W pogoni za (nie)lesbijką polską

Dawno, dawno temu, kiedy jeszcze istniał według jednych nieodżałowany, a według innych przereklamowany kabaret Barbie Girls, w przerwie między skeczami wygłaszałam czasami monolog zaczynający się od słów: „W życiu każdej kobiety przychodzi taka chwila, w której uświadamia sobie, że jest lesbijką”. Słowa te, choć niestety nieprawdziwe, mają rację bytu z pewnością dla jednej grupy osób – stałych czytelniczek i czytelników forum Kobiety-Kobietom. Bo oto nie ma dnia, w którym nie pojawiałaby się tam kolejna niewinna istota, czy to targana wątpliwościami, czy to całkiem pewna swojej lebijskości. Problem w tym, że o ile na dość proste pytanie „Jestem czy nie jestem?” ma szansę uzyskać w miarę jasną odpowiedź („Kup wino, zaproś ją, wrzuć branżowy film i daj się ponieść chwili”), o tyle zgłębianie potencjalnych składowych lesbijskiej tożsamości („Czy wyglądam lesbijsko?”, „Czy skoro miałam chłopaka, to mogę być lesbijką?”, „Co, jeśli nie mam lesdaru?”, „Jak rozpoznać inne lesbijki?”) wróży potencjalne kłopoty.

Przykład numer jeden: oto wśród lesbijek wyróżnia się „gwiazdy”, „ekskluzywne lesbijki”, które – w przeciwieństwie do pozostałych – nigdy, na żadnym etapie życia nie miały nic wspólnego z mężczyznami. Przynajmniej jeśli chodzi o seks czy pożądanie. Nie oznacza to wprawdzie, że pozostałe kobiety, które odkryły swoją orientację psychoseksualną już po tym, jak zdążyły wejść w relacje heteroseksualne, nie mają prawa określać się jako lesbijki – muszą się jednak liczyć z tym, że znajdą się osoby, które uznają je za mniej autentyczne czy wręcz niepożądane jak potencjalne partnerki. Charakterystyczny dla tego podejścia jest dość ambiwalentny stosunek do rozwódek. Bo o ile heteroseksualne fascynacje z lat nastoletnich można jeszcze „wytłumaczyć” presją społeczeństwa (ciekawe jest już to, że niektóre dyskutantki uznają, że w ogóle trzeba się z tego tłumaczyć), o tyle w związek małżeński wchodzą zazwyczaj osoby pełnoletnie, a co za tym idzie teoretycznie samoświadome i znające swoje potrzeby, tak więc ich nagły zwrot ku homoseksualności jest czymś co najmniej podejrzanym. Czyli: co uchodzi nastolatce, to w przypadku dorosłej kobiety jest już co najmniej dziwne. Tak jakby owa presja społeczna przestawała obowiązywać w momencie, w którym wchodzi się w dorosłość.

Przykład numer dwa: bycie lesbijką powinno teoretycznie warunkować jedynie wybór płci osoby, z którą się wiążemy – okazuje się jednak, że przeświadczenie, iż istnieje coś takiego jak homoseksualny styl życia czy homoseksualny światopogląd, nie jest jedynie domeną różnej maści homofobów (w wersji hard lub light). Forumowiczki Kobiety-Kobietom potrafią równie uparcie i wytrwale: argumentować za tym, że prawdziwa lesbijka musi być obowiązkowo „kobieca” (ba, czasami „męska” lesbijka uznawana jest za „niekobietę”, a więc również, niejako z automatu, za nielesbijkę; pytanie, kim jest druga – przyjmijmy, że „kobieca” – kobieta, która się z nią zwiąże, pozostawiam otwarte), jak i za tym, że, wręcz przeciwnie, powinna być „męska” (bo jako lesbijka z definicji odrzuca stereotypowe pojmowanie ról płciowych, a te „kobiece” lesbijki to w rzeczywistości eksperymentujące heteryczki); potępiać i poglądy obyczajowo konserwatywne (no bo jak można być lesbijką i wspierać homofobiczne ugrupowania), i liberalne (bo to wyraz egoizmu i przesadnej koncentracji na własnych sprawach); krytykować i zaangażowanie w działalność na rzecz naszych praw czy samo bycie wyoutowaną (jako niepotrzebne zwracanie na siebie uwagi, „obnoszenie się”), i brak aktywizmu jako takiego. Jeśli dodać do tego nierzadkie rozważania na temat naszych reprezentantek w mainstreamie, czy raczej (często sprzeczne) wymagania im stawiane, okazuje się, że bycie modelową lesbijką jest nie tyle skomplikowane, co niemożliwe – a to, co dla jednych będzie właśnie argumentem za ową modelowością, dla innych okaże się być argumentem przeciw.

