Plany równoległe

Niektóre z rodzimych recenzji „Skowytu” skupiają się bardziej na przybliżeniu sylwetki bohatera filmu, Allena Ginsberga i jego czasów, niż na samym filmie. To o tyle zasadne, że od przedstawionych na ekranie wydarzeń minęło ponad pół wieku, a przeciętny polski widz wciąż niewiele wie o początkach ruchu emancypacji LGBT w USA. Takie ujęcie tematu wskazuje też jednak na pewną bezradność wobec obrazu jako takiego.

„Skowyt” nie jest filmem fabularnym, trudno go także nazwać paradokumentem. Rekonstruuje prawdziwe wydarzenia (odtworzone na podstawie zapisów, wywiadów, zeznań sądowych itp.), ale to raczej impresja, zgodnie z tytułem bardziej oddająca hołd poematowi, niż samemu twórcy.

Słowny potok „Skowytu” płynie w filmie niemal bez przerwy i pojawia się w czterech odsłonach: te same wersy padają z ust autora czytającego swoje dzieło po raz pierwszy w zadymionej kawiarni w 1955 roku; podczas późniejszego wywiadu z Ginsbergiem w zaciszu jego mieszkania; w animowanej impresji na kanwie utworu oraz na sali sądowej, gdzie utwór rozkładany jest na części pierwsze i brany pod lupę purytanizmu obrońców amerykańskiej moralności. W każdej z tych odsłon dowiadujemy się coraz więcej o tekście, opisanych w nim historiach, bohaterach tak życia jak i twórczości Ginsberga.

Pomysł podzielenia akcji „Skowytu” na cztery równoległe plany był równie oryginalny, jak i niebezpieczny. Dawał szansę na spojrzenie na autora i tekst z różnych perspektyw, niestety – w realizacji zaważył na słabości filmu, nie pozostawiając zbytnio miejsca na pogłębienie tematu. Opowieści, jakie snuje dziennikarzowi Franco jako Ginsberg oscylują pomiędzy oczywistymi oczywistościami a ledwie muśniętymi detalami, migawkami z przeszłości, które wprawdzie sygnalizują atmosferę towarzyszącą powstaniu poematu, jego genezę, jednak nie doczekują pogłębienia.

Zdecydowanie najsłabiej wypadają komputerowe animacje – oparte na komiksie z epoki na podstawie „Skowytu”. Pomijając nieprzekładalność strumienia świadomości na konkretne obrazy, rysunkowe sekwencje są zbyt współczesne, gładkie, barwne i komputerowo sterylne; także towarzysząca im muzyka jazzowa wygładza dodatkowo wymowę całości. Rewolucyjna, maniakalna, oniryczna poezja, będąca krzykiem rozpaczy i sprzeciwu, przetworzona została na niepokojącą wprawdzie, ale jednak miłą dla oka i ucha papkę; brutalność tekstu zniwelowano monotonią, przełamaną jedynie sekwencjami poświęconymi molochowi miasta i zakładom psychiatrycznym, w których leczono homoseksualistów elektrowstrząsami.

Zdecydowanie ciekawsze są sądowe potyczki wokół zagrożenia moralności publicznej, jakie „Skowyt” miał stanowić, głownie dzięki swej dosadnej obsceniczności. I choć tu także nie ma czasu na pogłębianie rysów wszystkich przewijających się przez salę postaci (chwilami aż szkoda niezłych aktorów), to wizja rozprawy, przekształcającej się w dyskurs literacki, ma swój urok – zwłaszcza w osobie przystojnego obrońcy. Wulgarne cytaty, wyrwane z kontekstu i rozbierane językowo przez akademickich wykładowców zyskują siłę rozbrajania i queerowania rzeczywistości.

Jednak prawdziwą moc tekstu najlepiej pokazują czarno-białe sceny, w których obserwujemy jego prawykonanie przez autora przed najbardziej mu życzliwą publicznością, która jednocześnie jest „Skowytu” pierwszym odbiorcą i głównym bohaterem. Spontaniczne reakcje, żywiołowe okrzyki, trans, w który popada tak nakręcony recytator, jak i ogłuszeni słuchacze, słowotoki i porywy – dopiero w tym kontekście „Skowyt” brzmi naprawdę autentycznie.

