Autentyczność

„Żniwa”, czyli Brokeback Mountain w (świetnym) wschodnio-niemieckim wydaniu oraz „Plan B”, czyli jak się zemścić na byłej dziewczynie (i widzu przy okazji też)

 

Tongariro uraczyło nas w upalny wakacyjny sezon kolejną premierą (światowa – 2009 r.). Tym razem jest to film noszący niestety mało oryginalny tytuł „Plan B”. W bazie filmów filmweb znalazłem co najmniej 5 filmów o tym właśnie tytule, seriali nie licząc. Na pocieszenie poinformować muszę, że jest to dzieło Marco Bergera, twórcy „Nieobecnego” (Ausente) – laureata ubiegłorocznego berlińskiego festiwalu Teddy Awards. Film jednak rozczarowuje i jest godny odnotowania wyłączne w celu poznania pełnej twórczości reżysera, którego stać, jak wiemy, na całkiem dobre i ambitne produkcje.

„Otros Cine” pisało o filmie: PLAN B ma szczególną zaletę: Różni się zasadniczo od wszystkiego, co New Argentinean Cinema (i wszystkie argentyńskie produkcje filmowe) pokazały w ostatnich latach. Hmm. Być może, nie znam się na kinie argentyńskim aż tak dobrze. Na tle produkcji europejskich „Plan B” wrażenia nie robi.

Dla mnie to niestety ani komedia, ani romantyczna. Nie komedia, bo nie śmieszy! Nie romantyczna, bo romantyzmu w niej ani na grosz widz nie znajdzie. Teza, „że tego typu historii (kiedy chłopak uwodzi innego chłopaka) bardzo brakuje” – jest fałszywa. Wszystko to już było. Co prawda może nie w Argentynie lecz w Europie, ale mimo wszystko było, i nawet polski widz kilkanaście podobnych historii już oglądał. Poza tym – przyznaję, nie lubię filmów, w których tzw. heterycy zaczynają „bawić się” w gejów.

Bruno jest zazdrosny o nowego chłopaka swej byłej dziewczyny, Laury – fotografa imieniem Pablo. Chociaż swego czasu sam Laurę rzucił, próbuje teraz namówić ją, by do niego wróciła. Gdy dziewczyna odmawia, Bruno postanawia zrealizować „plan B”. Zaprzyjaźnia się z Pablem, o którym słyszał, że „eksperymentował” kiedyś z facetami. Ma nadzieję, że uda mu się skompromitować go w oczach Laury. Kiedy Pablo okazuje się być jego bratnią duszą, Bruno zaczyna wpadać we własne sidła. Razem oglądają seriale, razem chodzą na imprezy. Dużo ze sobą rozmawiają, a nawet śpią w jednym łóżku.(Tongariro – opis dystrybutora)

Reżyser i scenarzysta Marco Berger popełnił w tym filmie kardynalny błąd: skądinąd sympatycznych bohaterów uwikłał w „poetyckie” dywagacje, ustawił na planie totalne dłużyzny. Zbyt długie ujęcia oraz żałośnie słabe dialogi sprawiają, że film jest momentami beznadziejnie nudny. Nie pomagają nawet ujęcia kamery skierowane na slipki głównych bohaterów. To mogły być naprawdę estetycznie ciekawe sceny, lecz filmowcy argentyńscy nie sprostali wyzwaniu, by zaprezentować widzowi prawdziwie porywające kino. Zamiast tego mamy miałką akcję, przewidywalny rozwój wypadków oraz nudę wiejącą z ekranu. Sam pomysł „planu B”, tak z pozoru zapowiadający się dobrze, wydaje się całkowicie zaprzepaszczony. To co z „Planu B” wykoncypował reżyser Marco Berger, nie nadaje się niestety nawet dla miłośników „ambitnego” kina. Scenariusz nadawałby się chyba bardziej na deski sceniczne (jednoaktówkę) niż na 103 minuty kinowego znużenia, które znieść mogą raczej wyłącznie zaprzysięgli wojeryści.

Na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Bilbao. „Plan B” otrzymał jednak nagrody dla najlepszego aktora oraz za najlepszy scenariusz. Ciekawe!

 

 

* * *

 

Inaczej ma się rzecz z filmem „Żniwa”. Tu nikt nikogo nie udaje, nic nie jest na siłę.

Sam tytuł jest tłumaczeniem tytułu angielskiego, tymczasem jest to kinie niemieckie. Oryginalny tytuł „Stadt, Land, Fluss” (nazwa gry znanej w Polsce jako „państwa i miasta”) zastąpiono, chyba słusznie, „żniwami”.

