Moje (pra)gejowskie wigilie

Małe teoretyczne prolegomena

Nasza rednaczka Uschi zasugerowała zespołowi homików: może ktosik chce napisać cosik na Święta. Może jakoś comingoutowo-wspomnieniowo. Wasze pierwsze Święta z rodziną i partnerem/rką. Itp., itd.

No.

Hm. A jeśli ktosik nie miał klasycznego, wyrazistego coming outu tak po bożemu, kiedy to mama rzęsiście płakała, a tata z domu wyrzucał, koledzy w pracy czy na studiach szydzili, sąsiedzi wyzywali, a pies na podwórku obsiusiał? Niedobrze, oj niedobrze, lecz cóż. No więc jeśli ktosik nie ma tej kombatanckiej przeszłości ciemiężonego geja, to nadal ma cosik napisać?

A jeśli ktosik nie spędził żadnej wigilii z rodziną i partnerem, którego rodzice do serca tulili i drugim synem obwoływali, zaś babcia nowym wnusiem się radowała, to co? To nadal ma cosik pisać? Hm.

Niedawno ktosik zapoznał się drogą lektury z nową powieścią Martina Amisa The Pregnant Widow, która niebawem ukaże się w szacownym warszawskim wydawnictwie pod tytułem Ciężarna wdowa. Pojęcie „ciężarna wdowa” ukuł w XIX wieku rosyjski filozof, myśliciel i działacz polityczny Aleksander Hercen. Odnosiło się do etapu w czasie, kiedy to zakończyła się definitywnie pewna epoka, a świat, który pozostał, nie zrodził jeszcze nowej – ona dopiero się wykluje. Określenie to odnieść też można i do ludzkiego życia – bo oto kończy się już definitywnie bardzo wydłużona młodość, a nie narodziło się nic nowego – no bo co? Starość? Wiek średni skrył się w owej długiej młodości, która jeszcze by trwała, gdyby nie absurdalność takiej sytuacji – bo wszystko wszak kiedyś musi się zakończyć.

Nie, jakaż starość. W czasach Hercena byłaby to rzecz jasna starość, której on zresztą nie dożył. Teraz jednak wszystko jest dłuższe (lub krótsze). Tak czy owak nic nie jest takie, jak ongi. Nie ma zatem starości, ale wydłużona późna ciąża. I otóż wdowa/wdowiec w ciąży (bo faceci też kiedyś będą rodzić) staje się wesołą wdówką, a kresu tegoż wdowieństwa nie widać. Chyba że nagle szlag trafi. Tak bywa.

To zakończenie (bo ono kiedyś być musi) młodości nie oznacza przeto wcale czegoś smutnego. Wręcz przeciwnie. Bo przyszłość nadal zdaje się całkiem bezkresna, a równocześnie otwiera się ogromna przestrzeń czasowa z przeciwnym wektorem; niespodziewanie rodzi się (więc jednak coś się rodzi!) świat jakby nowy – nowy, ale déja vu – który na nowo się poznaje i doznaje. Wystarczy zawołać za Nabokovem „Pamięci, mów!” i pamięć ta doniesie nam o sprawach zupełnie nieoczekiwanych i nieznanych, o których w ogóle nie wiedzieliśmy – mimo, że to myśmy je przeżywali. Bo dopiero teraz zdajemy sobie sprawę, co się wydarzyło. Pisał coś w tym duchu także i Martin Amis. Bo on także pożegnał swą młodość. Bo tak mu wypadało.

Kto młody, niech zatem żałuje, ale kiedyś może zrozumie o co w tym wszystkim chodzi. Jest czego wyczekiwać.

No więc tych Świąt minionych dowoli mam, a dowoli. To i wołam „Pamięci, mów”, i niechaj coś się stawi… Ja czekam…

