O paleniu szafy

Mnóstwo filmów, dużo książek, tony internetów mówią o coming outach najróżniejszych. Powiedziano w tym temacie całe mnóstwo rzeczy, począwszy od tego, jakie to trudne i stresujące, poprzez pożytek płynący z coming outu, zahaczając o „nie bój się, masz prawo”, a skończywszy na tym, że cholernie to przecież dramatyczne, nakręćmy o tym film lub pięćset. I ja również będę mówić o coming oucie, bardzo dramatycznym – przynajmniej dla mnie.

Dla mnie dodatkowo jest to palenie szafy, a nie wychodzenie z niej. Nie ma do niej powrotu.

Ten tekst napisałam „na świeżo”, w trakcie coming outu (w trakcie – bo to wbrew pozorom nie takie „hop-siup”, dwa słowa i po sprawie, choć chciałoby się), żeby zachować wszystkie odczucia takimi, jakimi były. Zredagowany po paru miesiącach. Dlaczego? Dlatego, że dopiero po paru miesiącach od skończenia wszystkiego zdobyłam się na to, żeby do tego tekstu zajrzeć, a cała ta sprawa wciąż jest mi niemiłą, ale teraz niemiłą tylko trochę. Wciąż nie chcę o tym mówić… zbyt wiele. Nazwijcie mnie tchórzem – w porządku, mnie to nie rusza, ale zanim nazwiesz tak kogoś innego, zastanów się: nikt nie lubi bagna ani babrania spleśniałym patykiem w gnijących ranach. I nie jest to tekst optymistyczny, niestety, choćbym chciała – nie może. Nie jest dobrym świadectwem coming outu, z całą pewnością nie przekonuje do niego nikogo. Ale jest świadectwem (negatywnym, tak, ale takie też się zdarzają! Jeżeli ktoś ma ambicję namawiać do coming outów albo rozważa własny, musi poznać obie strony), takie rzeczy też się zdarzają, takie sytuacje też istnieją – chcę wam to powiedzieć; wam, którzy się boicie – jeszcze tu jestem, mogę nawet do was pisać, czyli jednak żyję! i wam, którzy się nie boicie – zobaczcie, to jest właśnie to, co może się stać, to to tak napawa strachem, obrzydzeniem i niechęcią, zrozumcie, zanim zarzucicie komuś tchórzostwo.

Coming out dobrze jest przeżyć. Ale często jest to złe, krzywdzące doświadczenie i jeżeli ktoś nie ma zapędów bohaterskich/ męczeńskich/ masochistycznych, a w dodatku nie jest pewny reakcji otoczenia, z którym nie zamierza się rozstać i będzie zmuszony żyć w zaistniałej atmosferze – niech się dobrze zastanowi.

Państwo pozwolą, że nie będę się zagłębiać w kwestie takie czy inne, rodzinne czy sytuacyjne, tylko skupię się jednak na tym, co tu jest najważniejsze, to znaczy – na szafie. Na wychodzeniu z niej i emocjach oraz myślach jakie towarzyszyły mnie, zwykłej duszyczce, przy tejże czynności.

Otóż, naoglądawszy się najprzeróżniejszych, jakże poetyckich i wzruszających filmów, naczytawszy się najbarwniejszych tekstów i artykułów, pełnych najwyższych i najdoskonalszych frazesów, nasłuchawszy się internetowych opowieści, pomyślałam, że to niby takie stresujące i straszne, ale jednak ładne. Z estetyczno-artystycznego punktu widzenia całkiem ładne i zgrabne, bo mamy i uciśnionego, zniewolonego przekonaniami ograniczonych umysłów innych ludzi głównego bohatera/ główną bohaterkę, i mamy także stronę oporną, agresywną, krzyczącą i generalnie „tę złą”, bo przecież pozostającą w błędzie. Następuje konfrontacja, emocje wybuchają, kłębią się, tłoczą… Tworzyć, nie czekać! Jako że uważam się za stworzenie z mocno rozwiniętym poczuciem estetyki i artystycznym zacięciem, uznałam to za naprawdę bardzo interesujące doświadczenie.

Co więcej – byłam święcie przekonana, że najbliżsi mi ludzie chcą to wiedzieć i to zrobi dobrze naszym relacjom. Wierzyłam w to bardzo, bardzo głęboko, bez żadnych wątpliwości. Och, tak, „nie poczują się po tym dobrze, no pewnie, ale w końcu zrozumieją i im przejdzie”. Że po tym będzie przez chwilę gorzej, a potem lepiej, tylko lepiej, zniknie napięcie i tajemnica.

