Mamo, tato, jestem… bi

 

Dzielni rodzice

Bycie rodzicem dziecka LGBT nie jest łatwe. Banał? Być może, ale wart powtórzenia, bo my, nieheteroseksualne dzieci naszych rodziców, mamy tendencje do zapominania o tym fakcie. Bycie rodzicem dziecka LGBT nie jest łatwe szczególnie w takich miejscach jak Polska, a zwłaszcza Polska-poza-Warszawą – miejscach, gdzie wiedza o orientacjach seksualnych jest niewielka, a na niewiedzy żerują oczywiście wszelkiej maści stereotypy, głupsze czy mądrzejsze, ale zawsze wypaczające rzeczywistość.

Bycie rodzicem dziecka nieheteroseksualnego oznacza szok i wstrząs coming-outu tegoż dziecka lub niepewność podejrzeń i wątpliwości. Oznacza strach o jego przyszłość, może o bezpieczeństwo. Oznacza – tak samo jak i dla dziecka przecież – konieczność pogodzenia się z niełatwą rzeczywistością, a na dodatek rodzic ma na to mniej czasu niż dziecko. Oznacza, że trzeba przewartościować sobie wiele spraw, pożegnać się z pewnymi oczekiwaniami, na nowo zdefiniować relację z dzieckiem. Oznacza wreszcie – tak jak i dla dziecka – konieczność odnalezienia się w sytuacjach społecznych, odpowiadania na pytania rodziny i bliskich zatroskanych o los dziecka czy po prostu nim zainteresowanych. A to wszystko w kontekście wychowania innego niż my pokolenia, innego systemu wartości, innych wpojonych w młodości poglądów.

Próbując wejść w ich skórę zaczęłam zastanawiać się, gdzie znajdą wsparcie, pomoc i informacje, jeśli zaczną ich szukać. Psycholog czy psychiatra (jeśli ktoś odważy się do takiego pójść, bo w starszych pokoleniach opór może być silniejszy niż potrzeba wiedzy) zapewne dostarczy w miarę obiektywnych informacji – chyba, ze ktoś trafi tak jak moja mama, której pani psychiatra powiedziała „Proszę się nie przejmować, to taka wielkomiejska moda, przejdzie jej”. Kościół katolicki (czyt. ksiądz) – wiadomo. Media – chyba nikt rozsądny nie szuka w nich obiektywnych informacji. Pozostają grupy wsparcia dla rodziców (spotkania takowych prowadzi kilka organizacji/oddziałów organizacji LGBT) – i internet.

W internecie znaleźć można oczywiście również mnóstwo śmieci, w tym opakowanych w pozory porządnej wiedzy naukowej. Załóżmy jednak, że rodzic jest dociekliwy i uda mu się trafić na materiały przygotowane przez samych zainteresowanych – osoby i organizacje LGBT. Znajduje zatem i zaczyna czytać:

A jeśli [znajomi] spytają: No i co z tym zrobisz? Można odpowiedzieć: „Nic nie zrobię. To jest moje dziecko. Jest dorosłe, ma swoje życie. Tak samo jak nic nie mogę zrobić z tym, że syn jest blondynem, a ja chciałam, żeby miał ciemne włosy.[1]

Chociaż może ci się wydawać, że straciłeś córkę lub syna – wcale tak nie jest. Twoje dziecko jest tym samym człowiekiem, którym było wczoraj.
Jedyną rzeczą, którą straciłaś, jest twoje własne wyobrażenie o dziecku i sposób, na który ty je rozumiałeś. Poczucie straty jest zapewne trudne do zniesienia, ale możesz zastąpić obraz swojego dziecka wizerunkiem nowym i pełniejszym, bo obejmującym sferę ci dotąd nieznaną.
[2]

To, że Ty w młodości eksperymentowałeś/aś z tą samą płcią nie znaczy, że Twoje dziecko też ma „fazę” – ono naprawdę może być gejem/lesbijką. [3]

Mądre, wyważone, sensowne porady. Wzbogacone w wyjaśnienia podstaw, rzetelne informacje, wskazówki, jak uporać się ze swoimi uczuciami, jak pogodzić z nieuchronnym. Jednak kiedy je czytam, coś zaczyna mnie uwierać.

