Piątek w piątek: Szafa trzyma się mocno

Walczymy o związki, o szacunek, o walkę z homofobią. Piętnujemy dyskryminację w sferze publicznej, podwójne standardy, brak obywatelskiego współ-czucia. Mówimy głośno: oto jesteśmy i domagamy się szacunku. To oczywiście ważne działania, szkoda by było jednak, aby w ferworze walki emancypacyjnej umknął nam pewien ważny fakt. A mianowicie taki, że większość gejów i lesbijek nadal siedzi w szafie. Są nieobecni nie tylko w społeczeństwie, ale również w tzw. „środowisku”. Niestety, głównym problemem homoseksualisty w Polsce jest nadal fakt, że jest homoseksualistą.

Homoludzie są w ogromnej części wielkimi miłośnikami szaf, szafek, garderób i komód. Nie tych do ustawiania w living roomach, sypialniach i gabinetach, ale mebli do zabawy w chowanego albo wprost do mieszkania. Pełne i szczere wychodzenie z szafy, coming out of the closet, to wciąż nieczęste zdarzenia. Homopolak nie ma twarzy. Siedzi w ukryciu. I cierpi. Szafa jest strefą komfortu, choć spokój to zwykle pozorny. Każda zewnętrzna groźba naruszenia tej (mniej lub bardziej) bezpiecznej przestrzeni, wywołuje gwałtowną reakcję obronną. Być może ten mechanizm pozwala wyjaśnić niektóre przejawy zinternalizowanej homofobii – od tych bardzo drastycznych aż po mniejsze jej manifestacje. Osoby całkowicie odrzucające swoją tożsamość i odsuwające prawdę o sobie sprzed oczu potrafią dopuścić się aktów przemocy wobec żyjących otwarcie gejów (o tym za chwilę) czy aktów autoagresji.

Myślę, iż tkwi ziarno prawdy w rzucanych pół-żartem, pół-serio komentarzach, iż skini oraz kibole atakujący tęczowe parady mają problem z własnym gejostwem. Podobnie plotkuje się o niektórych politykach – najbardziej zaciekli homofobi dorobili się nawet łatek „skrytociotek”. Rzeczywistość jest oczywiście bardziej złożona i nie każdy homofob jest homo- czy biseksualny. Źródłem nietolerancji jest przecież również brak akceptacji dla siebie w ogóle, czy też – wśród panów – identyfikowania siebie jako mężczyzny w opozycji do geja: jestem mężczyzną, bo nie jestem homo (w moich rozważaniach skupiam się zresztą na „synach Adama”, bo temat homoseksualizmu wśród mężczyzn jest mi, co zrozumiałe, bliższy).

Są wśród homoludzi i tacy, którzy częściowo wyszli z szafy, lecz nadal mają problemy z własną tożsamością, ponieważ – być może – wciąż żyje w nich wpojony w trakcie wychowania pogląd, iż stereotypowa męskość hetero jest jedynie słusznym społecznie modelem tożsamości. Czują przy tym wewnętrzne rozdarcie, ponieważ sami, będąc homo, mimo to nadal czują się mężczyznami. Kto z panów nie przerobi w sobie tego konfliktu, ma prawdziwy problem. Jest bowiem gejem i  satysfakcję czerpie wyłącznie ze związków męsko-męskich, jednak wiele wysiłku wkłada w budowanie w sobie heteroimitacji, którą pokazuje na zewnątrz. Jestem przekonany, że to z tej grupy rekrutuje się wielu właścicieli profili bez zdjęć w internetowych serwisach randkowych. W rubrykach zatytułowanych „O sobie” podkreślają oni, że są „heterooptyczni”, „nie wzbudzają podejrzeń”, „nie kojarzą się”, są „dyskretni” – nawet jeśli celem ich obecności w portalu społecznościowym jest znalezienie partnera do życia i kochania, nie zaś poszukiwanie wyłącznie seksualnego zaspokojenia.

