ale musze cię o to zapytać – zmieniła temat Jowana. – To jest jakaś pierdolona obrączka czy jak?

– Tak, obrączka – odpowiedziała Jelena z głośnym śmiechem.

To pytanie przywróciło Jelenę do rzeczywistości. Zabolało, ale starała się, żeby na jej twarzy nie pojawił się żaden grymas, który mógłby ją zdradzić.

„Strachinia na pewno zrobi wieczorem jakąś scenę” – pomyślała.

– A przeciw komu wyszłaś za mąż? – ciągnęła Jowana, nie podejrzewając zmiany nastroju swojej rozmówczyni. – Pierścionek jest piękny.

– I co z tego, że pierścionek jest piękny skoro małżeństwo nie jest. Nie wiem jak długo będę go jeszcze nosić… – dobrze grała obojętność. – Przepraszam, ale chyba alkohol uderzył mi do głowy… – spuściła wzrok. – W ogóle cię nie znam, a najchętniej opowiedziałabym ci całą tę historie. Ale przecież ten kretyn nie jest wart ani minuty rozmowy.

- Znaczy się, kłopociki? – zagryzła dolną wargę i usilnie, w tym samym tempie, przesuwała pudełko papierosów.

– Tak. Wyobraź sobie faceta, który nie wierzy ci po trzech latach małżeństwa. Jest naprawdę niewiarygodny, w ogóle nie mogę się z nim porozumieć. Ale nie mówmy teraz o nim, są lepsze tematy do rozmów. Opowiedz mi o sobie. Jak jest u ciebie z tymi sprawami. Jesteś zakochana? Czym się zajmujesz? – zadowolona z faktu, że teraz będzie słuchaczem, opróżniła pełną szklankę i rozparła się w fotelu.

Jej nowa przyjaciółka drżącą ręką odgarnęła gęste, lekko falowane włosy, odsłaniając ocean piegów. Westchnęła i zaczęła:

– Zakochana nie jestem, chociaż jak dotychczas mężczyźni nie zdążyli mnie rozczarować. Zresztą, wcześniej grałam na skrzypcach, teraz konsumuję gitarę i to w dużych ilościach. Założyłam zespół: dwóch chłopaków, basista i klawiszowiec. Znalazłam wokalistę. Jest trochę starszy ode mnie, ale co najważniejsze, świetnie śpiewa. Ćwiczymy nasz repertuar. Prawie codziennie jesteśmy w studiu. Staramy się, żeby nagrać chociaż jeden nasz kawałek i przeforsować go do mediów. Przeważnie chałturzymy. Gramy covery innych zespołów. Jakieś hity do kotleta za parę groszy, wiesz jak to tutaj wygląda…

W końcu wyciągnęła papierosa i położyła przed sobą pudełko. Jelena skinęła głową i ręką wykonała gest, zachęcający do kontynuacji.

– Będziemy grali w sobotę na wyspie na Sawie, więc jeśli możesz i oczywiście masz ochotę, wpadnij z mężusiem. Oczywiście pod warunkiem, że słuchacie starego, dobrego, ostrego rocka. Będzie super! Otwieramy sezon letni, cha, cha, cha. Proszę – otworzyła torebkę i włożyła do niej rękę. – Dwie ulotki, żebyście się mniej więcej zorientowali, co będzie się działo tego wieczoru.

– Prawdopodobnie przyjdę z jakąś koleżanką, ten mój pierdziel co prawda słucha rocka, ale ostatnio przeważnie siedzi w domu na północy, w Wojwodinie. Zamierza otworzyć tam knajpę. Mówi, że właściciele knajp w tym kraju śpią na pieniądzach, a do tego jakiś kolega miał mu sprezentować psa.