Zgrzyt

To nie są porady dla rodziców osób LGBT. Po raz kolejny okazuje się, że ten akronim “nie działa”. Owszem, część porad dla rodziców lesbijek, gejów, biseksualistów i osób transpłciowych może mieć wspólny mianownik: „kochajcie swoje dziecko, rozmawiajcie z nim i pogódźcie się z rzeczywistością”. Rodzice dzieci „T” nie znajdą jednak w tych publikacjach zbyt wiele dla siebie – owszem, definicje, czasami [2] (co gorsza, nie udało mi się znaleźć porad skierowanych do nich również gdzie indziej – na stronach „transowych”). To jednak mniej mnie uderza – być może dlatego, że transpłciowość, wrzucana bezrefleksyjnie do akronimu, niewiele z orientacją ma wspólnego (za to więcej z innością).

Znacznie bardziej zaskakuje mnie, że choć w większości cytowanych publikacji pojawia się odniesienie do „biseksualności”, tak naprawdę rodzice biseksów nie znajdą w nich zbyt wiele dla siebie. Najbardziej uderza to w przypadku publikacji My rodzice. Pytania i odpowiedzi rodziców lesbijek, gejów i osób biseksualnych, gdzie słowo na „b” pojawia się w tytule, w definicjach, w opisie działań organizacji KPH i PFLAG – i nigdzie indziej… Oczywiście, można uznać, że tropię bi-wykluczenie tam, gdzie go nie ma. Zapewniam jednak, że nie o to chodzi. Jestem biseksem, jestem po coming-oucie, mam sporą wiedzę na temat tego, co dręczy rodziców osób biseksualnych.

Owszem, bardzo przydatne będą dla nich porady spod znaku „kochaj swoje dziecko, rozmawiaj z nim”. To można w zasadzie zalecić każdemu rodzicowi, orientacja nie-hetero u dziecka nie jest tu potrzebna. Niestety, nie znajdzie u nich zastosowania porada kluczowa – „Pogódź się z orientacją swojego dziecka, bo jeśli ci o niej powiedziało, to znaczy, że nie jest to faza, nie jest przejściowe – to znaczy, że już nic się nie zmieni. Twoja córka nie zmusi się do związku z mężczyzną. Twój syn nie będzie uprawiał seksu z kobietą. Nie będzie wymarzonego hetero-ślubu. Jest spora szansa, że nie będzie wnuków. Pogódź się, przewartościuj swoje oczekiwania, przemebluj wizję przyszłości. Możesz potraktować to nawet jak śmierć – śmierć swojej wizji dziecka. Przeżyj żałobę, pozwól sobie na złość, smutek i żal, a potem podnieś głowę i żyj na nowo w zmienionej rzeczywistości”.

Jestem rodzicem biseksa

Cała treść tej „kluczowej porady” nie ma zastosowania do rodziców osób biseksualnych. Pierwszą rzeczą, z którą są oni konfrontowani, jest konieczność zrozumienia, czym jest biseksualność (cóż, z tym mają problem nawet lesbijki i geje, teoretycznie bardziej wrażliwi na inność). Bo o ile homoseksualność można – po pozbyciu się ewentualnych złych emocji, uprzedzeń itp.) przedstawić sobie jako proste „odwrócenie” heteroseksualności (nie pani z panem, tylko pani z panią lub pan z panem – i żadna inna opcja nie wchodzi w grę), to z biseksualnością taki zabieg nie działa. Biseksualność jest inna niż homoseksualność czy heteroseksualność. Inna również w odbiorze ¬– i nie mam tu na myśli trywializowania „żeby życie miało smaczek”. Tu trzeba wykonać zabieg myślowy „On(a) kocha drugą osobę bez względu na jej płeć. Jej/mu podoba się i to, i to”. Trzeba zmierzyć się z przekonaniem, że „on(a) leci na wszystko, co się rusza i na pewno prowadzi rozwiązłe życie erotyczne bzykając się z kim popadnie” (ten stereotyp odnosi się oczywiście również od gejów, ale w ich przypadku „co popadnie” to połowa, nie całość populacji).