Przykład numer trzy: dodatkowy kłopot wiąże się z istnieniem kobiet biseksualnych wraz z całym bagażem właściwych im stereotypów. Bo z jednej strony trudno jest zaprzeczyć, że pewnie zdarza się, iż deklarują się one jako lesbijki (bądź jako kobiety heteroseksualne), aby uniknąć oskarżeń o rozwiązłość, niezdecydowanie, nieumiejętność ułożenia sobie życia z osobą jednej płci i tak dalej, i temu podobne. Z drugiej strony momentami nie jest łatwo dostrzec granicę między byciem lesbijką a byciem biseksualistką, a nawet gorzej – owa granica wydaje się być tak naprawdę umowna i zależy tyleż od wyborów życiowych, co od deklaracji. A że niektóre panie owe deklaracje uznają nawet nie za problematyczne, co zwyczajnie złe i kłamliwe (wszak to nie jest tak, że możesz się określać, jak chcesz i czujesz – inne wiedzą lepiej, kim jesteś), to równie gorące debaty co sprawy wizerunkowe czy obyczajowe budzą kwestie przyporządkowania się do niewłaściwej kategorii. Bardzo wyraźnie widać to w dyskusjach o filmach, które, choć ich bohaterki identyfikują się jako lesbijki, opowiadają o lesbijkach nie do końca takich jak trzeba. Klasyczne już chyba „antylesbijskie” filmy to „W pogoni za Amy” i „Wszystko w porządku”. Pierwszy – bo bohaterka nie dość, że „została” lesbijką jedynie dlatego, że nie układało się jej z mężczyznami, to na dodatek jej lesbijskość nie przeszkadza jej przeżyć całkiem satysfakcjonującego romansu z mężczyzną; w finale wprawdzie „wraca” do kobiet, ale też nie jest do końca pewne, czy był to romans, czy coś na dłużej. Drugi – bo seks lesbijski wygląda w nim mało ekscytująco w porównaniu z seksem heteroseksualnym, któremu ni z tego, ni z owego oddaje się samozadeklarowana lesbijka. Oba – bo jakoby wspierają stereotyp, zgodnie z którym bycie lesbijką nie przeszkadza we wchodzeniu w relacje seksualne z mężczyznami. A nawet gorzej – pokazują, że każda lesbijka w gruncie rzeczy marzy o seksie z mężczyzną. Po prostu czyste zło.

Choć trudno traktować tego typu dyskusje do końca poważnie, to jednak nie da się ich tak do końca obśmiać czy po prostu zignorować. Bo pokazują, że samookreślnie czy poczucie przynależności jest dla wielu osób po prostu ważne. Oraz że – co już dobre parę lat temu zauważyła pierwsza polska lesbolożka Alicja Długołęcka – polskim lesbijkom zwyczajnie brakuje wzorców. I jako że w okresie uświadamiania sobie swojej tożsamości nie mają zazwyczaj szczęścia obserwować cioci Basi, która również jest lesbijką, podobnie jak pani Ania z kiosku i pani Małgosia, polonistka z podstawówki, to szukają siebie tam, gdzie od lesbijek Ań, Baś i Małgoś się roi – w Internecie. Problem polega na tym, że i u nas, podobnie jak na zgniłym Zachodzie, owe tożsamościowe debaty nie zaczęły się dziś czy wczoraj, a już kawał czasu temu, tak że znalezienie choćby jednego pytania, na które odpowiedź jest w miarę jednoznaczna i nie pociąga za sobą kolejnych, graniczy z cudem.

