Epos w rozmiarze „XXL”

Doczekaliśmy się gejowskiego eposu po polsku. Wielkiego – dodam. W rozmiarze XXL. Z definicji słownikowej, przynajmniej w jednym z jej szkolnych wariantów, epos to gatunek, w którym przedstawia się bohatera na tle przełomowych wydarzeń historycznych. Tutaj bohater jest niezwykle istotny – Hrabia F., czyli dwudziestodwucentymetrowy fiut.

 

Czy istnieje jakiś „większy” artefakt kulturowy tak wpływający na wyobraźnię gejów? Nie istnieje – zarówno w wymiarze symbolicznym, jak i społecznym. Fantazmat wielkiego sprzętu pokutuje i narzuca kanon myślenia gejów nie tylko o własnym życiu seksualnym, lecz także o potrzebach emocjonalnych. Wystarczy prześledzić anonse „towarzyskie” i portale randkowe, które od nastania ery internetowej stanowią podstawową platformę komunikacji. Wciąż Hrabia F. kształtuje tożsamość, zastępuje twarz – trochę jak paszport, na podstawie którego celnik decyduje, czy przekroczysz granice obcego kraju. Bohatera już mamy, czas na wydarzenia – to Historia Polskich Gejów od lat 80-tych do czasów obecnych widziana głównie z perspektywy epicentrum, a więc Warszawy. Dość dobrze udokumentowana i okupiona tysięcznymi wytryskami. W tle pobrzmiewają echa Solidarności, kolejnych rządów, Big Brothera, pierwszych czatów internetowych, gospodarki wolnorynkowej oraz Fejsbuka.

Mowa o XXL. Tragikomedii erotycznej, która ukazała się na początku lata w wydawnictwie Latarnik. Autorem tego wiekopomnego dzieła jest Jacek Melchior. Homiki spóźniły się z recenzją z mojej winy – jednakowoż nie ma tego złego, bo jeśli nie zabraliście tej książki na plażę, nadrobicie stratę w jesienne chłodne wieczory. Lektura tej prawie 600-stronicowej książki zajęła mi 2 miesiące. Już wyjaśniam dlaczego. Po pierwsze – podszedłem do niej bardzo nieufnie, mierził mnie czytadłowy charakter, do którego nijak mają się wstawki i cytaty z tzw. kultury wysokiej – oper, arcydzieł literatury, sztuki, filmu. Widać wyraźnie, że autor jest erudytą i zwyczajnie żal mi było tego, że rozmienia się na drobne w tak podłym gatunku. Potem zweryfikowałem nieco moje nastawienie.

Po drugie – bohater Wojtek, narrator utworu, wyprany jest z wszelkiej empatii. Tu znów pojawia się pewna niekompatybilność: w stylistyce tandetnej powieści quasipornograficznej (bo taka jest pornografia, nie deprecjonuję tu zjawiska) powinien być prosty jak budowa cepa, „robić swoje” i nie zawracać nam, czytelnikom, głowy dylematami egzystencjalnymi z gatunku „ad maiora natus sum”. A jednak również się pomyliłem, gdyż w tym wypadku wyrafinowanie intelektualnie, które mi zwyczajnie imponuje, idealnie komponuje się z seksoholizmem praktycznym. Pewien stan samoświadomości został doskonale oddany poprzez narrację pierwszoosobową i opowieść z perspektywy teraźniejszości. Po trzecie – przewidziałem zakończenie… Ale do rzeczy. Jeśli przerwiecie lekturę tej recenzji już teraz – dodam tylko, że polecam tę książkę, uważam, że każdy 20-latek powinien ją przeczytać i potraktować jako lekturę obowiązkową, a roczniki od ‘80 w dół na pewno napełnią się pozytywną nostalgią i docenią postęp cywilizacyjny, jaki dokonał się w Polsce w ciągu ostatnich trzech dekad.

XXL to zapis stanu świadomości obecnie 45-letniego geja z „prowincji”, który przyjechał do Warszawy na studia w latach 80-tych i już tutaj pozostał. Perspektywa historyczna jest tu szalenie istotna, gdyż opowieść biegnie chronologicznie, z perspektywy dystansu do wydarzeń i z komentarzami w stylu: „nie było jeszcze telefonów komórkowych”. To największy atut tej książki – można się z niej dowiedzieć, jak żył przeciętny gej przez ostatnie trzy dekady z hakiem. Ponadto plusem jest skumulowanie w jednym bohaterze rozmaitych doświadczeń seksualnych. Dlatego wspomniany na wstępnie Hrabia Fiut jest tak istotny – historię gejów w Polsce w dużej mierze tworzą miejsca schadzek i punkty komunikacyjne, nawet współcześnie portale internetowe nastawione są na spotkania w celach towarzyskich czy seksualnych. I jest to pokazane w tej powieści fenomenalnie. Lokale branżowe przedstawiono świetnie, a komentarze do ówczesnej rzeczywistości wynikają z perspektywy osobistej, co dodaje wiarygodności historii. Opisy klubów już nieistniejących czy istniejących nadal, zachowań czy zwyczajów w epoce przed upowszechnieniem się telefonów komórkowych, reakcja na wydarzenia polityczne (np. IV RP) – wszystko to, co istotne, publiczne oraz prywatne, oddaje subiektywne wrażenia, ale są to wrażenia prawdopodobne, gdyż bohater był, widział, przeżył. Od Koźlej po Toro, od pierwszego czatu internetowego po sekskamerki, od nieśmiałego wkraczania w życie gejowskie po płacenie za seks dwadzieścia pięć lat później. Jackowi Melchiorowi odtworzenie historii udało się znakomicie. Ma świetną pamięć i jest błyskotliwy. Potrafi celnie oddać klimat, nastrój, zmieniający się język, gesty, zachowania, a do tego w sposób niewymuszony być ironiczny czy po prostu zabawny. Przyznam, że jestem tym urzeczony, bo w dużej mierze pamiętam to wszystko lub znam z opowieści.