Ale różnica w podejmowanym wysiłku nie polega tylko na tym. Rodzic, który dowiaduje się, że jego dziecko może związać się zarówno z osobą tej samej jak i innej płci, skazany jest na dużo większy trud niż rodzic geja lub lesbijki. Nie ma bowiem luksusu pozbawienia się nadziei na „normalność”. Wie, że nawet jeśli jego dziecko jest w obecnej chwili w związku jednopłciowym, istnieje szansa, że kiedyś wejdzie w związek różnopłciowy. I wtedy być może będzie ta suknia z welonem itp. Im większe przywiązanie do tego welonu (a w pokoleniu moich rodziców, czyli dziś osób w wieku 50-60 lat, jest ono ogromne), tym większa męka. Jeśli homoseksualny coming-out dziecka porównujemy do śmierci (jakiejś wizji dziecka), to biseksualny coming-out jest jak zaginięcie – nigdy nie przestaje się wierzyć, że dziecko kiedyś „wróci”.

Oznacza to, że rodzic nie przestaje pytać syna „Kiedy w końcu się ustatkujesz i zajdziesz sobie dziewczynę? Przecież to w twoim przypadku możliwe!”. Nie przestaje nękać córki „Dlaczego wiążesz się z kobietą? Przecież możesz być z mężczyzną, dlaczego nie chcesz żyć normalnie!?”. Nawet jeśli nie formułuje tego głośno, pytania i nadzieja wiecznie pozostają w tle.

Większe wymagania

Rodzice dzieci biseksualnych, jeśli chcą być rodzicami mądrymi, jeśli chcą dobrej relacji z dzieckiem, muszą popracować nad ważnym elementem tejże relacji – szacunkiem. Rodzic lesbijki lub geja akceptuje relacje miłosne dziecka (jeśli akceptuje) głównie dlatego, że innych niż jednopłciowe relacji nie będzie i być nie może. I taki rodzic może tu pozostać, na tym etapie. Nie musi iść dalej. Tymczasem rodzic biseksa musi uszanować wolny wybór swojego dziecka. Nie tylko z rezygnacją pogodzić się z niezmienialnymi faktami, ale zrozumieć, że związek z osobą tej samej płci jest swoistym wyborem dziecka – i przyjąć to z szacunkiem, nawet jeśli bez zrozumienia. Oczywiście, szacunek dla dziecka zawsze jest bardzo ważnym elementem dobrej relacji z nim. To na co chcę zwrócić uwagę to fakt, że w relacji z dzieckiem homoseksualnym jest przydatny. W relacji z dzieckiem biseksualnym – niezbędny. Dla wielu rodziców, szczególnie nienauczonych partnerskich układów z potomstwem, to novum. Czasem przeszkoda nie do przekroczenia.

Czy większe wyzwania stojące przed rodzicami osób biseksualnych oznaczają, że należy mieć większą tolerancję wobec negatywnych postaw przejawianych przez tych rodziców? Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Uważam, że trzeba być świadomym, o ile większym trudnościom muszą oni stawić czoła. I – wracając do publikacji dla rodziców osób LGBT – uważam, że powinni być tego świadomi ludzie, którzy takim rodzicom chcą doradzać. Tak jak nie można wrzucić do jednego worka wszystkich liter akronimu „LGBT”, tak samo nie można wrzucać do niego wszystkich rodziców. Tymczasem w publikacjach nie znalazłam ani słowa skierowanego konkretnie do rodziców osób biseksualnych, ani jednej uwagi pokazującej, jak ważne jest uznanie wyboru dziecka. Nie znalazłam ani jednej sugestii, że próby wywierania nacisku, które w przypadku osób biseksualnych można byłoby uznać za uzasadnione („w końcu przecież jest w stanie uprawiać ten seks z osobą przeciwnej płci!”), są wyrazem braku szacunku dla dziecka. I że trzeba nauczyć się żyć poza nadzieją, nie bez niej – a właśnie poza nią.