Z grupy tkwiącej jedną nogą w szafie rekrutują się homofobi wewnętrzni, geje agresywni wobec środowiska. Sam nim kiedyś byłem, więc dobrze poznałem na sobie ten mechanizm. Rozpoznaję w lot jego przejawy. Używanie sobie do woli na Robercie Biedroniu (a także innych działaczy LGBT), złośliwe wyliczanie jego jakoby niemęskich zachowań, czyhanie na każdy jego „miękki geścik” i twierdzenie, że z powodu imidżu różnego od stereotypowego heteromaczo nie nadaje się on na reprezentanta gejów, świadczy wyłącznie o wewnętrznych problemach mówiącego. Budując homoseksualną imitację heteryka, wewnętrzny homofob domaga się tego samego od innych.  Zamiast świata różnorodnego w swoich przejawach, ma być monokultura (raczej: heterokultura). Podobnie jest z powszechną wręcz w środowisku nietolerancją wobec „ciot”, objawiającą się w pogardliwej postawie, dyskryminującym i obraźliwym języku, atakach słownych w klubach czy w internecie. Tak jak niedojrzały facet hetero identyfikuje swoją tożsamość „ja – mężczyzna, bo nie gej”, tak samo homoseksualny mężczyzna nie do końca akceptujący swoje gejostwo myśli o sobie: „ja homo, ale nie ciota, więc wciąż (uf!) mężczyzna”. Narażam się pewnie wielu gejom – trudno. Podkreślę, że nie mam nic przeciwko męskim facetom (a wprost przeciwnie, heh), drażni mnie tylko natręctwo pielęgnowania męskiego ja wynikające z wewnętrznych konfliktów tożsamościowych.

Niedojrzały homoseksualny mężczyzna nie lubi też ruchu LGBTQ (tak bywa, choć powody mogą być również ideolo, osobiste czy inne), bo zagraża on sensowi istnienia szafy. Bo psuje komfort tej wygodnej strefy, do której można uciec, gdy ktoś – spoza kręgu wtajemniczonych w homosprawę – zaczyna być zagrożeniem, snując przypuszczenia typu „on chyba lubi chłopców”. Nie uważam wcale, że każdy powinien biec z tęczowym sztandarem na barykadę lub bezkrytycznie popierać wszystkie decyzje i cele wyznaczane przez organizacje. Popularny jest jednak pogląd (wielokrotnie się z nim stykaliśmy jako redakcja homików oraz prywatnie), że działacze to oszołomy, którzy mają fanaberie. I przez te fanaberie (jak np. domaganie się szacunku od większości) robią krecią robotę „normalnym” gejom, którzy niczego się nie domagają od państwa czy współobywateli, siedzą cichutko pod miotłą, zadowalając się tym, że istnieją kluby oraz że za bycie homo nie wsadza się w Polsce za kratki. Tak na marginesie, nieobywatelskie niedziałanie to zresztą nie tylko cecha naszego środowiska, ale większości społeczeństwa (jesteśmy jego częścią, prawda?), które do obywatelskości dopiero powolutku dorasta.

Nie osądzam osobistych wyborów tych mężczyzn, którzy tkwią w ukryciu. Wielu z nich nie może pozwolić sobie na coming-out, bo homofobia jest realnym zagrożeniem i potrafi złamać ludziom życie, choć politycy próbują wmówić wszystkim, że u nas wszystko jest w jak najlepszym porządku, a jakieś tam mniejszości pośród mniejszości wydziwiają. Wyobrażamy sobie masowe wychodzenie z ukrycia w wojsku? Albo w Kościele Katolickim? W policji? W administracji rządowej/samorządowej? Albo wśród profesorów na wyższych uczelniach? Lub w innych konserwatywnych środowiskach (np. na wsiach i małych miasteczkach – choć i tam się zdarzają!). Są i w naszej redakcji osoby, którym coming-out złamał karierę. Usunięcie się w cień bywa czasem jedynym wyjściem, by nie doświadczyć zła ostracyzmu. Nie wszystkim tkwiącym w szafie grozi jednak odrzucenie. Gdy złudna strefa komfortu zaczyna być ciasną klatką, obawy przed wyjściem z niej urastają do rozmiaru chińskiego muru. Często jest to tylko gmach ułudy, strachy na lachy, o czym można się przekonać, czytając teksty w zakładce „Świadectwa” w naszym portalu. Wyjście z ukrycia to ogromnie budujące przeżycie, które może stać się udziałem wszystkich. Oczywiście bywa i tak, że coming-out może kogoś zranić, przekreślić np. marzenia i nadzieje bliskich, spowodować odrzucenie. Pozostaje jednak krokiem w kierunku siebie, ku dojrzałości.