Różowe miasto w Indiach, pręgowana wiewiórka w Londynie…

Dawno, dawno temu, Indie. Jaipur (czy też Dżajpur), słynne „różowe miasto” (oniemiałem właśnie, przecież dopiero teraz zdaję sobie sprawę, że pamięć nie bez przyczyny podsunęła mi to wspomnienie). Ja, nastolatek z epoki rozkwitu Beatlesów, spędzam tam Święta z rodzicami i paroma jeszcze rodzinami z indyjsko-polskiej społeczności. Jest grudzień, ale to Indie, to tak jak polski wrzesień, co najwyżej trzeba założyć sweter, ale chodzić można w krótkich spodniach. Mój ówczesny przyjaciel i rówieśnik – w krótkich zatem, chociaż wełnianych, spodniach – siedzi na okiennym parapecie. W pokoju jest kilka osób, rodzice, latorośle, no i ja i ów (niechaj mu będzie) Tomek. I ten Tomek, siedząc w oknie, eksponuje nabite apetycznie foremne uda (a krótkie spodnie – dziś „szorty” – były wtedy bardzo krótkie). Rozmowa jest o Świętach w Polsce, a ja tu, w Dżajpurze, wpatruję się w uda Tomka. Potem zasiadamy grupowo do wigilijnej wieczerzy w klimatycznym indyjskim hotelu. Jako Europejczykom serwuje się nam jadło nibyeuropejskie (dopiero po latach poznałem rozkosze kuchni indyjskiej!). Nibyzupa, potem drugie – i sznycel schabowy! „To straszny grzech jeść schabowy w Wigilię” – mówi mama. Przeszywa mnie dreszcz przerażenia. Akurat wtedy, jako uczeń irlandzkiej szkoły jezuickiej (dzieci pracowników „komunistycznej” placówki uczęszczały do takich oto szkół – tak bywało w najweselszym baraku „socjalistycznego obozu”), przeżywałem religijne rozterki. No cóż, ale do piekła pójdę przynajmniej z rodzicami. I z nabitymi udami Tomka… Nie będzie zatem tak źle…

Kilka lat później, Londyn. Tuż przed maturą spędzam Święta w Londynie, mieszkam u rodziny w północnej dzielnicy Hampstead. Domki, drzewa, ogrody. Dużo tej pięknej zieleni. Jest ciepło. Za gorąco mi w ciepłym polskim palcie z karakułowym kołnierzem i w futrzanej czapce. Tak – tak kiedyś się chodziło, i to w epoce schyłkowych Beatlesów! Na zewnątrz ciepło, ale w domku zimno. Czas londyńskich ferii spędzam w towarzystwie syna właścicieli domku (a właściwie dużego domiszcza, ale w Anglii nie używa się określenia „willa”). My byliśmy na piętrze, właściciele na parterze. Syn Dave właśnie przyjechał na święta z boarding school – ze szkoły z internatem. Tu, poza szkołą, nie chodzi oczywiście w przepisowym szkolnym stroju, ale w wybranych przez siebie ciuchach. W okresie schyłku Beatlesów ciuchy męskie były wręcz niemożliwie obcisłe. Dave ma cholernie zgrabny tyłek, opinany przez obcisłe do granic wytrzymałości spodnie z cienkiej wełny. Paradowanie z tak wyraziście wyeksponowaną anatomią – z przodu i z tyłu – uchodziłoby dziś, w epoce saggingu, za hardkorowe porno. Podobnie jak wtedy za porno uchodziłyby dzisiejsze opadające spodnie odsłaniające nie tylko bieliznę, ale często nawet i więcej…

Londyn, Święta, polska Wigilia, angielski świąteczny dinner nazajutrz, a mnie jest śpieszno, by jak najszybciej znów znaleźć się razem z Davem – w jego spodniach z cienkiej, szarej wełny opinających niczym trykoty tancerza krągłe, nabite pośladki. Z tych londyńskich Świąt zapamiętałem jeszcze zdarzenie z angielską pręgowaną czarno-szarą wiewiórką, która przez otwarte okno skoczyła z ogrodu na stojącą przy oknie choinkę i nie chciała się z niej ruszyć, sycząc i warcząc, gdy ktoś się do niej zbliżał. Może była wściekła? Rodzina w lęku! Znalazłem na to radę – kijem od szczotki przewróciłem choinkę, wiewiórka zeskoczyła na dywan, jak szalona skakała po pokoju, aż wreszcie odbiła się od parapetu i wyskoczyła na pobliskie drzewo. I już mogliśmy podzielić się opłatkiem i zasiąść do wieczerzy. A ja miałem przed oczami zgrabne pośladki Dave’a, podobnie jak kilka lat wcześniej nabite uda Tomka. Pręgowana wiewiórka… Może w tej swojej angielskiej szkole Dave otrzymywał lanie trzcinką w te swoje kształtne pośladki, jak na angielskich filmach. To grzech w wigilię mieć takie myśli, wiem, wiem…