Tylko że nie.

Może to brzmieć albo wyglądać dobrze jako sztuka, ale tak naprawdę wcale nie jest fajne. Kiedy siedzisz sobie w swojej szafie, masz wokół siebie ochronne ścianki, które oddzielają cię od całego świata, razem z jego ograniczeniem, brakiem akceptacji, krzykami i nietolerancją. Razem z tobą mogą siedzieć tam inni, którzy wiedzą o tobie i twojej szafie (tak, mogą!) – i jest wam ciepło i przyjemnie, trochę ciemno i duszno, ale w ostatecznym rozrachunku – raczej lepiej niż gorzej (przynajmniej z perspektywy nadciągającego coming outu).

I zaczyna ci się wydawać, że potrzebujesz więcej przestrzeni – wciągasz do szafy inne osoby, które nagle zaczynają WIEDZIEĆ. A potem, skoro one:
a) nie zabiły cię,
b) nie wyegzorcyzmowały cię,
c) nie wpadły w panikę ani gniew, nie znienawidziły ani nie wyklęły,
d) nie uciekły/nie zerwały znajomości ani
e) wszystko naraz,
uznajesz, że na zewnątrz szafy musi być jeszcze fajniej. Nawet jeżeli nie na początku, to po jakimś czasie.

Oczywiście, gdzieś tam zdajesz sobie sprawę, że to nie będzie najprzyjemniejsze, co cię w życiu spotkało, ale mając w pamięci wszystkie comingoutowe filmy i inne potworki, dochodzisz do wniosku, że nie będzie tak źle. Trochę może z tym zwlekasz – w szafie ciepło, a na zewnątrz prawdopodobnie odrobinę zimnawo. Ale dochodzisz w końcu do wniosku, że szybko się ogrzejesz z powrotem. Jakby nie było – pamiętamy też o tym, że wszystkie coming outy były strasznie malownicze i dramatyczne, a przez to wartościowe, jeżeli chodzi o sztukę, ergo: stajemy się piękniejsi, robiąc coś tak emocjonalnego, jesteśmy bliżej artyzmu, my, ludzie, i jesteśmy w tym tacy szczerzy, tacy prawdziwi (i to jest właśnie to, co tak boli, to, że kiedy nagle odsłaniamy tę delikatną, skrywaną głęboko prawdę o sobie, odsłaniamy miękki brzuszek – można nas zranić i robi się to).

A potem naciskasz klamkę – cholera wie, czemu w tym rodzaju szaf klamki są właśnie od wewnątrz – i otwierasz drzwi.

I powiem wam, panie i panowie, że to strasznie intymny moment. Teraz możecie zawołać z ironią coś o odkrywczości tego stwierdzenia, ale tak naprawdę jest. Dochodzimy jednak teraz do punktu, gdzie przestaje być filmowo-artystycznie, a zaczyna być brzydko. Trochę jak gwałt (och, cóż za śmiałe porównanie!) – rozbieramy się w nadziei na zachwyt, a ten ktoś pluje nam w odbyt, poniżając i sprawiając, że nienawidzimy tej chwili.

„Intymność” to tak ładnie brzmi w książkach czy innych filmach, ale tak naprawdę to wolelibyśmy zachować ją dla siebie. A wyłażąc z szafy, dobrowolnie oddajemy ją w łapska innych ludzi – i oni raczej nie mówią nic jakże trafnego i raniącego (raną czystą, nie psującą się, oczywiście) do głębi nasze serca, co mogłoby sprawić, że przez ból i niezrozumienie staniemy się piękniejsi i szlachetniejsi, bo, jak wiadomo, cierpienie uszlachetnia. Ale oni, „ci źli”, zaczynają grzebać, dłubać, rozrywać i niszczyć naszą intymność, nasze cieplutkie, miękkie wnętrze szafy, a wszystko jest obślizgłe i ohydne. Po naprawdę krótkiej chwili ochota na jakiekolwiek rozmowy o istocie coming outu przechodzi jak ręką odjął, czujemy niesmak do wszystkiego, co się z tym wiąże, robi nam się raczej mdło i nieprzyjemnie (uderza coś w rodzaju fali – homofobii na przykład, chwilowej, ale okropnej, bo niechcianej). I to nieprzyjemnie tą zwykłą, paskudną ciemną kluchą, która naprawdę, ale to naprawdę nie ma nic wspólnego z wzniosłym i patetycznym BÓLEM co się zowie.