Jest jeszcze jedna grupa gejów, moim zdaniem większościowa. Są to ludzie, których nie ma ani w portalach społecznościowych, ani na czatach czy forach internetowych, próżno ich szukać w szeregach organizacji walczących o emancypację. Nie ma ich także wśród znajomych znajomych w realu. Gdzie są ci nieobecni, istnienie których dowodzi statystyka? Jak sobie dają radę z własną tożsamością? Same znaki zapytania…

Zdaje sobie sprawę z tego, że mojego poglądu na szafę i konieczność coming-outu wielu z czytelników Homików nie podziela. Cieszyłbym się, gdybyśmy mogli na ten temat dłużej podyskutować. Marzy mi się, aby coming-out był masowym zjawiskiem, a nie nadal wyjątkiem, jak obecnie. Olać to całe złudne i podłe bezpieczeństwo! Ci, co mogą opuścić szafy, zamknięcia, klatki – niech to zrobią!  Dla siebie i dla tych, co z powodu nietolerancji na taki krok pozwolić sobie jeszcze nie mogą. Duża, jawna grupa już przez sam fakt istnienia wzbudza respekt w większości (dlatego nie wszyscy muszą „działać”!). Dobrze by było, aby nasze organizacje mocniej akcentowały konieczność ujawnienia. Adresatami wspaniałego komunikatu „miłość nie wyklucza” są przecież również ukryci i zastraszeni geje i lesbijki.

Przed nami dużo zadań, celów i kierunków. I nie są to tylko związki, ale również takie kwestie jak dzieci w związkach jednopłciowych (przecież są!), niepełnosprawni geje i lesbijki, wierzący homoseksualiści szukający zgody pomiędzy swoją tożsamością a wyznawanym przez siebie bogiem, aż w końcu ogromna nieobecna w dyskursie grupa homoseksualnych kobiet i mężczyzn w podeszłym wieku (jak żyją? czy są samotni? gdzie znajdują wsparcie?). Wreszcie nasze coming-outy mogą dodać odwagi ludziom biseksualnym, którzy również mają swoje klatki i problemy, z którymi muszą się borykać (m.in. dyskryminacji doznają, co przykre, również od osób LG). Tych spraw nie da się załatwić zdalnie z ukrycia.

Pieprzyć szafę! Masz prawo być tutaj.

Autorzy:

zdjęcie Jerzy Piątek

Jerzy Piątek

Jeden ze współzałożycieli i redaktor portalu Homiki.pl, w stowarzyszeniu Otwarte Forum.
Zawodowo związany z branżą PR.
Prywatnie – zapalony fotograf, miłośnik poezji Rolfa Dietera Brinkmanna, dobrej kawy i rowerów.

4 komentarzy do:Piątek w piątek: Szafa trzyma się mocno

  • czujny

    Proponuję autorowi tego felietonu zapoznać się ze statystykami przestępstw popełnianych na tle homofobicznym i zastanowić się nad poglądami. Nie wiem na jakiej podstawie, zachęca Pan ludzi do outowania się nie wspominając ani słowem o niebezpieczeństwach takiego rozwiązania? Nie każdy się nadaje na tęczowego męczennika… O tym, że na portalach randkowych zdjęć nie chcą pokazywać lekarze, nauczyciele i inni wykonujący zawody zaufania publicznego to chyba oczywiste (dla większości gejów wyotowanych jak się wydaje). Jeśli np. taki nauczyciel został by zdemaskowany – to w polskich (i nie tylko polskich) jest skończony w tym miejscu. Więcej wyobraźni proszę.