Warszawa da się lubić

Wiele lat później, Warszawa. Właśnie wybieram się na Wigilię do rodziców. Telefon. Dzwoni – niechaj mu będzie – Robert, pewien doktorant, który kiedyś zaszedł do mnie na dyżur. Wiem, że niedługo ma mieć egzaminy przed obroną, a ja (być może) miałem go z jednego z przedmiotów egzaminować. Wtedy na dyżurze miał jakieś techniczne pytania dotyczące tegoż egzaminu. Więc dzwoni w Wigilię, przedstawia się. I cisza. Ja na to – no wie Pan, miło że Pan dzwoni, ale przy całej mojej otwartości, myślę, że Wigilia to chyba nie najlepszy moment na umawianie się na egzamin. A on, że nie chodzi mu o egzamin (który później zdał u kogoś innego), ale że chciał mi złożyć życzenia, bo z dyżuru zapamiętał moje oczy. I naszą wtedy rozmowę – nie tylko o potencjalnym egzaminie, ale i o Iwaszkiewiczu, i Genecie, którego czytał w moim przekładzie. I znów się rozkręciła rozmowa. Spóźniłem się do rodziców. „Wiesz mamo”, powiedziałem gdy wszedłem „miałem właśnie telefon i dowiedziałem się, że ktoś się we mnie zakochał”. To była bardzo udana Wigilia, Wigilia z Robertem w tle. Wieczorem, po powrocie do domu, znów miałem od niego telefon. I taki był początek intensywnej więzi, która po pewnym czasie się zakończyła, ale ślad po niej pozostał do dziś.

A dziś – w przededniu kolejnych Świąt, kolejnej Wigilii, kolejnego Nowego Roku – ja, ciężarna wdowa, przepraszam, wdowiec, nie narzekam. Nie jestem sam, jest mi całkiem dobrze. Jest dobrze, choć przecież świat jest straszny. Spokojnych, pogodnych Świąt!

Za ileś lat dowiemy się od własnej pamięci, co się naprawdę zdarzyło!


Autorzy:

zdjęcie Krzysztof Zabłocki

Krzysztof Zabłocki

Anglista, wykładowca na Uniwersytecie Warszawskim, tłumacz literatury angloamerykańskiej i francuskiej, autor szkiców, członek zarządu Stowarzyszenia Lambda Warszawa; wielbiciel jamników, Indii, kina Viscontiego, Kazi Szczuki, campu, Pałacu Kultury i Karl-Marx-Allee w Berlinie.

25 komentarzy do:Moje (pra)gejowskie wigilie

  • Jakbyco

    [Re: Moje (pra)gejowskie wigilie]

    Ach jej :) . Bez nabożeństwa, bez zadęcia – ale też bez takiego charakterystycznego dla młodych zapalonych LGBTQ-lewicowców wysyłania katolików na stos, a świętowania do lamusa. Po prostu inaczej. I o ileż lepiej.

    Może to przychodzi z wiekiem, a może to kwestia nastawienia do życia po prostu? W każdym razie bardzo dziękuję Panie Krzysztofie za tekst, który bardzo poprawił moje tegoroczne nastawienie do Świąt!

  • Walpurg

    [Re: Moje (pra)gejowskie wigilie]

    Bezdyskusyjnie cudowne! Wspaniały prezent pod choinkę dla wszystkich homicząt.

    Poproszę o więcej takich tekstów!

  • Peter Pan

    [Re: Moje (pra)gejowskie wigilie]

    Krzysio Z. jest generalnie sympatycznym dziadziusiem, ale ten tekst jest trochę żenujący.
    Sorry, ale gdyby ktoś znalazł w necie tekst heteroseksualnego faceta trzeciej generacji, który wspomina święta Bożego Narodzenia w oparciu o ujrzane przy ich okazji kształtne tyłki, to myślę, że wielu tutejszych „publicystów” i czytelników uznałoby to za mega żenadę.
    I musiałbym im przyznać rację.
    Nie żebym miał coś przeciwko spojrzeniu na czyjś tyłek. Osobiście, jako zadeklarowany seksista, uważam, że to całkiem normalny odruch.
    Ale męczy mnie ta maniera, zgodnie z którą wszystko co gejowskie, musi się kręcić albo wokół martyrologii albo wokół ruchania.
    Nie ma jakichś innych opcji? Może ci z nas, którzy mają dobre i kochające rodziny oraz fajnych znajomych, po prostu spędzą te święta z nimi? Może tu się nie ma co silić na „gejowską perspektywę”, bo takiej w tym wypadku w ogóle nie ma?

  • Erico

    [Re: Moje (pra)gejowskie wigilie]

    piekne!

  • Walpurg

    [Re: Moje (pra)gejowskie wigilie]

    —> Peter, ale przecież możesz napisać o swoich świętach wśród kochającej rodziny!

    Krzysztof napisał o swoich wspomnieniach, na dodatek w uroczej formie. Nie ma w tym nic wulgarnego. Heterycy też zapewne pamiętają różne święta przez pryzmat widzianych kształtów, zazwyczaj damskich, tylko nasza świętoszkowata kultura zabrania o tym mówić. Cechą środowiska LGBT zawsze zaś było mniejsze skrępowanie i większa śmiałość.