Weźmy chociażby na warsztat pytanie z początku tekstu – co to właściwie znaczy „lesbijka”? Definicja seksuologiczna – lesbijka to osoba odczuwająca pociąg seksualny wyłącznie w stosunku do kobiet (nie wiem, czy kobiety trans również wchodzą w grę); seksuologiczno-romantyczna – lesbijka to osoba wchodząca w głębokie relacje uczuciowe i seksualne wyłącznie z kobietami; indywidualistyczna – lesbijka to osoba dopuszczająca relacje seksualne z mężczyznami, ale nieokreślająca się jako biseksualna z uwagi na to, że nie uważa otwarcia na te relacje za istotny element swojej tożsamości; oparta na doświadczeniu – lesbijka to osoba wiążąca się wyłącznie z kobietami, która niespodziewanie dla samej siebie przeżywa zauroczenie płcią przeciwną, by po jakimś czasie uznać, że to była tylko faza i wrócić do kobiet.

Oczywiście to nie wszystkie możliwości. Jednak nawet te kilka opcji wróży potencjalne kłopoty (pierwsza – bo sprowadza orientację do seksu, druga – bo rozmywa kryteria, wszak miłość to rzecz trudno definiowalna), ale szczególnie problematyczne są trzecia i czwarta. Bo: czy fakt, że istnieją kobiety określające się jako lesbijki, a jednocześnie wchodzące (lub dopuszczające możliwość wejścia) w relacje seksualne z mężczyznami, unieważnia biseksualność jako taką? A może unieważnia istnienie lesbijek jako takich? Czy dwie osoby będące dokładnie w takiej samej sytuacji (np. w opartym na wyłączności wieloletnim związku z osobą tej samej płci) mogą się określać zupełnie inaczej? A co wtedy, gdy kobieta uważająca się za lesbijkę nagle z własnej i nieprzymuszonej woli ląduje w łóżku z facetem, a kobieta uważająca się za biseksualną przez całe życie funkcjonuje wyłącznie w związkach z kobietami? Czy to oznacza, że pierwsza TAK NAPRAWDĘ jest biseksualna, a druga TAK NAPRAWDĘ jest lesbijką? A może obie są biseksualne, tyle że ta druga po prostu nie spotkała mężczyzny, w którym mogłaby się zakochać (który by ją pociągał), a spotkała za to ileś tam kobiet, które ją zauroczyły? Co tak naprawdę przesądza o naszej orientacji – deklaracje, wybory życiowe, przypadek?

Do tego dochodzi jeszcze kwestia unieważnienia tożsamości. Wspomniałam już o stereotypach wokół kobiet, które zdały sobie sprawę, że pociągają je inne kobiety po tym jak zdążyły już sobie ułożyć życie z mężczyzną, odchować dzieci, spłacić kredyt mieszkaniowy i tak dalej. Całkiem sporo osób uważa, że nie mogą one tak po prostu deklarować się jako lesbijki, skoro przez tyle lat uważały się za (były?) heteroseksualne. Że dostępna jest dla nich wyłącznie etykietka „biseksualna” i że może odpuściłyby sobie uwodzenie biednych lesbijek (tych prawdziwych, czy może „prawdziwych”), bo i tak skończy się na tym, że zostawią je dla mężczyzny. Z budzącym spore kontrowersje wśród lesbijek właśnie filmem „Wszystko w porządku” mamy w gruncie rzeczy podobny problem – otóż okazuje się, że Jules nie powinna już aspirować do grona lesbijek po tym jak pokazała, że może i z facetem, i to jak.

Oczywiście odpowiedź na owe dylematy można znaleźć w całkiem ostatnio popularnej teorii płynnej seksualności, której czołową orędowniczką jest Lisa M. Diamond. Choć doceniam wszystkie badaczki, które poświęciły lata na studiowanie, gdzie się lesbijka kończy, a gdzie zaczyna, to obawiam się, że stwierdzenie, jakoby kobieta na pewnym etapie życia mogła być pewną swej lesbijskości lesbijką, a na innym być biseksualna czy heteroseksualna, nie zamyka dyskusji i nie sprawia, że wszelkiej maści poszukiwaczki najprawdziwszej z prawdziwych lesbijek z automatu uznają, że takowa po prostu nie istnieje. Wszak istnieje, a jest to owa ekskluzywna, myślą o mężczyźnie nieskażona. A co z tymi skażonymi, które jednak zgrzeszyły nie uczynkiem, a jedynie myślą? A co z tymi, co zgrzeszyły uczynkiem, ale jedynie z prostej ciekawości, z nudów, z powodu presji społecznej, nieszczęśliwego romansu z kobietą czy z jeszcze innego powodu, ale jakoś nie zachwiało to ich poczuciem tożsamości? I co w końcu z tymi, które nie zgrzeszyły ani pożądliwą myślą, ani uczynkiem, ale i tak odmawiają określania siebie jako lesbijki (i w jakikolwiek inny sposób)?

