Czas na offline

Projekt ustawy o związkach partnerskich był wczoraj przedmiotem dyskusji posłów i posłanek podczas obrad sejmowej Komisji Ustawodawczej. Jest to pierwszy krok do plenarnej debaty nad projektem i ewentualnych dalszych nad nim prac. Jednak patrząc na to, w jaki sposób środowiska najbardziej przychylne projektowi angażują się w jego poparcie można zastanawiać się, czy data wprowadzenia ustawy o związkach partnerskich to przypadkiem nie jest rok 2030.

Chciałbym zapytać publicznie wszystkich – a ty co zrobiłeś/zrobiłaś dla związków partnerskich?

Szantaż? Jasne. Pytanie jak z plakatu z chorym dzieckiem i pytaniem „a ty co zrobiłeś, by Maciuś wyzdrowiał?”. Szantaż ten jednak ma na celu przypomnienie, że nie będzie żadnej ustawy bez wsparcia.

Kogo interesuje ustawa?

Patrząc na to, co dzieje się od stycznia można odnieść wrażenie, że interesuje ona Ewę Siedlecką, dziennikarzy i dziennikarki „Gazety Wyborczej” i kilka osób z organizacji pozarządowych. Do tego dochodzi poseł Biedroń i zespoły ludzi pracujących przy projektach. O ile „Gazeta” i osoby zaangażowane przy projektach napracowały się sporo, by temat zaistniał, o tyle już nawet aktywiści zrobili niewiele dla promocji związków partnerskich.

Przeraża mnie – i to nie jest przesada – sposób, w jaki promuje się związki partnerskie. Otóż promuje się je przekonując przekonanych.

Przykłady? Kampania „Po prostu miłość”, której osiągnięciem było przyciągnięcie celebrytów mówiących np.: „Popieram równe prawa do miłości, bo miłość jest najpotężniejszą siłą, jest wszystkim, jest prawdą, jest dobrem, to ona wybiera ludzi a nie ludzie wybierają ją” [Janusz Palikot]. Filmik obejrzało 3500 osób na jutubie. Inna akcja – „Jest Ważne” – była kreacją przygotowaną na użytek „Gazety Wyborczej” i do dziś raczej nic się w niej nie zdarzyło poza gazetową publikacją. Był też pomysł comiesięcznych manifestacji pod Sejmem w celu przypominania o sobie – niestety pomysł zarzucono, gdyż przychodziło za mało oburzonych. Równie dobrym przykładem jest trwająca już dwa miesiące kampania „W związku z miłością”, której głównym działaniem do tej pory było wrzucanie przez ludzi zdjęć na fejsbuka, co ma świadczyć o poparciu związków partnerskich. Ta kampania będzie się rozwijała – oby w kierunku bardziej offline. Podobnie działają popularne profile fejsbukowe, takie jak „Fajny chłopiec, dobrze że gej”, „Homofobów powinno się wysłać do psychiatry, nie homoseksualistów” i tak dalej…  Fejsbuk jest medium działającym „do wewnątrz”, bo przecież niewiele osób polubi stronę, z której przesłaniem się nie zgadza. I niestety – co wielokrotnie obserwowałem – aktywność na fejsbuku nie przekłada się na zaangażowanie społeczne, no chyba, że w wyjątkowych sytuacjach.

Myślałem rok temu, że wraz z plakatami „Miłość nie wyklucza” w małych miejscowościach uda nam się może nie tyle zmienić świat, bo aż tak naiwny nigdy nie byłem, ale chociaż wzbudzić dyskusję na poziomie lokalnym. Po części to się udało, niestety brakuje kontynuacji. Mam wrażenie, że każda kolejna akcja zaczyna się obecnie od myślenia o fejsbuku. Chcemy być „memem”, fajnym „fanpejdżem”, a coraz rzadziej konfrontować się z homofobicznym społeczeństwem. Żyjemy w świecie iluzji, w którym na debaty o związkach przychodzą w 90 procentach zwolennicy ustawy; w świecie, w którym nie stanie się nam krzywda, a i my de facto się nie natrudzimy.

Używając mediów i sterując przekazem medialnym trzeba wyjść z getta, z homoprzyjaznego świata, w którym homofobia przestała być modna. Związkami partnerskimi trzeba atakować na ulicy, mówić do ludzi, którzy tym tematem nigdy się nie zajmowali i nigdy z nim nie spotykali. Ale też – trzeba pokazać, że temat jest ważny dla tysięcy.

Prawda jest taka, że w Polsce związki partnerskie interesują naprawdę niewiele osób.  I z roku na rok jest ich chyba jeszcze mniej. Paradoks, bo coraz więcej osób przychyla się do niektórych postulatów prezentowanych w projekcie ustawy. Paradoks ten jednak łatwo rozwiązać pamiętając o tym, że zwiększeniu społecznej zgody/akceptacji towarzyszy niekiedy zmniejszenie potencjału aktywizacji. Inaczej mówiąc – „zgadzam się by były związki partnerskie i widzę, że dużo osób tak myśli, a więc niech inni działają za mnie”.

