- homiki.pl - http://homiki.pl -

Moje (pra)gejowskie wigilie

[1]

Małe teoretyczne prolegomena

Nasza rednaczka Uschi zasugerowała zespołowi homików: może ktosik chce napisać cosik na Święta. Może jakoś comingoutowo-wspomnieniowo. Wasze pierwsze Święta z rodziną i partnerem/rką. Itp., itd.

No.

Hm. A jeśli ktosik nie miał klasycznego, wyrazistego coming outu tak po bożemu, kiedy to mama rzęsiście płakała, a tata z domu wyrzucał, koledzy w pracy czy na studiach szydzili, sąsiedzi wyzywali, a pies na podwórku obsiusiał? Niedobrze, oj niedobrze, lecz cóż. No więc jeśli ktosik nie ma tej kombatanckiej przeszłości ciemiężonego geja, to nadal ma cosik napisać?

A jeśli ktosik nie spędził żadnej wigilii z rodziną i partnerem, którego rodzice do serca tulili i drugim synem obwoływali, zaś babcia nowym wnusiem się radowała, to co? To nadal ma cosik pisać? Hm.

Niedawno ktosik zapoznał się drogą lektury z nową powieścią Martina Amisa The Pregnant Widow, która niebawem ukaże się w szacownym warszawskim wydawnictwie pod tytułem Ciężarna wdowa. Pojęcie „ciężarna wdowa” ukuł w XIX wieku rosyjski filozof, myśliciel i działacz polityczny Aleksander Hercen. Odnosiło się do etapu w czasie, kiedy to zakończyła się definitywnie pewna epoka, a świat, który pozostał, nie zrodził jeszcze nowej – ona dopiero się wykluje. Określenie to odnieść też można i do ludzkiego życia – bo oto kończy się już definitywnie bardzo wydłużona młodość, a nie narodziło się nic nowego – no bo co? Starość? Wiek średni skrył się w owej długiej młodości, która jeszcze by trwała, gdyby nie absurdalność takiej sytuacji – bo wszystko wszak kiedyś musi się zakończyć.

Nie, jakaż starość. W czasach Hercena byłaby to rzecz jasna starość, której on zresztą nie dożył. Teraz jednak wszystko jest dłuższe (lub krótsze). Tak czy owak nic nie jest takie, jak ongi. Nie ma zatem starości, ale wydłużona późna ciąża. I otóż wdowa/wdowiec w ciąży (bo faceci też kiedyś będą rodzić) staje się wesołą wdówką, a kresu tegoż wdowieństwa nie widać. Chyba że nagle szlag trafi. Tak bywa.

To zakończenie (bo ono kiedyś być musi) młodości nie oznacza przeto wcale czegoś smutnego. Wręcz przeciwnie. Bo przyszłość nadal zdaje się całkiem bezkresna, a równocześnie otwiera się ogromna przestrzeń czasowa z przeciwnym wektorem; niespodziewanie rodzi się (więc jednak coś się rodzi!) świat jakby nowy – nowy, ale déja vu – który na nowo się poznaje i doznaje. Wystarczy zawołać za Nabokovem „Pamięci, mów!” i pamięć ta doniesie nam o sprawach zupełnie nieoczekiwanych i nieznanych, o których w ogóle nie wiedzieliśmy – mimo, że to myśmy je przeżywali. Bo dopiero teraz zdajemy sobie sprawę, co się wydarzyło. Pisał coś w tym duchu także i Martin Amis. Bo on także pożegnał swą młodość. Bo tak mu wypadało.

Kto młody, niech zatem żałuje, ale kiedyś może zrozumie o co w tym wszystkim chodzi. Jest czego wyczekiwać.

No więc tych Świąt minionych dowoli mam, a dowoli. To i wołam „Pamięci, mów”, i niechaj coś się stawi… Ja czekam…

Różowe miasto w Indiach, pręgowana wiewiórka w Londynie…

Dawno, dawno temu, Indie. Jaipur (czy też Dżajpur), słynne „różowe miasto” (oniemiałem właśnie, przecież dopiero teraz zdaję sobie sprawę, że pamięć nie bez przyczyny podsunęła mi to wspomnienie). Ja, nastolatek z epoki rozkwitu Beatlesów, spędzam tam Święta z rodzicami i paroma jeszcze rodzinami z indyjsko-polskiej społeczności. Jest grudzień, ale to Indie, to tak jak polski wrzesień, co najwyżej trzeba założyć sweter, ale chodzić można w krótkich spodniach. Mój ówczesny przyjaciel i rówieśnik – w krótkich zatem, chociaż wełnianych, spodniach – siedzi na okiennym parapecie. W pokoju jest kilka osób, rodzice, latorośle, no i ja i ów (niechaj mu będzie) Tomek. I ten Tomek, siedząc w oknie, eksponuje nabite apetycznie foremne uda (a krótkie spodnie – dziś „szorty” – były wtedy bardzo krótkie). Rozmowa jest o Świętach w Polsce, a ja tu, w Dżajpurze, wpatruję się w uda Tomka. Potem zasiadamy grupowo do wigilijnej wieczerzy w klimatycznym indyjskim hotelu. Jako Europejczykom serwuje się nam jadło nibyeuropejskie (dopiero po latach poznałem rozkosze kuchni indyjskiej!). Nibyzupa, potem drugie – i sznycel schabowy! „To straszny grzech jeść schabowy w Wigilię” – mówi mama. Przeszywa mnie dreszcz przerażenia. Akurat wtedy, jako uczeń irlandzkiej szkoły jezuickiej (dzieci pracowników „komunistycznej” placówki uczęszczały do takich oto szkół – tak bywało w najweselszym baraku „socjalistycznego obozu”), przeżywałem religijne rozterki. No cóż, ale do piekła pójdę przynajmniej z rodzicami. I z nabitymi udami Tomka… Nie będzie zatem tak źle…