  • Peter Pan

    [Re: Moje (pra)gejowskie wigilie]

    @ Walpurg

    Tak, tak. A jak mi się nie podoba durny film, to mogę nakręcić swój? Po to jest to okienko, w które wpisuję tekst, żeby wyrazić swoje zdanie, o czymś, co już powstało, nie?

    Świętoszkowata kultura może i zabrania o czymś mówić, ale nie tylko ona.
    Niektórym zabraniają lewicowe teoryjki.
    Tam, gdzie są czczone jako oficjalne prawdy, powiedzenie, że z Wigilii pamięta się dupę kuzynki, nie jest w cenie. To się chyba nazywa „seksizm” (i oczywiście dotyczy tylko tyłka damskiego, oglądanego przez mężczyznę), ale nie wiem na pewno, bo ja nie bardzo lubię takie bzdetne określenia.

    Inna sprawa, że pewne rzeczy są też kwestią rejestru, kontekstu.
    Nie jest rzeczą zdrożną zrobić kupę. Ale niekoniecznie na środku ulicy.
    Nie jest niczym złym popatrzeć na czyjś tyłek. Ale czy nie jest tandetą opowiadanie o tym, jako o głównym wspomnieniu ze świąt?
    Moim zdaniem jest.

  • Jakbyco

    [Re: Moje (pra)gejowskie wigilie]

    Ja czytam ten tekst w tonie „młody i głupi byłem”. Ale może to tylko ja.

  • sojuz

    [Re: Moje (pra)gejowskie wigilie]

    @ Peter Pan

    Jeśli z tego tekstu wyniosłeś jedynie czy głównie tyłki, to po prostu go nie za bardzo zrozumiałeś.

  • Marek

    [Re: Moje (pra)gejowskie wigilie]

    @ Peter Pan
    czy filmy typu Borat też Ciebie tak oburzają? Jeden woli wspomnienia lukrowanego ciepełka, a inny dostrzega w ludzkiej kondycji dwuznacznośc, pozór i w ogóle… cóż lepszego wedy niż ciepły ironiczny zgryw?

  • Peter Pan

    [Re: Moje (pra)gejowskie wigilie]

    @ Marek

    Nie i ten artykuł też mnie nie oburza.
    Nie uważam, że jest obraźliwy, niemoralny czy coś w tym stylu. Jest straszliwie tandetny. Tylko tyle.

    A „ciepełko” nie zawsze jest pozorem.

  • oburzenie

    [Re: Moje (pra)gejowskie wigilie]

    @ Peter Pan

    myślę, że jak napisał sojuz, nie za bardzo tekst zrozumiałeś i podobnie jak posłowie podczas wystąpienia Biedronia widzisz tylko to, co potrafisz widzieć i tylko to do Ciebie dotarło.

  • jk

    [Re: Moje (pra)gejowskie wigilie]

    nie, nie, nie… to pragnienie odzyskania utraconej mlodosci we wspomnieniu o posladkach w szortach jest nie do zniesienia.

  • Adamek

    [Re: Moje (pra)gejowskie wigilie]

    ale heca – teksty K. Zabłockiego z reguły wywołują emocje, bo on nie podlizuje się młodym tylko prowokuje ich. A niektórzy, jak niejacy Peter Pan czy jk lapią przynętę i nie rozumieją podpuchy… a to, że KZ jest pełen radochy życia, wkurza ich. Bo tego mu zazdoszczą, a sami nie potrafiliby niczego sensownego zaoferowac, jedynie zgryżliwe anonimnowe komentarze, od których roi się w necie.

  • sojuz

    [Re: Moje (pra)gejowskie wigilie]

    Jak widać, pań Dulskich ciągle nie brak; oburzają się udami i pośladkami, delektują się niesmakiem i własnym wyrafinowanym wyczuciem tandety

  • Peter Pan

    [Re: Moje (pra)gejowskie wigilie]

    @ sojuz

    Koleś, powiem Ci, że strasznie nie lubie braku inteligencji (wiem, wiem jestem arogancki-gdzieś to już słyszałem i mało mnie to obchodzi). Ale nie lubię i nic na to nie poradzę.

    Jak wyjaśniam dwa posty wyżej, że mnie coś nie oburza, tylko mi się nie podoba a ktoś mi pisze, że mnie to coś oburza, to ja mogę tylko powiedzieć WTF? i rozłożyć ręce, bo prościej swej myśli wyrazić nie umiem i zakładam też, że nie + czasownik, jest konstrukcją powszechnie znaną.