Dużo więcej działań „za związkami” podejmowano w czasach, gdy związki partnerskie były tematem egzotycznym i przynależnym jedynie do strefy pozarządowej. Kiedy pojawił się Palikot i SLD w końcu uznało, że niema wyjścia i musi ustawę popierać, odpowiedzialność za ustawę i jej losy została przerzucona na polityków. Do tego dochodzi wzrost biernej postawy ludzi przy rządach PO – wystarczy popatrzyć na to, jak skończyły się protesty przeciwko „ustawie 67” czy ACTA, wystarczy popatrzyć na „warszawskich Oburzonych”, których garstka raczej była przejściowym „eventem” niż działaniem mającym jakikolwiek wpływ na rzeczywistość. Wystarczy też w końcu popatrzyć na coroczne marsze i parady, które nie maleją, ale też nie rosną. Nie ma w nas siły, nie ma aktywności, nie ma też – co najgorsze – przekonania do tego, że aktywni być powinniśmy.

W momencie gdy pojawił się projekt ustawy i znalazły się partie chcące go promować, aktywność na polu promocji a także zainteresowanie tematem jest mniejsze niż w czasie, gdy domagaliśmy się właśnie takiej sytuacji. Po porażce walki o zmianę ustawy aborcyjnej, po porażce ruchów społecznych w sprawie in vitro czeka nas – tego się boję – porażka w zakresie ustawy o związkach partnerskich. A może po prostu jest nam już wszystko jedno? Może myślimy – tyle lat i nic, więc niech zrobią cokolwiek z tym projektem i dadzą nam cokolwiek? Cóż – taki scenariusz wydaje mi się bardzo realny.

Nie chciałbym winą za ten stan rzeczy obarczać żadnej zbiorowości, ani nowych sposobów „zaangażowania”, ani organizacji czy polityków. Za ten stan rzeczy odpowiedzialni jesteśmy wszyscy, nawet ci, którzy dużo robią dla związków partnerskich. Jest  tym jakiś absurd, że w informacji ze zjazdu organizacji LGBT sformułowanie „związki partnerskie” się nie pojawiło, a po stwierdzeniu przez sejmową komisję niekonstytucyjności projektów ustaw o związkach partnerskich lament podnosili wszyscy, ale niewiele osób wskazywało na to, co można zrobić. Pojawiały się raczej komentarze w rodzaju – nie poddawajcie się. To miłe, ale bez pomocy i udziału tysięcy nie zrobimy zbyt wiele. Potrzeba wkurzonych tłumów, a nie garstki działaczy i działaczek. Bez tego zaprzepaścimy szanse na ustawę przez najbliższe dziesięć lat.

Brakuje nas na ulicach, brakuje nas poza Internetem. Czas na pobudkę lub awarię serwerów kilku portali.

Tym bardziej zachęcam do udziału w sobotnim spotkaniu w „Zagadce” – może wspólnie coś wymyślimy. Coś, co nie będzie tylko internetowym apelem – coś, co będzie offline.

 

[Przypominamy: 30 czerwca o godz. 16 spotkamy się w Cafe Zagadka (Warszawa, ul. Elektoralna 24).]

 

Autorzy:

zdjęcie Wojciech Szot

Wojciech Szot

rocznik 86, pracownik, księgarz

6 komentarzy do:Czas na offline

  • Erico

    Trzeba wkurwu. Nie ma wkurwu, mamy naszą małą stabilizację.

  • Kerry

    Masowy wkurw to będzie, jak une połozą łapę na nasze serwisy randkowe.

  • urk

    Troche mi się nie podoba to oskarżanie. Jeżeli Pan Szot chce zmieniać rzeczywistość, to zaiste zaczyna od d. strony

  • Kerry

    Zakazany fellow – 100 tys wkurwionych ludzi. Anonse na Gejowie – 200 tys. Profile na IS – 30 tys. Tyleż na kumpello. Gayromeo odcięte od świata – 10 tys.

    Plus portale dla lesbijek. I kluby zwalczane pod pretekstem np. walki z AIDS.

    Zebrałoby się nawet kilkaset tysięcy wściekłych ludzi, którzy w końcu przejrzeliby na oczy, jak bardzo polityka miesza się w ich prywatne życie.

  • @Kerry:
    Jest tylko jeden mały „problem” – nikt tego nie zakazuje i nie zakaże. Bo polityka nie wtrąca się w życie – polityka na ogół ma je gdzieś. Te wszystkie kluby i portale to takie małe dobrowolne getta – siedzimy w nich, więc społeczeństwo nie ma z nami problemu. A wtedy i ustawy niepotrzebne…

  • Soniasonia

    Myślę, iż dobrym pomysłem na podniesienie świadomości społecznej w kwestii związków partnerskich byłoby pójście krok dalej – już nie plakaty, a spoty telewizyjne, najlepiej w popularnych telewizjach. Można by nakręcić coś takiego jak ten genialny australijski spot: http://www.youtube.com/watch?v=_TBd-UCwVAY&feature=player_embedded Któraś stacja na pewno by się zgodziła – TVP na pewno nie, ale może TVN, a jeśli nie, to jakaś szeroko dostępny kanał płatny? Wystarczyłoby, żeby kilka razy wyświetlili, a już się rozniesie pocztą pantoflową i pewnie nawet w serwisach internetowych o tym powiedzą.




Skomentuj

  

  

  

Obraz CAPTCHY

*

Możesz używać następujących tagów HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Pamiętaj: zamieszczając komentarze akceptujesz regulamin

napisz do nas: listy@homiki.pl

Homiki.pl. Czasopismo zarejestrowane w Sądzie Okręgowym Warszawa Praga pod nr 2372 więcej »
Nr ISSN: 1689-7595

Powered by WordPress & Atahualpa