Kilka lat później, Londyn. Tuż przed maturą spędzam Święta w Londynie, mieszkam u rodziny w północnej dzielnicy Hampstead. Domki, drzewa, ogrody. Dużo tej pięknej zieleni. Jest ciepło. Za gorąco mi w ciepłym polskim palcie z karakułowym kołnierzem i w futrzanej czapce. Tak – tak kiedyś się chodziło, i to w epoce schyłkowych Beatlesów! Na zewnątrz ciepło, ale w domku zimno. Czas londyńskich ferii spędzam w towarzystwie syna właścicieli domku (a właściwie dużego domiszcza, ale w Anglii nie używa się określenia „willa”). My byliśmy na piętrze, właściciele na parterze. Syn Dave właśnie przyjechał na święta z boarding school – ze szkoły z internatem. Tu, poza szkołą, nie chodzi oczywiście w przepisowym szkolnym stroju, ale w wybranych przez siebie ciuchach. W okresie schyłku Beatlesów ciuchy męskie były wręcz niemożliwie obcisłe. Dave ma cholernie zgrabny tyłek, opinany przez obcisłe do granic wytrzymałości spodnie z cienkiej wełny. Paradowanie z tak wyraziście wyeksponowaną anatomią – z przodu i z tyłu – uchodziłoby dziś, w epoce saggingu, za hardkorowe porno. Podobnie jak wtedy za porno uchodziłyby dzisiejsze opadające spodnie odsłaniające nie tylko bieliznę, ale często nawet i więcej…

Londyn, Święta, polska Wigilia, angielski świąteczny dinner nazajutrz, a mnie jest śpieszno, by jak najszybciej znów znaleźć się razem z Davem – w jego spodniach z cienkiej, szarej wełny opinających niczym trykoty tancerza krągłe, nabite pośladki. Z tych londyńskich Świąt zapamiętałem jeszcze zdarzenie z angielską pręgowaną czarno-szarą wiewiórką, która przez otwarte okno skoczyła z ogrodu na stojącą przy oknie choinkę i nie chciała się z niej ruszyć, sycząc i warcząc, gdy ktoś się do niej zbliżał. Może była wściekła? Rodzina w lęku! Znalazłem na to radę – kijem od szczotki przewróciłem choinkę, wiewiórka zeskoczyła na dywan, jak szalona skakała po pokoju, aż wreszcie odbiła się od parapetu i wyskoczyła na pobliskie drzewo. I już mogliśmy podzielić się opłatkiem i zasiąść do wieczerzy. A ja miałem przed oczami zgrabne pośladki Dave’a, podobnie jak kilka lat wcześniej nabite uda Tomka. Pręgowana wiewiórka… Może w tej swojej angielskiej szkole Dave otrzymywał lanie trzcinką w te swoje kształtne pośladki, jak na angielskich filmach. To grzech w wigilię mieć takie myśli, wiem, wiem…

Warszawa da się lubić

Wiele lat później, Warszawa. Właśnie wybieram się na Wigilię do rodziców. Telefon. Dzwoni – niechaj mu będzie – Robert, pewien doktorant, który kiedyś zaszedł do mnie na dyżur. Wiem, że niedługo ma mieć egzaminy przed obroną, a ja (być może) miałem go z jednego z przedmiotów egzaminować. Wtedy na dyżurze miał jakieś techniczne pytania dotyczące tegoż egzaminu. Więc dzwoni w Wigilię, przedstawia się. I cisza. Ja na to – no wie Pan, miło że Pan dzwoni, ale przy całej mojej otwartości, myślę, że Wigilia to chyba nie najlepszy moment na umawianie się na egzamin. A on, że nie chodzi mu o egzamin (który później zdał u kogoś innego), ale że chciał mi złożyć życzenia, bo z dyżuru zapamiętał moje oczy. I naszą wtedy rozmowę – nie tylko o potencjalnym egzaminie, ale i o Iwaszkiewiczu, i Genecie, którego czytał w moim przekładzie. I znów się rozkręciła rozmowa. Spóźniłem się do rodziców. „Wiesz mamo”, powiedziałem gdy wszedłem „miałem właśnie telefon i dowiedziałem się, że ktoś się we mnie zakochał”. To była bardzo udana Wigilia, Wigilia z Robertem w tle. Wieczorem, po powrocie do domu, znów miałem od niego telefon. I taki był początek intensywnej więzi, która po pewnym czasie się zakończyła, ale ślad po niej pozostał do dziś.

A dziś – w przededniu kolejnych Świąt, kolejnej Wigilii, kolejnego Nowego Roku – ja, ciężarna wdowa, przepraszam, wdowiec, nie narzekam. Nie jestem sam, jest mi całkiem dobrze. Jest dobrze, choć przecież świat jest straszny. Spokojnych, pogodnych Świąt!

Za ileś lat dowiemy się od własnej pamięci, co się naprawdę zdarzyło!


Autorzy:

zdjęcie Krzysztof Zabłocki

Krzysztof Zabłocki [2]

Anglista, wykładowca na Uniwersytecie Warszawskim, tłumacz literatury angloamerykańskiej i francuskiej, autor szkiców, członek zarządu Stowarzyszenia Lambda Warszawa; wielbiciel jamników, Indii, kina Viscontiego, Kazi Szczuki, campu, Pałacu Kultury i Karl-Marx-Allee w Berlinie.