To nie jest dramatyczne. Jest uciążliwe i odstręczające i najbardziej ma się chęć wrócić do szafy i zapomnieć wszystko, uprzednio wyrzygawszy jakiekolwiek wspomnienia tegoż.

Prawdopodobnie istnieją coming outy, gdzie ludzie spotykają się ze zrozumieniem drugiej strony. Spotykają się z ciepłem i miłością, a jeżeli nawet nie – to z chęciami, by one nastąpiły. To zapewne mniej malownicze i dlatego nie pojawia się w filmach. Tym niemniej – piękne i dobre, zwłaszcza dla samych zainteresowanych.

Prawdopodobnie istnieją także coming outy filmowe – skądś musiały się wziąć. Pełne krzyku, nienawiści i głębokich, czystych emocji, które same w sobie są piękne. Coming outy, po których następuje Wielka Rewolucja Rodzinna i strony konfliktu rozchodzą się, zrywają ze sobą kontakt wszelaki. Czasem może wybaczają sobie na łożu śmierci jednego lub drugiego. To bardzo wzniosłe i idealne na film. I może ci, którzy w taki sposób wychodzą z szafy, nawet nie żałują tego, co zrobili. Doświadczyli czegoś pięknego w swym okrucieństwie, pozostali sobą, nie ugięli karku, odeszli silni, gniewni i potężni w swym gniewie.

A jednak to moje wyjście z szafy najbardziej przypominało zanurzanie się w bagnie. Na pierwszy rzut oka może nawet wyglądać fajnie – wreszcie można się pobrudzić, potaplać, poobrzucać mokrą breją… Tylko że nie jest fajne. Im dłużej tam siedzimy, tym gorzej jest. Nawet nie boli – bagno nie boli. Ale człowiek się w nim babrze, ono śmierdzi, psuje, uwiera, niszczy, krzyczy i jest burobrązową papką, która napawa nas obrzydzeniem i jedynym, czego chcemy (oczywiście poza zwróceniem własnego żołądka, razem z płucami, jelitami i wątrobą, i nagłą amnezją wszystkich uczestników) – jest powrót do szafy. Bo może było ciasno, ciemno i duszno, i niewielu (albo nie ci, którzy najbardziej powinni, nie ci, którzy naprawdę się liczą) miało pojęcie, kim jesteśmy tak naprawdę – ale było dobrze, ciepło i nie śmierdziało, nie napawało obrzydzeniem.

Bo okazuje się, że po takim wyjściu – wypełznięciu w zasadzie – nie ma zrozumienia ani akceptacji. Nie ma rozstania, które ucięłoby to morze nieprzyjemnych rzeczy w kolorze – pardon – sraczkowatym. Nie ma pełnego łez pogodzenia się ani dramatycznych czynów, nie ma słów, za które można nienawidzić czy które zmienią nagle Wszystko, łącznie z wszechświatem. Tak naprawdę nie ma nic, można się tylko bardziej pogrążać w bagnie, w morzu gówna.

Nie zrobiłabym tego drugi raz. Nie. Okazuje się, że kłamstwo, zatajenie – to właśnie tego chcą ludzie, bo nie lubią, kiedy prawda dźga ich między oczy. Nie bardzo umieją się bronić. I tak jak my zbudowaliśmy sobie bezwiednie szafę z przyjemnie oddzielającymi nas ściankami – tak oni mają całe warownie złożone z niezrozumienia, nietolerancji i braku akceptacji, z drzwiami z agresji i krzyku, z murami zaprzeczenia, odepchnięcia… A te warownie bywają ogromne i podczas gdy my mogliśmy wyleźć z szafy w każdym momencie, bo mieliśmy nad nią kontrolę (klamka od środka, pamiętacie?) – tak oni błądzą w swoich warowniach ciasnych umysłów i wzbraniają się przed chociażby najmniejszą, najdelikatniejszą próbą wyjścia (boją się jakiegoś Minotaura?). I czują się tam spokojnie i bezpiecznie, a kiedy nagle uderza ich nasza szafa – no cóż, obie strony zalewa bagno łajna.

Może kiedyś nie będę żałować, ale na razie wciąż tylko zanurzam się głębiej i głębiej. Cholernie nieciekawe doświadczenie. Świetny materiał na film albo książkę; jak trochę podkoloryzuję, to wyjdzie mi bestseller. Ale nie mam ochoty nic pisać – bo napawa mnie to obrzydzeniem i sprowadza odruch wymiotny.