Autorzy, publicyści, psychologowie, działacze – nie zapominajcie o tym. Nie trzeba – tak jak ja – wartościować, komu jest łatwiej, a komu trudniej, bo ja mówię z perspektywy osobistej, a Wy jesteście specjalistami. Trzeba natomiast umieć zmienić optykę, dostrzec różnorodność – i umieć na nią odpowiedzieć. Społeczność LGBT nie jest monolitem. Grupa „rodzice osób LGBT” też nie. Mówiąc językiem marketingu – dywersyfikujcie ofertę. Nauczcie się widzieć różnice.

I ważne zastrzeżenie na koniec. Wiem, że istnieją rodzice, dla których szacunek wobec własnego dziecka jest wartością kluczową. Ale nawet rodziny, w których tacy rodzice występują, powinny być świadome, jakim trudnościom muszą oni stawiać czoła.

[1] „Wyjdź z szafy!” (http://comingout.ueuo.com/rodzic.html), rozmowa z z Basią Lindenberg, psychoterapeutką pracującą w ośrodku terapeutycznym Poza Centrum w Warszawie (http://comingout.ueuo.com/lindenberg.html)

[2] My rodzice. Pytania i odpowiedzi rodziców lesbijek, gejów i osób biseksualnych, Kampania Przeciw Homofobii i Stowarzyszenie Dni Równości i Tolerancji 2011, http://www.kph.org.pl/publikacje/my-rodzice.pdf

[3] „12 ważnych informacji dla rodziców osób homoseksualnych” (http://www.kph.org.pl/www_akceptuj/?p=119)

Autorzy:

zdjęcie Uschi

Uschi „Sass” Pawlik

Tłumaczka z zawodu, korektorka z powołania. Ma kota na punkcie kotów. Pasjonują ją zagadnienia [trans]genderowe, kwestie rodzin LGBTQ i feminizm.

16 komentarzy do:Mamo, tato, jestem… bi

  • Peter Pan

    [Re: Mamo, tato, jestem... bi]

    Uschi,

    wydaje mi się, że poziom wiedzy na temat orientacji „nie-hetero”, jest w pokoleniu 50/60- latków na tyle niski, że także rodzice gejów i lesbijek najczęściej nie porzucają nadziei, iż może jednak, pewnego dnia, za sprawą cudu, syn/córka założą „normalną” rodzinę.
    Oczywiście w przypadku biseksualistów, to bardziej realne, ale myślę, że kwestia wywierania presji, przekonywania do związku hetero, może dotknąć wszystkie osoby LGB, nawet jeśli biseksualistów trochę silniej (ale też chyba zarazem z mniejszą psychiczną szkodą, bo presja boli tym bardziej, o ile wywierana jest w związku z oczekiwaniem, którego się nie da spełnić).
    Wydaje mi się tylko, że zapomniałaś o jednym. O tym, że także osoby LGB powinny próbować zrozumieć zachowanie rodziców, dopóki nie wykracza poza to, co jest najistotniejszym słowem tego artykułu, czyli wzajemny szacunek.