Beniamin Cantu – urodzony w Budapeszcie (10.12.1978) reżyser niemiecki, znany dotychczas z produkcji animowanych, krótkometrażowych i dokumentalnych – zdecydował się na debiut fabularny nieco w stylu „Tajemnicy Brokeback Mountain”. Oglądając „Żniwa” miałem nieustannie wrażenie stylizacji brokeback-mountainowskiej, do czego przyczynia się nie tylko „wiejska” oprawa scenograficzna, ale też doskonałe tło muzyczne skomponowane przez Keitha Kenniffa.

Nie mamy tu wiejskiej idylli chłopskiej zagrody, lecz duży post-pegeerowski zakład produkcji rolnej (LPG to dawne enerdowskie PGR-y, które Niemcy potrafili, w przeciwieństwie do naszych rodaków, zagospodarować), który stanowić będzie tło żniwnej opowieści. To tu dwaj praktykanci, Marko i Jacob, w czasie letniego „spiętrzenia robót żniwnych” przeżyją swoje „Brokeback Mountain”.

Marko, jeden z dwunastu praktykantów, ma właśnie zdawać egzamin „na rolnika”. Nie do końca jest jednak przekonany, czy jest to właściwa perspektywa. Rolnicza przyszłość mu nie leży, podobnie jak atmosfera w zakładzie, metody pracy i wychowania pracowników rolnych. Beznadzieję wiejskiej, rolniczej codzienności przerywa pojawienie się nowego praktykanta – Jackoba. W jego obecności Marko powoli zaczyna wychodzić ze swej skorupy. Obaj chłopcy zaczynają wspólnie spędzać czas. Powoli przekonują się do siebie. W końcu następuje, bo nastąpić musi, pierwsza wspólna kąpiel w jeziorze, pierwszy pocałunek i tu świat Marko staje na głowie. Dopiero wspólna wyprawa do pobliskiej berlińskiej metropolii uświadamia mu, że przestrzeń, której potrzebuje do życia, to nie rozległe pola i łąki brandenburskich spółdzielni rolniczych.

Lukas Steltner jako outsider Marko oraz Kai-Michael Müller w roli Jacoba (obaj heterycy) spędzili kilka tygodni przygotowując się do roli w rolniczym zakładzie produkcyjnym w okolicach Berlina. Brali udział w naradach produkcyjnych, paśli i doili krowy, nawadniali pola uprawne. Może dlatego obraz życia wiejskiej niemieckiej prowincji wypadł w filmie tak przekonująco i autentycznie. Zaś cała coming-out-story nawiązuje w stylistyce, jak wspomniałem, do filmu Ang Lee i dlatego przyjemnie się ją ogląda. Nie przeszkadza tu fakt wykorzystanie stereotypów – czym byłby bez nich obraz geja w kinie – Marko pochodzi oczywiście z „rodziny z problemami”.

Na plus dla reżysera zapisałbym także oszczędność środków wyrazu oraz brak epatowania widza zbędną tu erotyką. Wiele tu niedopowiedzeń, dużo wyciszenia i „dyskretności” kamery. Dzięki tym zabiegom całe napięcie fabularne rozgrywa się bardziej w głowach widzów niż bezpośrednio na filmowym ekranie. „Żniwa” niewątpliwie są godne uwagi polecenia zwłaszcza widzom mieszkającym poza wielkomiejskimi skupiskami, na tzw. prowincji. Po prostu dobre kino niemieckie.

Film Benjamina Cantu otrzymał nagrodę czytelników miesięcznika „Siegessaule” podczas festiwalu Berlinale w 2011 roku.

 

 

 

 

Autorzy:

zdjęcie Janusz Boguszewicz

Janusz Boguszewicz

tłumacz, belfer, germanista, publicysta, gej, komunista, ateista, czasami „mason” i anty-kaczysta. Ostatnio feminista i antyglobalista. WYKSZTAŁCIUCH. Współpraca z portalami homiki.pl, innastrona oraz magazynem Replika.




Skomentuj

  

  

  

Obraz CAPTCHY

*

Możesz używać następujących tagów HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Pamiętaj: zamieszczając komentarze akceptujesz regulamin

napisz do nas: listy@homiki.pl

Homiki.pl. Czasopismo zarejestrowane w Sądzie Okręgowym Warszawa Praga pod nr 2372 więcej »
Nr ISSN: 1689-7595

Powered by WordPress & Atahualpa