    Natomiast nie będę twierdził, że nie wiem skąd się bierze taka argumentacja i te kilka już postów, w których mi ktoś próbuje udowodnić, że nie mogę mieć takiego zdania, jakie mam lub, że wynika ono z głębokich problemów mojej psychiki i mojego życia.
    Duża część gejów pojmuje świat w dwóch wymiarach. Po jednej stronie ciemność (katolicyzm, Kaczyński, Dulska, powściągliwość itd.), po drugiej jasność (lewica, wyzwolenie, otwartość w kwestii pup).
    W takiej logice, nie ma miejsca na niuanse czy na jakiś bardziej „własny” pogląd.
    Jesteś albo tu albo tam.
    Widzisz pupę w tekście i możesz albo się tą pupą obruszyć udowadniając swą dulszczyznę i przynależność do „ciemnej strony mocy” albo się zachwycić, udowadniając, że obcy ci jest wszelki konserwatyzm.

  • Peter Pan

    [Re: Moje (pra)gejowskie wigilie]

    P.S. Ogólnie to ja bardzo lubię pupy.
    Szczególnie te żeńskie. Tak, ta część ciała podoba mi się zdecydowanie bardziej u kobiet.
    Kiedy spędzam wakacje we Włoszech (bo w przeciwieństwie do Krzysia Z. nie jeżdżę do kraju kobiet-koni i rudych chłopców typu chav- Anglii), mogę godzinami patrzeć na to, jak tamtejsze lasencje wywijają tyłkiem (są w tym mistrzyniami świata) .

    Tylko, co za pech, jakoś moja opowieść nie cieszy się szczególnym uznaniem wśród osób LGBT:(
    Nikt mnie z jej powodu nie nazwał „wyzwolonym”, nie podziwiał mojej „radości życia”. A przecież wszyscy jesteśmy ludźmi i pupa jest zawsze pupą. Męska i damska.
    Czemu więc wspominając moje włoskie wakacje słyszę jedynie, że jestem „męskim szowinistą”, „seksistą”?

  • kapitalista

    [Re: Moje (pra)gejowskie wigilie]

    A ja tam zazdroszczę autorowi wspomnień. Jedyną , imprezą rodzinną, z której pamiętam fajny tyłek, jest jak pogrzeb.

  • ja też lubię pogrzeb .....

    [Re: Moje (pra)gejowskie wigilie]

    Pogrzeb tu … pogrzeb tam …. święta to piękny czas….

  • ojoj

    [Re: Moje (pra)gejowskie wigilie]

    No pięknie… tyłki, pogrzeby – to tak maja wyglądać święta? A może ten tekst to takie trochę świąteczne jaja… co prawda to nie Wielkanoc, ale jaja są zawsze pożywne. Ale warto też się zadumać nad względnością wszechrzeczy, co z artykułu wynika (bo tak to zrozumiałem) – a zatem autorowi i komentatorom wesolego świątecznego jajka!

  • Srulek Zylbersztajn

    [Re: Moje (pra)gejowskie wigilie]

    A ja mam pytanie: co było dalej z tym tyłkiem? co dalej z tymi ustami? Skorzystał Pan cokolwiek czy tylko popatrzył?

  • Twojeimię

    [Re: Moje (pra)gejowskie wigilie]

    oczami wyobrazni wiedze ten opiety welnianymi spodniami tylek jak pietrzy sie niczym dwie polowki dorodnego kaukaskiego arbuza …

  • haha

    [Re: Moje (pra)gejowskie wigilie]

    zabawnie napisane, zabawne komentarze – widać co ludzi rusza! :-)

  • d_biskupa

    [Re: Moje (pra)gejowskie wigilie]

    Swoją drogą to się ten nasz pan Krzysiu nazwiedzał świata w dzieciństwie. Gołym okiem widać, że pochodzi z porządnej nomenklaturowej rodziny. Tym bardziej nie mogę się doczekać, żeby stać się jej członkiem i zamieszkać z Krzysiem w Alei Róż! :)




Skomentuj: Srulek Zylbersztajn Anuluj odpowiedź

  

  

  

Obraz CAPTCHY

*

Możesz używać następujących tagów HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Pamiętaj: zamieszczając komentarze akceptujesz regulamin

napisz do nas: listy@homiki.pl

Homiki.pl. Czasopismo zarejestrowane w Sądzie Okręgowym Warszawa Praga pod nr 2372 więcej »
Nr ISSN: 1689-7595

Powered by WordPress & Atahualpa