  • d_biskupa

    [Re: Mamo, tato, jestem... bi]

    Amerykańscy badacze odkryli, że rodzice osób biseksualnych nie istnieją…

  • ihi

    [Re: Mamo, tato, jestem... bi]

    Bez złośliwości, szczerze bym chciała wiedzieć, jak rozumieć te dwa zdania: „Wiem, że istnieją rodzice, dla których szacunek wobec własnego dziecka jest wartością kluczową. Ale nawet rodziny, w których tacy rodzice występują, powinny być świadome, jakim trudnościom muszą oni stawiać czoła”. Czy „szacunek wobec” = „szacunek do”?
    Ja problem widzę trochę inaczej. Rodzice czekający na „happy end z welonem” zasadniczo mogą chcieć, by ich dzieci były monogamiczne. Nie seryjnie, a full wersja. Jeśli osoba określająca się jako gej (albo lesbijka) „zbyt często” wchodzi w nowe związki, rodzice – przy założeniu, że o nich wiedzą – mogą tłumaczyć to „nieuporządkowaniem” wg np. kościoła kat. właściwego homoseksualistom. Osoba biseksualna może być uznawana raczej za „rozwiązłą”, niestałą w uczuciach, itp. (nie znam zbyt wielu takich określeń ze staroświeckiego repertuaru). Geje (albo, rozłącznie, lesbijki) w stabilnych, długoletnich związkach są chyba ogólnie lepiej brane przez rodziny, jako swoi, forever and ever. :/

  • Uschi

    [Re: Mamo, tato, jestem... bi]

    @PP
    „Wydaje mi się tylko, że zapomniałaś o jednym. O tym, że także osoby LGB powinny próbować zrozumieć zachowanie rodziców, dopóki nie wykracza poza to, co jest najistotniejszym słowem tego artykułu, czyli wzajemny szacunek.”
    Tylko że to nie jest takie proste i zapewne wie o tym każdy, kto ma skomplikowaną relację z rodzicami. Bo brak szacunku rodziców wobec (no OK, ihi, „do” ;) ) dziecka nie wyklucza miłości tychże do dziecka, a tej nie można tak całkiem zdezawuować, nawet jeśli jest wypaczona. Więc owszem, dla własnej równowagi psychicznej można, a czasem należy, próbować rozumieć. W końcu rozumienie, jak działa jakiś mechanizm (i dlaczego krzywdzi wszystkie zaangażowane strony) jest często podstawowym krokiem do zaakceptowania, że rzeczywistość się nie zmieni i do rezygnacji z szarpania się.

  • Peter Pan

    [Re: Mamo, tato, jestem... bi]

    @ Uschi

    Muszę przyznać, że rzeczywiście nie wziąłem pod uwagę tego, że miłość do własnych dzieci bywa skomplikowana i niekoniecznie implikuje ten szacunek, o którym pisałem.
    Mam tylko zawsze wątpliwości co do „mechanizmów”. Czasem próba ich poszukiwania bywa pułapką.
    Myślę, że nawet zostawiając na boku kwestię problematyczności dyskursu psychologicznego, odwołując się do zwykłego, społecznego doświadczenia i obiegowych opinii, wiemy, że psychologowie czasem ludziom pomagają, ale czasem szkodzą.

    Moim zdaniem, łatwym kryterium odróżnienia psychologa rzeczywiście chcącego zrozumieć konkretne ludzkie doświadczenia od szarlatana, są kwantyfikatory, jakich używa.
    Jeśli np. opowiada o różnych reakcjach rodziców na coming-out, podkreślając tę ich różnorodność, to możemy mu wierzyć.
    Jeżeli natomiast wylatuje z gadką typu „dla każdego rodzica …”, „rodzic reaguje zwykle …”, „wiadomość o orientacji dziecka JEST …” i jeśli jeszcze wymyśla metafory (jak śmierć, jak zaginięcie, jak coś tam innego), to dla mnie sprawa jest absolutnie jasna:

    celem nie jest chęć pomocy komukolwiek, tylko typowa próba udawania, że psychologia jest nauką pozwalającą na przewidywanie ludzkich reakcji, prognozowanie ich itd.
    Takie postępowanie ma zwykle cel komercyjny, bo ludzie lubią traktować terapeutów jak znachorów, którzy mają odpowiedź na wszelkie pytania. Stąd popularność poradników, które ze 100% pewnością „zdradzają” czego pragnie kobieta, o czym marzy mężczyzna, jak myśli młodzież, jakie wychowanie czym skutkuje itd.
    Wartość poznawcza takich bzdetów, równa jest wartości poznawczej horoskopów.

