- homiki.pl - http://homiki.pl -

Piątek w piątek: Niech żyją ogórki!

Redaktorzy portalu już od kilku tygodni suszą  mi głowę o tekst na temat lekki, przypominając (i słusznie), że są wakacje. A w sezonie ogórkowym warto odpuścić nieco politykom, a przy okazji dać odetchnąć czytelnikom Homików.pl, którzy zgłaszali już przesyt tematami z grubej rury. Dobrze, zatem: niech żyją ogórki!

Przy poszukiwaniu tematów lekkich, łatwych i przyjemnych wpadło mi do głowy, by podrzucić frazę „ogórek” tacie Google’owi. Po naciśnięciu klawisza ‚enter’ rozpruł się przeogromny worek z 2,5-milionami wyników. Przemilczę linki, które wiodą do stron podpowiadających, w jaki sposób zabawić się z ogórkiem, gdy cel zabawy nie jest zgoła kulinarny (a sporo tego, tak). Jestem za to wdzięczny korporacji Google (ave!), że jej produkt przypomniał mi czasy dzieciństwa. Bo czy ktoś jeszcze pamięta, prócz mnie i – zapewne – Ciotki Juanitty, że „ogórkiem” nazywano za komuny autobusy marki jelcz?

[1]Nie pamiętającym zbyt dobrze czasów socjalistycznej Polski (a także czerpiącym wiadomości o tamtym okresie wyłącznie z „Misia” Bareji oraz kolorowych magazynów lansujących modę na PRL) spieszę wyjaśnić, że „ogórki” produkowane niegdyś w zakładach motoryzacyjnych w Jelczu (skąd nazwa) to takie pękate, obłe autobusy. Miały reflektory jak wybałuszone gały i kratkę chłodnicy przypominającą wyszczerzoną gębę. Jelcze-ogórki służyły do przemieszczania się i przewożenia z miejsca na miejsce grup obywateli socjalistycznego kraju. I tu dochodzimy do sedna autobusowego wywodu oraz do mojego wspomnienia – otóż w roku 1978 rodzice wsadzili mnie do ogórka wynajętego przez zakład pracy ojca, by ten pękaty bolid zawiózł mnie (i moich towarzyszy niedoli w wieku przedszkolnym) na dziecięce kolonie nad Bałtykiem. Podróż jelczem spod Karkonoszy do Łeby trwała godzin kilkanaście, a ponieważ o komforcie w przypadku ogórka służącego do jeżdżenia mowy być nie mogło, wydarzenie to wryło mi się w pamięć na stałe. Choć było to wtedy przeżycie traumatyczne, znaczone postojami na womity, dziś myślę o nim jak o niezwykłej przygodzie. W obecnych czasach bowiem zbiera mi się na torsje tylko wtedy, gdy słucham wywodów polskich polityków. Z przygodą to ma jednak mało wspólnego. Ale miało nie być polit-wątków, więc buzia w ciup!

Szukając ogórków w internecie, dowiedziałem się, że jarzyna ta pochodzi z Mezopotamii i że przodkowie dzisiejszych Irańczyków chrupali te soczyste warzywka już siedem tysięcy lat temu. Wyobrażacie sobie tak dużą odległość w czasie?! Ogórki starsze są niż chrześcijaństwo, a także dawniejsze niż „tradycyjny” model rodziny, nad psuciem którego tak wytrwale m.in. i u nas w redakcji pracujemy. Zamiast podziękować Irańczykom za ogórki, u nas mieszkańców tego kraju się wyłącznie piętnuje i potępia – wszystkich bez wyjątku: czy to kłamczucha Ahmadinedżaad, nawiedzonego imama, inżyniera, czy nawet prostego chłopa dłubiącego w ziemi. Wszyscy sprowadzani są do wspólnego mianownika: tępy islamista rozbijający atom. Na Zachodzie (czyli u nas też – bo są kraje, z perspektywy których jesteśmy Zachodem przez duże zet, choć trudno w to uwierzyć) głaszcze się po głowie jedynie twórców filmowych znad Eufratu i Tygrysu (co akurat popieram, bo Kiarostami, Farhadi czy Pitts robią naprawdę dobre kino, a taki na przykład poczciwy majster Wajda mógłby u nich brać lekcje ze świeżości).

W zielonych ogórkach podoba mi się również i to, że najpopularniejsza polska surówka z nich wykonana nazywa się mizerią. A mizeria to przecież również bieda i tej biedy nędzne klepanie! Jakie to piękne połączenie – prostota wykonania a la Piast i Rzepicha plus nieduża ilość (żeby nie rzec: ubogość!) składników daje nam mizerię. A przepis na ten najlepszy dodatek do lekkostrawnego, wakacyjnego obiadu (gotowane lub opiekane kartofle!) wygląda następująco: Ogórek weź. Umyj (lub nie), obierz (lub nie) i pokrój [2] w talarki (to akurat konieczne, jeśli ogórek ma robić za pożywienie). Poszatkuj szczypior. Zruć to wszystko do michy, dodaj śmietany (prawdziwej, a nie tego zajzajeru z marketu), posól, popieprz. Uszczypnij trochę pietruchy, jeśli lubisz. I jedz. Dzieciaki, męża lub żonę (LGBT też) karm. Smacznego!

Nie wytrzymam jednak, bo inaczej pęknę od czubka głowy aż po krok, i napiszę na koniec kilka zdań o polityce. Ciotka Juanitta przypomniał mi wczoraj o niemieckich homo-ogórkach (pozostajemy zatem jakby w temacie warzywa). Nie jest to jednak przedmiot ze sklepu babci Uhse, ale tzw. „Homogurke” –  nagroda środowiska LGBTQ zza Odry dla polityków (i nie tylko), którzy publicznie pokazują, że mają swoich tęczowych współobywateli gdzieś i jawnie ich w ten czy inny sposób dyskryminują. Taki antynobel, który stanowi znakomitą okazję do obśmiania homofobicznej grubej ryby i robienia sobie z niej – za przeproszeniem – podśmiechujków. I laureatką homo-ogórka została tego lata kanclerka Angela Merkel. Niemiecką premierkę wyróżniono za ukręcenie łba sprawie przyznania partnerom jednopłciowym prawa do wspólnego opodatkowania. Może i nasze środowisko powinno cyklicznie przyznawać homo-ogóra za mizerię działań na rzecz „tęczowych obywateli”? Wielu (i wiele) zasługiwałoby na takie szczególne wyróżnienie.

Autorzy:

zdjęcie Jerzy Piątek

Jerzy Piątek [3]

Jeden ze współzałożycieli i redaktor portalu Homiki.pl, w stowarzyszeniu Otwarte Forum.
Zawodowo związany z branżą PR.
Prywatnie – zapalony fotograf, miłośnik poezji Rolfa Dietera Brinkmanna, dobrej kawy i rowerów.