I tak dyskusję można toczyć w nieskończoność. Nawet nie zahaczając o tak „istotne” kwestie jak „lesbijski” wygląd czy światopogląd. Zapraszam do kontynuacji. Również nielesbijki, niegejów i niebiseksualistó.

Autorzy:

zdjęcie Ewa Tomaszewicz

Ewa Tomaszewicz

Ewa Tomaszewicz – rocznik ’77, założycielka bloga http://trzyczesciowygarnitur.blogspot.com, współtwórczyni kabaretu Barbie Girls. Dziennikarka. Niezrzeszona, wspiera tych, których lubi. Muzyka: (polityczny) folk (kobiecy), prasa: tylko w internecie, książki: oprócz Winterson czeka na Rawińską, marzenie: Michigan Womyn’s Music Festival, wyznanie: SEO.

19 komentarzy do:W pogoni za (nie)lesbijką polską

  • Peter Pan

    [Re: W pogoni za (nie)lesbijką polską]

    Zupełnie nie rozumiem o czym jest ten artykuł i czytając go, nie mogłem przestać myśleć o tytule pewnego filmu: „Baby są jakieś inne”.
    Oj, są.
    W przypadku mężczyzn, sprawa jest prosta. Kiedy chłopiec odkrywa, że ptaszek służy nie tylko do sikania i zaczyna uprawiać ulubiony „sport” każdego nastolatka, to myśli przy tym o kobietach, o mężczyznach lub czasem o kobietach a czasem o mężczyznach.
    To jest właśnie orientacja.

    Załóżmy nawet, że u kobiet tożsamości nie są takie stałe. W końcu o wiele więcej „heteryczek”, niż „heteryków” eksperymentuje z płcią własną, więc pewnie coś tu jest na rzeczy.
    Tylko nie bardzo rozumiem, czemu zderzenie czyjejś tożsamości z reakcjami na nią, miałoby unieważniać lub choćby poddawać w wątpliwość tę tożsamość?
    To, że część lesbijek uważa kobietę, która miała kiedyś kontakt z mężczyzną (a mogła go mieć np. z powodu presji społecznej) za dotkniętą samczym trądem, nie świadczy o żadnej „płynności tożsamości”; nie stawia żadnego znaku zapytania nad tożsamością tejże kobiety, jako lesbijki.
    Jest to wyłączny problem tych lesbijek, które myślą w ten sposób. Ten problem nazywa się mizoandria.

  • Jakbyco

    [Re: W pogoni za (nie)lesbijką polską]

    Nieco obok tematu:

    „nierzadkie rozważania na temat naszych reprezentantek w mainstreamie”

    Przepraszam, kogo??? A jakie to mamy reprezentantki?

    A na temat – bogowie, jak dobrze, że nigdy nie skalałam się zajrzeniem na tego typu forum. Ile mają lat osoby zastanawiające się dziś jeszcze, czy lesbijka w spódnicy to lesbijka oraz czy lesbijka która spała z facetem to lesbijka?

    Dla mnie kluczowy jest aspekt tego, kto jak się sam definiuje, ale może ja to jakaś dziwna jestem…

  • Absolutely Fabulous

    [Re: W pogoni za (nie)lesbijką polską]

    Odpowiedź na „obok tematu” – chodzi o rozważania na temat kobiet niehetero, które pokazują się w mediach, dają swoje twarze na plakaty itd., itp. Parę ich jest.

    Ila mają lat te osoby? Nie mam pojęcia, ale jako że obserwuję je od lat, to zakładam, że całkiem sporo;P

  • Jakbyco

    [Re: W pogoni za (nie)lesbijką polską]

    A, o to chodzi.
    Hm. Tu chyba był nawet kiedyś jakiś tekst (Anki Zet może) na temat oczekiwań stawianych tym reprezentantkom.