Film bardziej niż dla kin stanowi pozycję repertuarową dla kanałów telewizyjnych pokroju Arte czy rodzimej Kultury. Nawet jednak jak na ich potrzeby wydaje się zbyt powierzchowny, przykrojony do potrzeb gładkiej współczesności w konwencji vintage hipsters are so cool. Daje zaledwie przedsmak tego, czym mógłby się stać, co dziwi nieco w przypadku realizatorów mających na koncie „Pułapkę z Celuloidu” czy „Czasy Harleya Milka”. Miło zawiesić oko na przystojnym Franco (zwłaszcza z brodą) i nie sposób nie zgodzić się z finalnym przesłaniem filmu – najważniejsze, to być sobą. Szkoda tylko, że prawdziwemu Ginsbergowi oddano głos dopiero w ostatniej scenie. Jego niebanalne życie wciąż czeka na swój film. I raczej nie będzie to zapewne aktualnie realizowana produkcja, w której w rolę poety wciela się kolejny słodziak, Daniel Radcliffe.

 

Scenariusz i reżyseria:
Rob Epstein, Jeffrey Friedman

Występują:
Allen Ginsberg – James Franco
Jake Ehrlich – Jon Hamm
Gail Potter – Mary Louise-Parker
David Kirk – Jeff Daniels
Jack Kourack – Todd Rotondi
Neal Cassady – Jon Prescott

Autorzy:

zdjęcie Marcin Pietras

Marcin Pietras

prowadzi bloga poświęconego popkulturze homiczej: www.queerpop.blogspot.com

8 komentarzy do:Plany równoległe

  • zewsząd i znikąd

    [Re: Plany równoległe]

    Och, kręcą kolejny film o Ginsbergu? Rzeczywiście Radcliffe mi do tej roli zupełnie nie pasuje, toż to chłoptaś i chodząca landryna. ;) Mnie się Ginsberg zawsze kojarzy z późniejszą wersją, kiedy nosił długą brodę i przypominał jogina. W każdym razie przeogromnie ciekawa postać, jednocześnie przedstawiciel mniejszości etnicznej, wyznaniowej, seksualnej i używkowej. Ktoś taki siłą rzeczy wie, że świat nie jest prosty i jednobarwny.

  • Peter Pan

    [Re: Plany równoległe]

    Film wydaje się „zbyt powierzchowny” „nawet” dla telewizji ARTE i TVP KULTURA???
    WTF???

  • Peter Pan

    [Re: Plany równoległe]

    @ zewsząd

    Nie należał jednak do mniejszości purystów i pisał wulgaryzmy.

  • zewsząd i znikąd

    [Re: Plany równoległe]

    Skąd ten pogląd, że mnie to jakoś szaleńczo gorszy? Wulgaryzmy w sztuce bywają potrzebne. Natomiast owszem, nie znoszę używania słowa na „k” „jako przecinka”, bo to świadczy o buractwie i trochę też o głupocie – o tym, że delikwent nie umie się wysłowić.

  • [Re: ]

    Początek sugeruje jakieś ustawienie się Autora w kontrze wobec innych recenzji – albo przynajmniej jakieś dopowiedzenie, zwrócenie uwagi na inne aspekty, inną interpretację czy nowe ujęcie dzieła. Tymczasem przeczytałem dokładnie to, co znalazłem w innych artykułach na temat tego filmu, publikowanych w głównych mediach. Ale tam było więcej, głębiej, ciekawiej. „Bezradność wobec obrazu jako takiego” odnalazłem dopiero na tej stronie…

  • [Re: ]

    Miało być „przeczytałem dokładnie to samo”… ;-)




Skomentuj

  

  

  

Obraz CAPTCHY

*

Możesz używać następujących tagów HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Pamiętaj: zamieszczając komentarze akceptujesz regulamin

napisz do nas: listy@homiki.pl

Homiki.pl. Czasopismo zarejestrowane w Sądzie Okręgowym Warszawa Praga pod nr 2372 więcej »
Nr ISSN: 1689-7595

Powered by WordPress & Atahualpa