Tęsknię za moją szafą. Może odnalazłabym w niej Narnię i nie musiałabym nigdy wychodzić. I wszyscy bylibyśmy zadowoleni; co z tego, że okłamywani.

3 komentarzy do:O paleniu szafy

  • Coming out jest procesem. Dla osoby, która odkrywa rąbka własnej intymności, tożsamości innym, to również dojrzewanie własne w tej nowej dla danej osoby sytuacji.

    Są w tym czasie różne okresy – a w nich różne emocje.

    Czasem jest cholernie cieżko: gdy brak akceptacji innych, gdy człowiek spotyka się z agresją, przemocą, wyrazami obrzydzenia :( i innymi temu podobnymi. Może być tez np. poczucie odosobnienia, izolacji, osamotnienia.

    Jest bardzo ważnym aby (zarówno wcześniej, jak i po) otaczać się ludźmi życzliwymi, wspierającymi.

    Przede wszystkim jednak, ważne jest aby wciąż i wciąż szukać siły w sobie, podwyższać własną umiejętnmość asertywności, poczucie wartości własnej.

  • niewyrazny

    coming-out comig-out-owi nie równy. tzn. pisząc o tym trzeba dodać wobec kogo się konkretnie autujemy. Wobec najbliższego przyjaciela, czy wobec grupy anonimowych ludzi z branży wchodząc do gejowskiego klubu, czy wobec najbliższej rodziny – tu podejrzewam wiele zależy od wieku dokonującego outingu i tego czy mieszka ona/on z rodzicami, czy jest od nich zależy. Przecież to są różne sytuacje. Można chyba być wyautowanym przed mamą a nie być przed kolegami z pracy, a może być odwrotnie.

    W artykule mowa chyba jest o coming-oucie domowym, wobec osób z którymi się mieszka na co dzień.
    Osobiście nie zamierzam mówić o niczym rodzicom, przynajmniej w najbliższym czasie. W pracy tak samo. Bo przypuszczam, że to mogłaby być jakaś mniejsza czy większa katastrofa o nieprzewidzianych skutkach.

  • Altena

    Niebezpieczny jest coming out przed pełnoletnością, tego jestem pewna. Jak się jest finansowo uzależnionym od rodziców, podobnie. Z drugiej strony – wiele można wywalczyć, nawet jeżeli zabiera to nie miesiące, ale lata. Rodzice się powoli, ale oswajają.
    Z jednym się nie zgodzę z artykułem – o wiele bardziej atakowana jest intymność, jak rodzice żądają od ciebie bycia hetero. Jak ojciec na osiemnastych urodzinach rzuca publicznie żarty typu „obyś była długo czysta jak ta lilija byle nie za długo”. O wiele bardziej psychicznie molestowaną można się czuć od obleśnych wujków, patrzących śliskimi oczami i pytających „a masz chłopaka”? Nie? Oj, zobaczysz, jak przyjdzie wola boża to… i prawie wyłażą z nich fantazje o tobie.
    Patrzą na ciebie jak dorastasz i czekają, kiedy przyjdzie ten moment kiedy dopadnie cię meżczyzna. Doczekać się nie mogą bo w niejednej fantazji to tak jakby oni sami cię dopadli.
    Po coming oucie? Pozostają wujkowie, którzy paplają bzdury o mężczyznach i powtarzają ci jaka jesteś śliczna. Wymiotować się chce od tego, bo cel mają w tym jeden – na pewno masz kompleksy na punkcie wyglądu, dlatego nie masz odwagi zainteresować się płcią przeciwną. Oni cię przekonają, że jest inaczej, twoje „lesbijstwo” jest na pewno wymyślone.
    Ty wiesz swoje, jest ci niedobrze, nienawidzisz ludzi coraz bardziej.
    Z drugiej strony, to nie ty jesteś w bagnie. To oni usiłują cię w nie wciągnąć. Wrzucić z powrotem do szafy a szafę wciągnąć do swojego gówienka.
    Jesteś poza nią, sama, jest pusto, zimno, i przerażająco. Ale nie jesteś w bagnie. Wyrwałaś się. I tylko od twojej własnej siły zależy, czy odlecisz ku wolności.




Skomentuj

  

  

  

Obraz CAPTCHY

*

Możesz używać następujących tagów HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Pamiętaj: zamieszczając komentarze akceptujesz regulamin

napisz do nas: listy@homiki.pl

Homiki.pl. Czasopismo zarejestrowane w Sądzie Okręgowym Warszawa Praga pod nr 2372 więcej »
Nr ISSN: 1689-7595

Powered by WordPress & Atahualpa