  • Kasia

    [Re: W pogoni za (nie)lesbijką polską]

    Wydaje mi się, że problemem jest sama konieczność szukania wzorca.

    Po pierwsze, osoby homoseksualne budują „wzorce” czy wyobrażenia na temat swojej orientacji w oparciu o bardzo ograniczoną pulę osób tzn. homoseksualistów w kręgu ich znajomości, czyli grupy rzadko przekraczającej kilka osób. Przy tak małej grupie łatwiej stworzyć stereotypy i wyciągnąć generalizujące wnioski. Możliwe, że jeżeli dana osoba, miałaby przed sobą całe spektrum osobowości, nie miałaby w ogóle pokusy uogólniania, zdając sobie sprawę z tego, jak płonne to zadanie.

    Inna rzecz, która przychodzi mi na myśl, to chęć podkreślenia własnej tożsamości wewnątrz danej grupy i pojmowanie własnej orientacji w kategorii wartości, wg tej idei inna droga do homo/bi/seksualizmu=umniejszanie wartości mojej drogi. Jest to poniekąd zrozumiałe – wydaje mi się, że szykanowane grupy mają tendencję do mitologizacji aspektów czy cech, które powodują owe szykany. Tak więc mam nieodparte wrażenie, że lesbijki rekompensują sobie trudną sytuację uznając się za lepsze od heteroseksualistek, nie wspominając o bi. Podobnie w rozmowach między sobą wywyższają swoje przekonania lesbijskie ponad przekonania innych, traktując inne poglądy jako osobistą obrazę.

    I tu jest pies pogrzebany – czy istnieje coś takiego jak przekonania, poglądy lesbijskie? Pewne kwestie są odbierane osobiście i światopoglądowo, tymczasem wydaje mi się, że należą bardziej do sfery faktów, historii, a nie do sfery opinii i poglądów, zatem nie powinny właściwie stanowić przedmiotu dyskusji, która ocenia czy wartościuje.

    Nie śledzę dokładnie homików, także proszę wybaczyć, jeżeli powtarzam argumenty z innych dyskusji.

  • Absolutely Fabulous

    [Re: W pogoni za (nie)lesbijką polską]

    @Kasia
    Zgadzam się i mam wrażenie, że o tym (między innymi) piszę w tym tekście (i sporo na blogu). Kłopot polega też na tym, że owe wewnętrzne stereotypy są „dziedziczone” (chociażby za pośrednictwem takich forów jak KK), co nie ułatwia racjonalnego ich przerobienia. I tak kolejne osoby wpasowują się w schemat, że nie wystarczy być lesbijką/bi/whatever, trzeba być jeszcze JAKĄŚ lesbijką/bi/whatever. A stąd już tylko krok do piętnowania „nietakich” (osób, filmów, wystaw, czegokolwiek).

  • Peter Pan

    [Re: W pogoni za (nie)lesbijką polską]

    @ Absolutely

    Ale jak można nie być „jakąś” lesbijką?
    Nie prowokuję, tylko pytam całkiem serio.
    Tożsamość zawsze powstaje w jakiejś relacji z Innym i zawsze wyznacza granicę pomiędzy mną a nim.
    Nie można być „po prostu kobietą”, „po prostu lesbijką”. W rzeczywistości są tylko „jakieś” kobiety i „jakieś” lesbijki.

  • Absolutely Fabulous

    [Re: W pogoni za (nie)lesbijką polską]

    „Jakąś” w sensie „jakąś konkretną”. Z pakietem światopoglądowym i/lub wyglądowym, odpowiednią przeszłością i sposobem myślenia. Tyle że ów pakiet nie istnieje, a może raczej istnieje, tylko że dla każdej jest inny. I tu jest problem, bo owa inność nie zawsze mieści się w granicach akceptowalnej (dla pozostałych innych) lesbijskości. Stąd bezsensowne tendencje unifikujące.