    Nie mówię tego wszystkiego, żeby z Tobą polemizować, bo napisałaś słuszne rzeczy. Ale o ile nie obchodzi mnie normalnie czy ktoś czyta moje posty, o tyle tym razem, piszę trochę z poczucia obowiązku;))
    Ktokolwiek ma teraz dokonać coming-outu (obojętne czy jest L,G, B czy T), tego bardzo ostrzegam przed prostą wiarą w poradniki i psychologiczne opisy. Bywają pomocne, ale trzeba do nich podchodzić z dużym dystansem, także dlatego, że psychologia, jako nauka humanistyczna, posługująca się INTERPRETACJĄ, nie jest przezroczysta.
    Jej opisy zawierają elementy własnych przekonań/uprzedzeń/przemyśleń konkretnych psychologów.
    Stąd można znaleźć różne perły: od określania homo/biseksualizmu jako „mody”, przez podświadome traktowanie go jako „rodzinnej tragedii” aż po modne zwłaszcza wśród lacanistów, pierdoły o „słabym ojcu”.

  • KaFor

    [Re: Mamo, tato, jestem... bi]

    Ciekawe spostrzeżenia Petera. :)

    W tym tygodniu miałam badania psychologiczne – jako uzupełnienie / bardziej wrażliwe badawczo od neurologicznych.

    Dlaczego o tym wspominam: psycholog kliniczny, chwalony specjalista (głównie od stanów otempieńczych) zaserwował mi teksty typu: „no tak, ja nic nie mam, do związków ludzi dorosłych (tej samej płci), ale już dzieci – nie. Sam mam matkę i ojca i bardzo SOBIE to cenię. Niektórych ludzi o orientacji homoseksualnej nie można LECZYĆ, jak ich orientacja ma podłoże biologiczne. Matka osierocona jako dziecko, nie była w stanie pokazać DO CZEGO JEST mężczyzna”.

    Założył, że jestem lesbijką, a po informacji, że mam za sobą 20-letnie małżeństwo z mężczyzną, zaczął się natychmiast ‚rakiem’ wycofywać z tego co powiedział i prawie ‚strzelił focha’, że nie poinformowałam go o tym odrazu. Przy tym zaznaczył, że jego INTERPRETACJE właśnie (jak spostrzegł to Peter) nie mają najmniejszego wpływu na wyniki badań / testów dla poznania funkcjonowania mózgu.

    Odnosząc sie do głównego wątku podjętego przez Uschi: kiedy ja swojej mamie przed laty powiedziałam, że postanowiłam dzielić dalsze swoje życie z kobietą – a nie mówiłam, o swojej orientacji (jak się identyfikuję), nie przyszlo mi nawet do głowy mówienie JESTEM… Ponieważ jestem człowiekiem, osobą (płeć, orientacja, kolor skóry, oczu, lewo- / praworęczność, to nie cechy konstytuujące mnie, jako osobę, lecz posiadane przeze mnie właściwości: nie stanowią MNIE, ani też same w sobie o mnie: o moim człowieczeństwie, postępowaniu).

    Swoją drogą, gdy do mamy wtedy próbowałam coś zagadnąć: wiesz, jak Ty jesteś heteroseksualna… (chyba spytałam, czy wie o czym mówię) – mama mi przerwała, mówiąć: JA NIE CHCĘ O TYM słyszeć.

    Najważniejszym jest to z kim buduję rodzinę, a – zdecydowanie – w relacjach z innymi, przełomowym był nasz ślub (skończyly się ew. nadzieje, że może ‚coś się im zmieni’).

    Co ciekawe, dopiero teraz – po latach – nie widziany 13 lat kuzyn mojej żony, próbował szantażem ‚wprowadzić w rodzinie ład’. Zagroził mojej teściowej, że – jako katoliczka’ (!)- jeśli nie zmusi swojej córki, aby żyła ‚po bożemu’, to on zerwie z nią wszelkie kontakty i swoją matkę (siostrę Teściowej) do tego samego nakłoni.