„Dzisiaj jest dziesiąty. Na pewno przyjedzie na weekend” – przeleciało jej przez głowę i wtedy wstała…

…Tej majowej soboty Jelena przybyła na wyspę. Zjawiła się sama, bez koleżanki i bez męża. Siedziała w swojej ulubionej różowej spodniczce, której już bardzo, bardzo długo nie nosiła. Piła dżin z tonikiem, który zaczynała coraz bardziej lubić i paliła jednego papierosa za drugim. Siedziała sama i spragniona wolności, wściekła na małżonka. Gdyby tylko potrafiła nienawidzić, nienawidziłaby go z całego serca. Dziwił ją ten apetyt na alkohol.

„…The show must go on…”

W przerwach koncertu Jowana obskakiwała jej stolik. Zadręczała licznymi pytaniami, prezentując się we właściwym świetle: była komicznie chuderlawa, neurotyczna i bezgranicznie sympatyczna.

„Dziewczyna ma niesamowita charyzmę” – myślała Jelena. – „Jest żywiołowa, pełna energii! Takich właśnie ludzi potrzebuję w swoim towarzystwie! Ze wszystkiego się śmieje. Jest jak dziecko! I to zagryzanie wargi…”

Publiczność dobrze ich przyjęła. Wrzeszczeniem, w przerwach pomiędzy piosenkami, wyrażali swoje życzenia. Każdy oddzielnie. Muzycy mogli być zadowoleni. Koncert się udał.

– Ostatnia piosenka tego wieczoru, Soldier of fortune. Nieco klasyki specjalnie dla was.

Pożegnali ich aplauzem. Jowana pakowała swoje sprzęty, gestykulacją dając Jelenie do zrozumienia, że zaraz się do niej przyłączy. Ta, gdy tylko zrozumiała, co jej gitarzystka pokazuje, natychmiast zamówiła dwa dżiny z tonikiem. W końcu Jowana dotarła, niosąc dwie butelki szampana.

– Ja już jestem pijana – broniła się Jelena. – Zabijesz mnie tym.

- Wyluzuj, raz się żyje – nalewała musujące wino do kieliszków. – Za tę szaloną noc!

– Za tę szaloną noc!

Kieliszki stuknęły.

Dwie godziny później, strzeżone przez mrok nocy, wylegiwały się na plaży.

– Co ty na to, żeby się nieco popluskać? – zaproponowała Jowana, która już była w samych majtkach.

– Raz się żyje…

Pijane i nagie drżały w zimnej i brudnej wodzie. Dotykały się rękami i nogami. Ogrzewały się w swoich objęciach. Pieściły się dyskretnie i cierpliwie, prawie potajemnie. Usta, suche i blade, połączyły się. Języki, po tej romantycznej bitwie z oczywistym skutkiem, wpadły w namiętną plątaninę śliny. Najpierw powoli, a potem coraz szybciej i coraz bardziej namiętnie. Kochały się długo. Jeśli miłość jest snem, tej nocy śniły piękne sny. Obudził je blask gwiazdy na wschodzie.

 

Borko Veljović
Dzieci bez oczu
Przekład: Agnieszka Żuchowska-Arendt
AdPublik, Warszawa, 2012
ISBN 978-83-926199-9-4

 

 

 

 

 

Dla naszych Czytelniczek i Czytelników mamy mini-konkurs. Autor(ka) pierwszego komentarza zawierającego nazwę miasta, w którym urodził się autor „Dzieci bez oczu”, otrzyma egzemplarz książki z niespodziankowym bonusem. Życzymy owocnych poszukiwań!

 

 

 

2 komentarzy do:Para




Skomentuj

  

  

  

Obraz CAPTCHY

*

Możesz używać następujących tagów HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Pamiętaj: zamieszczając komentarze akceptujesz regulamin

napisz do nas: listy@homiki.pl

Homiki.pl. Czasopismo zarejestrowane w Sądzie Okręgowym Warszawa Praga pod nr 2372 więcej »
Nr ISSN: 1689-7595

Powered by WordPress & Atahualpa