  • Kasia

    [Re: W pogoni za (nie)lesbijką polską]

    @AF
    to prawda, i nie widzę możliwości rozwiązania problemu, dopóki homoseksualiści nie staną się na tyle widoczni, że niezauważalni.
    Z drugiej strony, trochę rozumiem mechanizm. Ładnych parę lat temu, kiedy internet nie był jeszcze tak powszechny, a ja odkrywałam swoją tożsamość, homoseksualiści kojarzyli mi się tylko i wyłącznie z nagimi, ostentacyjnie seksualnymi, dziwnie poprzebieranymi facetami (lesbijki w ogóle nie istniały). Doprowadzało mnie to do rozpaczy, że oto ja przynależę do tej grupy, chociaż nie utożsamiam się absolutnie z jej zachowaniami. Co więcej, wiedziałam, że inni też mieli takie utarte wyobrażenie, o co miałam lekki żal do panów z parad :) Myślę, że podobnie jest teraz, na zasadzie, że takie a takie postępowanie psuje opinię homo, psuje „moją” opinię jako homo.

    Oczywiście, obiegowe opinie są funta kłaków warte, jednak masa ludzi przejmuje się zbytnio opiniami innych i chyba nic tego nie zmieni. Mam też niejasne przekonanie, że takie dylematy tyczą się głównie osób niewyoutowanych, którym przeszkadza stereotyp, ale nie mogą go aktywnie zwalczać swoją osobą, bo boją się wyoutowania obok wizerunku lesbijki, które same sobie stworzyły. I kółko się zamyka.

    @Peter
    Dlaczego myślisz, że ktoś buduje swoją tożsamość przez pryzmat orientacji? Określają mnie np moje zainteresowania, poglądy, relacje z ludźmi, uczucia. Jeżeli miałabym pisać notkę biograficzną na swój temat (co z pewnością nastąpi:), to nie wpisałabym tam „butch lesbijka” czy „femme lesbijka”, bo nie to mnie określa. „Lesbijka” – jak najbardziej, bo ma to wpływ na moje życie, przemyślenia i wybory, ale tylko tyle i aż tyle.

  • Peter Pan

    [Re: W pogoni za (nie)lesbijką polską]

    @ Kasia i Absolutely

    Nasza tożsamość składa się z różnych elementów i zazwyczaj wybieramy (czasem pod wpływem okoliczności, czasem całkiem autonomicznie), które spośród nich są dla nas ważne a które nie.
    Jak się mówi, że nie ma znaczenia to, jaką się jest lesbijką, tylko to, że się jest „jakąś lesbijką”, to się w gruncie rzeczy komuś narzuca, żeby swoją tożsamość psychoseksualną uważał za istotniejszą niż płciową.
    To trochę tak, jakby powiedzieć: dajmy sobie spokój z tym, czy jesteśmy Polakami czy Włochami lub Niemcami. Ważne, że jesteśmy „jakimiś Europejczykami”.
    Ksenofobia jest czymś, co może wystąpić, jako skutek uboczny narodowej tożsamości, ale nie jest z nią jednoznaczna. Tak, jak identyfikowanie się jako femme/butch nie oznacza automatycznie braku szacunku dla „drugiej strony”.

    A tak poza tym, wciąż czytam jakieś mroczne opowieści o wzajemnych animozjach w ramach grupy LGBT, ale powiem szczerze, że w realu nigdy w jakiś mocny sposób ich nie doświadczyłem. Mój kontakt z tzw. „środowiskiem” ogranicza się do kilku znajomych, ale oni też mają swoich znajomych, więc ileś osób LGB poznałem (T niestety jeszcze nie miałem okazji).
    Czy nie jest tak, że tu się trochę podnosi poszczególne, pojawiające się w życiu reakcje, objawiającą się czasem ludzką małość do rangi jakichś ogólnych niechęci?

  • Jakbyco

    [Re: W pogoni za (nie)lesbijką polską]

    „Mam też niejasne przekonanie, że takie dylematy tyczą się głównie osób niewyoutowanych, którym przeszkadza stereotyp, ale nie mogą go aktywnie zwalczać swoją osobą, bo boją się wyoutowania obok wizerunku lesbijki, które same sobie stworzyły. I kółko się zamyka.”