  • Walpurg

    [-->> KaFor]

    Koło mnie mieszka rodzina – starszy syn (ok. 50 lat) jest księdzem, młodszy (ok. 40 lat) przez lata żył sam ze starszymi rodzicami. Teraz związał się i żyje z jakąś kobietą i jej niepełnosprawnym czy chorym dzieckiem. Starszy brat, ksiądz, zerwał z nim wszystkie kontakty, wyparł się znajomości, bo brat żyje bez ślubu z kobietą i jej dzieckiem.

    Dla mnie zachowanie tego młodszego jest wręcz szlachetne, bo nie każdy potrafiłby wychowywać czyjeś dziecko, na dodatek chore. Ale dla owego księdza ważniejsze są głupie i krzywdzące pryncypia.

    Wspominam o tym, żeby przypomnieć, gdzie jesteśmy. Na wsiach, a czasem i w miastach, często ludziom nie mieści się w głowie, że chłopak i dziewczyna mieszkają razem bez ślubu. A co dopiero geje, lesbijki, a co dopiero bi… Wchodzimy w coraz głębsze rozróżnienia a problemy są jeszcze kilka pięter wyżej. :/

  • KaFor

    [Re: Mamo, tato, jestem... bi]

    Owszem Walpurg, to wszystko prawda.

    U nas to powoduje np. osamotnienie, odsunięcie się od bliskich nam osób z rodziny.

    Dla osób z naszych rodzin pochodzenia – jak dla mojej teściowej – stanowi niejednokrotnie wielki problem: swary w rodzinie, kłótnie.

  • shadow

    [Re: Mamo, tato, jestem... bi]

    „Oczywiście, szacunek dla dziecka zawsze jest bardzo ważnym elementem dobrej relacji z nim. To na co chcę zwrócić uwagę to fakt, że w relacji z dzieckiem homoseksualnym jest przydatny. W relacji z dzieckiem biseksualnym – niezbędny. „

    boze, co za pierdoly- szacunek dla dziecka, (doroslego dziecka!) jest niezbedny w kazdej relacji- czy jest ono hetero, homo, bi, trans- jak mozna to wartosciowac, ze tu sie przydaje, tu nie, a tu jest niezbedny
    ogolnie chodzi przeciez o szacunek do autonomicznych decyzji i wyborow tego „dziecka”

  • KaFor

    [Re: Mamo, tato, jestem... bi]

    Zgadzam się w pełni z komentarzem Shadow.

    Stąd też, gdy ktoś nie okazuje nam szacunku (okazuje brak szacunku do naszej decyzji wspólnego życia), nie znajduje z mojej strony pobłażliwości dla swojej postawy. Niezależnie czy jest to osoba z mojej rodziny, czy z rodziny mojej żony.

  • Tomek Kulesza

    [Re: Mamo, tato, jestem... bi]

    „Bo brak szacunku rodziców wobec (no OK, ihi, „do” ;) ) dziecka nie wyklucza miłości tychże do dziecka”

    Actually, wyklucza. Zastanow sie, no milosc bez szacunku? Gdzie, jak?

    Swietny artykul, btw.

  • Tomek Kulesza

    [Re: Mamo, tato, jestem... bi]

    Moja znajoma odpowiedziala:

    - Uschi, ale dlaczego ona o tym w ogole pisze?

    - No, bo jest biseksem?

    - Ale jest redaktorka homikow, a homiki tez sa wykluczajace.

    - eee, no, ale, ale…

    Sa wykluczajace? Nie pamietam? Zerknijmy…

    „Osoby niepełnosprawne LGBT – poszukiwane
    Wciąż brakuje książek, artykułów, informacji o osobach niepełnosprawnych LGBT. Geje i lesbijki w naszym kraju są nadal mało widoczni, a niepełnosprawni są zupełnie spychani na margines.
    31-01-2012 (komentarze: 0)”

    Coz moge powiedziec. Fix your own backyard?