  • Ganesz

    @Jurek: to złożona sprawa… ja, na przykład, i częśc moich znajomych gejów na Uniwersytecie Warszawskim jest w pełni wyautowana i nie ma problemu. Ale na ogół są to ludzie w jakiś sposób związani z ruchem LGBT (jak Ty, czy ja, na przykład). Inni, bardziej „prywatni”, niekoniecznie mówią o swojej orientacji publicznie. I myślę, że niekoniecznie z lęku, ale raczej z powodu pewnego zażenowania. Osoby działające traktują swoją otwartośc w kategoriach „politycznych”, a osoby „prywatne” boją się, że zostaną odebrane w kategoriach czysto seksualnych. To naprawdę złożona sprawa – w Anglii też nie wszyscy są otwarci wszędzie (poza swoim kręgiem).

    i trudno miec pretensje, skoro nawet Krzysztof Śmiszek częsciowo był w szafie do czasu outingu dokonanego przez panią minister-myśliwą…

    (Krzysztof Zabłocki)
    który podobnie jak mój ulubieniec książę Harry traktował zawsze wszystko z przymrużeniem oka, stąd i coming out nie był dla niego problemem (a właściwie to nigdy nie był w szafie)… :-)

  • jerzyk

    @ Czujny: dziękuję za troskę o moją wyobraźnię, takową w stopniu minimalnym posiadam… ;-) Ale na serio – proponuję uważnie przeczytać tekst jeszcze raz, a znajdzie Pan brakujące (zdaniem Pana) fragmenty o niebezpieczeństwach coming-outu. Akurat znam lekarzy i prawników ujawnionych i świetnie sobie radzą. Oczywiście dla wielu wyjście z szafy jest niebezpieczne z powodu homofobii. Są jednak i tacy, i jest ich wielu, którzy tego nie robią, choć nie grożą im katastrofy. Są i tacy, którzy zrobili coming-out pomimo strachu przed konsekwencjami. Poza tym jeszcze jednak uwaga: gdyby wszyscy się bali, to nie byłoby aktywnego ruchu LG w Polsce. Ja też apeluję o wyobraźnię: czy wyobraża Pan sobie cierpienie ludzi nieujawnionych nawet przed samymi sobą? Dlaczego mieliby z tym nie skończyć i odetchnąć?

    @ Krzysiu: to oczywiste, że sprawa coming-outów jest złożona. Nigdzie nie piszę, że to proste. O tej złożoności mozna grubą ksiegę napisać. A ja tu tylko parę tysiaków znaków miałem, więc skupiłem się na tym, że bez coming-outów będziemy w szczerym polu, jeno zapatrzeni na Zachód, że tam jest tak bosko, tak wspaniale. Nie wymagam od wszystkich, aby nagle się poujawniali. To w końcu sprawa prywatna, jak kto życie przeżywa. Inie mam pretensji – te mam za homofobię wewnętrzną, wieszanie psów na „działaczach”, nienawiść do „ciot” i biseksów.
    Z drugiej strony jednak myślę sobie, że dzięki coming-outom ludzie są „bardziej” obywatelami, stają się obywatelsko dojrzalsi, no i mają szansę budować siebie bez zażenowania i jawnie. Dlaczego ich do tego nie namawiać?! Życie jest jedno, w imię czego warto przez nie przepełzać, tracąc energię na mimikrę?

  • Ganesz

    @Jurek: Oczywiście, że trzeba namawiac! Uważam, że jak ktoś akceptuje sam siebie jako geja, to inni też go – w większości – akceptują.

    Mnie „akceptują” także różni gorący katolicy i nawet panie-moherki :-)

    a tak w ogóle to nigdy tak za bardzo się nie przejmowałem tym, kto mnie „akceptuje”, a kto nie… Dlatego tak głupim i marnym wydaje mi się hasło „tolerancja” – na szczęście już coraz mniej używane…

    zawsze wolałem słowa z wiersza Tuwima – „a całujcie mnie wszyscy w…”

    weekendowe pozdro :-)
    Krzysztof




Skomentuj

  

  

  

Obraz CAPTCHY

*

Możesz używać następujących tagów HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Pamiętaj: zamieszczając komentarze akceptujesz regulamin

napisz do nas: listy@homiki.pl

Homiki.pl. Czasopismo zarejestrowane w Sądzie Okręgowym Warszawa Praga pod nr 2372 więcej »
Nr ISSN: 1689-7595

Powered by WordPress & Atahualpa