Dużą zaletą książki są również znakomite opisy seksu. Trochę lub bardzo pornograficzne – nie ma co owijać w bawełnę. Ale to trudna sztuka. Pornografia powinna być niewyrafinowana, akt seksualny powinien być ukazany bez dodatkowych metafor – czemuś w końcu to ma służyć. Asumptem do działania jest przedmiot pożądania kochanków bohatera – penis w rozmiarze XXL. Dodatkową atrakcją – typologia gejów przewijających się przez łóżko bohatera i bogata paleta technik seksualnych. Jest to ciekawe w warstwie poznawczej, ale z drugiej strony równocześnie bardziej skomplikowane. Tutaj seksoholizm ściśle współgra z nastawieniem bohatera do świata. W zasadzie to jedyna czynność sprawiająca, że Wojtek jest bardziej, hmm, ludzki. Ciekawe jest to, jak bohater odkrywa, że jego atrakcyjność mija z wiekiem, gdy początkowo obiekt pożądania wszystkich facetów dostrzega, że traktowany bywa bardziej selektywnie, by skończyć na określeniach typu „tatuśku”. Siłownia, lepsze ciuchy, inwestowanie w siebie, ale też dochodzi do płacenia za seks… To nie jest kwestia wyłącznie kompensacji emocjonalnej (czasem jest) – i chwała autorowi za takie postawienie sprawy, ponieważ odchodzi tym samym od stereotypu.

Bohater ma w głowie swoją wielką powieść, a w zasadzie Powieść, nosi się z nią od urodzenia, wspiera go w tym nadopiekuńcza i kastrująca matka. Trudno mu zwerbalizować to przekonanie o własnym geniuszu, którego pokłosiem ma być wiekopomne dzieło. To sprawia, że świat dookoła nie ma znaczenia, gdyż bohater jest zanurzony w swoim świecie ściśle podporządkowanym jedynemu wielkiemu pragnieniu. Brak empatii wobec własnej rodziny i otoczenia, brak chęci czy zdolności do miłości, realizowany jest właśnie w tych dwóch obszarach, które pozornie dają złudzenie niezależności, wolności i poczucie kreacji, twórczego działania godnego geniuszu pisarskiego oraz właśnie geniuszu pod postacią Hrabiego Fiuta. Problem pojawia się wówczas, gdy obie aspiracje nie idą równolegle. Gdy w seksie Wojtek zgarnia wszelakie możliwe Noble, na polu artystycznym mu nie wychodzi i jest to dla niego traumatyczne przeżycie. W pisaniu ostatniej wielkiej Powieści pt. „Magma”, „przeszkodzi” mu chłopak, którym się zaopiekuje.

Przez niemal 600 stron myślałem o tym, jak bardzo nie lubię tej postaci, poczucie antypatii było jedną z przyczyn, dla której katowałem się książką 2 miesiące, podczytując kilka stronic dziennie, głównie w środkach komunikacji miejskiej. Jednak po lekturze całości jestem w stanie zrozumieć konstrukcję bohatera – jego niechęć przystosowawczą, dziwną „autystyczność”, zdecydowane wybijanie się ponad przeciętność w szarej rzeczywistości. Żałuję jedynie, że tak ciekawy koncept postaci został opakowany w czytadlaną stylistykę. Nie chodzi o to nawet, że jest to zła książka. Autor wiedział, co robi – a co chciał oddać, uczynił znakomicie. Chodzi o to, że taki typ bohatera nie pasuje mi zwyczajnie do konwencji i stylu. Dlatego też wietrzę dziwne oszustwo, coś mi się nie zgadza. Co więcej, uważam, że autor sam unieważnia tę postać, odrywając ją w finale za bardzo od ziemi…

 

Gdy dwa lata temu robiliśmy na Homikach wielką ankietę podsumowującą ostatnią dekadę, przy omawianiu literatury napisałem, że Polska czeka na swojego Alana Hollinhursta czy Michaela Cunninghama. Dodałem również wówczas, że robotę tę wykonają za nas heterycy i wskazałem na Kuczoka czy Klimko-Dobrzanieckiego będących wówczas na fali. W tym kontekście chyba mam żal do Jacka Melchiora o to, że choć miał wszelkie atuty, wielowymiarowe tło, burzliwą historię Polski do tego – nie stworzył czegoś bardziej konwencjonalnego i realistycznego. Gdy pozbawi się Wojtka odium  zmanierowania i egzaltacji, zostanie nam bohater uniwersalny, w którego czynach może przejrzeć się zarówno dwudziestolatek, jak i jego starszy kolega.

 

Jacek Melchior
„XXL. Tragikomedia erotyczna”
Instytut Wydawniczy Latarnik
Warszawa 2012, s. 576

Autorzy:

zdjęcie Marcin Teodorczyk

Marcin Teodorczyk

Stowarzyszony w Otwartym Forum, współautor „HomoWarszawy. Przewodnika kulturalno-historycznego”, redaktor pisma uniGENDER.org. Współpracuje z feministyczną „Zadrą”.




Skomentuj

  

  

  

Obraz CAPTCHY

*

Możesz używać następujących tagów HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Pamiętaj: zamieszczając komentarze akceptujesz regulamin

napisz do nas: listy@homiki.pl

Homiki.pl. Czasopismo zarejestrowane w Sądzie Okręgowym Warszawa Praga pod nr 2372 więcej »
Nr ISSN: 1689-7595

Powered by WordPress & Atahualpa