  • Uschi

    [Re: Mamo, tato, jestem... bi]

    @Tomek – na ostatni zarzut mogę odpowiedzieć jedynie, że publikujemy ogłoszenia w formie przesłanej przez organizatorów. Być może powinniśmy taki „disclaimer” umieszczać na końcu każdego takiego ogłoszenia, skoro nie jest to oczywiste? Tymczasem w cytowanym przez Ciebie ogłoszeniu pozwolę sobie dodać kursywę, żeby może jeszcze wyraźniej to podkreślić.

  • Tomek Kulesza

    [Re: Mamo, tato, jestem... bi]

    Nie wiedzialem. Ale, jestes pewna, ze to co zmienia? Akceptujecie ogloszenia, wiec bierzecie odpowiedzialnosc za ich forme. Nie dacie przeciez ani ogloszenia o „terapii reperatywnej” ani w formie, no nie wiem, z pedalami i lesbami? Wiec to, ze takie przechodza, oznacza, ze homiki maja do przerobienia wlasna wrazliwosc na wewnetrzne wykluczenie i niewidzialnosc?

    Czyz nie?

    Cholera, nie wiem czy to jasne. Ja sie z tym czesto spotykam w feministycznej anglosaskiej blogosferze, gdzie cos takiego jest wlasciwie oczywiste. Dla mnie z poczatku bylo to dziwne, ale teraz sie z tym zgadzam, i z argumentacja, ze bezczynnosc w takich kwestiach jest powielaniem normatywnego swiata, i wykluczaniem. Ze, w skrocie, nie mozna umywac rak.

    Nawet nie wiem czy jest jasne dlaczego LGBT a pozniej gej+les jest wkurzajace i wykluczajace, a tego powszechnosc to pogarsza. No ale skoro napisalas taki artykul to na pewno rozumiesz.

    Wyszlo jak krytyka z lewa, heh. No, ale chce powiedziec to jak sadze, ze powinno byc, i nie wiem, czy sie z tym nie zgadzasz (nie mowiac o homikach w ogole), czy po prostu nie myslalas o tym, czy, ze ci sie nie chce/masz rzeczy wazniejsze do roboty.

  • Peter Pan

    [Re: Mamo, tato, jestem... bi]

    Uschi, nie przejmuj się. Ten Kulesza to jakiś świr, który do kwestii orientacji seksualnej wciąż wrzuca poliamorię, będącą przecież zupełnie odmiennym zjawiskiem. Kolo jest w ogóle tak przeideologizowany, [...].
    Rób dalej swoje i pisz jak uważasz, mając gdzieś faszystów „milimetrowej równości”.

    [doceniając poparcie dla red. Uschi detrollacja zwraca uwagę na język stosowany na homikach]

  • KaFor

    [Re: Mamo, tato, jestem... bi]

    Mnie również takie wykluczanie wkurza (ogólnie, nie na homikach). Natomiast osoby – ze społ. LGBT – nie rozumieją tego, dokładnie tak samo jak ludzie spoza LGBTetc.

    Np. kiedy moje 11 przypadków podanych do badania na temat dyskryminacji instytucjonalnej okazało się trzonem tych badań – gdzie w metryczce zaznaczało się również orientację – czytałam potem w raporcie z nich o lesbijkach, homoseksualistkach (co mnie nie określa), a o innych osobach LGBT jedynie raz, czy dwa (trzy) w całym raporcie. To nagminna pratyka.




Skomentuj

  

  

  

Obraz CAPTCHY

*

Możesz używać następujących tagów HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Pamiętaj: zamieszczając komentarze akceptujesz regulamin

napisz do nas: listy@homiki.pl

Homiki.pl. Czasopismo zarejestrowane w Sądzie Okręgowym Warszawa Praga pod nr 2372 więcej »
Nr ISSN: 1689-7595

Powered by WordPress & Atahualpa