    Nie do końca się zgodzę. Jak sama napisałaś wcześniej, ludzie kierują się opiniami innych o sobie, często w stopniu, jaki można byłoby uznać za „przesadny”. I taka wyoutowana lesbijka pięć razy się zastanowi czy np. założyć spodnie, bo wszyscy, którzy ją znają jako lesbijkę na pewno od razu pomyślą „no tak, nosi gacie, bo lesba”. I nieważne, że nikt tak nie pomyśli, ona nie chce wpaść w pułapkę stereotypu, więc zakłada spódnicę. I wtedy sobie myśli, że wszystkie osoby LGBT, jakie zna, stwierdzą, że ona „usiłuje ukryć swoja orientację”. Więc w końcu w rozpaczy wychodzi goła na ulicę ;) . Przerysowałam, oczywiście, ale ponieważ nieobce były mi takie dylematy, wiem, że coś może być na rzeczy również u osób wyoutowanych.

    Ale te wszystkie kwestie „kto może nazywać się lesbijką i z iloma facetami można pójść do łóżka żeby jeszcze lesbijką być” są dla mnie nie do ogarnięcia. Takie problemy maja chyba tylko osoby zafiksowane na szufladkach – i dla siebie, i dla innych. Które alergicznie nie mogą znieść, że ktoś ma inną definicję szufladki x, albo że wręcz nie życzy sobie żadnej szufladki.

    Ludzie to lubią sobie utrudniać życie…

  • Beata

    [Re: W pogoni za (nie)lesbijką polską]

    Tak już jest, że życie przerasta różne scenariusze i wyobrażenia. Powiedzieć można: ile lesbijek, tyle historii. I moim zdaniem same historię są fascynujące, a nie to, w ilu procentach ktoś jest lub nie jest homo/hetero.
    PS A tak z ciekawości dwa pytania do Autorki:
    1) Co to jest wyznanie SEO?
    2) Może nastąpi jakaś reaktywacja kabaretu?
    Pozdrawiam.

  • Kasia

    [Re: W pogoni za (nie)lesbijką polską]

    @PeterPan

    oczywiście, że identyfikacja nie oznacza braku szacunku. Jednak klasyfikowanie czegoś/kogoś polega na wyodrębnieniu pewnych elementów, które różnią. Różnicowanie często prowadzi zaś do wartościowania i podkreślania poczucia odrębności. Trochę kojarzy mi się to z podziałem ludzi na rasy – oczywiście, że ludzie się różnią i nie ma w tym nic wstydliwego, że ja należę do rasy białej, a ktoś np. do czarnej. Nie zmienia to faktu, że istnieje wielu ludzi, którzy przypisują wartości swojej rasie tylko dlatego, że do niej należą, więc musi być lepsza niż inne.

    W przypadku lesbijek nie musi tak być, bo zdecydowanie więcej nas łączy niż dzieli. Sytuacja jest o tyle inna, że bardzo silną wspólną częścią jest orientacja, często podobne dylematy czy problemy, wobec których wewnętrzne różnice są drobnostką i nie są one wcale tak jaskrawe, jak mogłoby się wydawać. Jeśli już mam iść za Twoją analogią, to bardziej (choć z niechęcią) mówiłabym o narodzie i grupach etnograficznych.

    „(…)żeby swoją tożsamość psychoseksualną uważał za istotniejszą niż płciową. „
    Hm, nie wiem, czy dobrze rozumiem, ale nikt nie wątpi, że lesbijki uważają się za kobiety. Inaczej byłby transseksualistkami, a nie lesbijkami. Natomiast czuć się kobietą można na wiele sposobów, niekoniecznie mieszcząc się w tradycyjnie pojmowanej kobiecości. Wydaje mi się, że wiele kobiet hetero odczuwa kobiecość jako stan naturalny, nie zastanawia się nad nią. Wiele lesbijek zaś czuje potrzebę potwierdzenia tego, że są kobiece, zamiast stwierdzić, że takie są, bo czują się kobietami i już.

    @Jakbyco
    Dlatego napisałam „wydaje mi się” :) . Uważam, że Twój przykład wcale nie jest mentalnie tak bardzo przerysowany, jak by się mogło wydawać. Wydaje mi się też, że może to wynikać z poczucia, że homo muszą zapracować grzecznym zachowaniem na „przywileje” równości (?).

    Dodam, że takie poglądy spotykam prawie tylko w sieci, może dlatego, że są w niej unikalne miejsca do spotkań ludzi, gdzie w pewnym sensie jedynym łączącym ich tematem jest ich orientacja. Ale to znów tylko przypuszczenia.

  • Absolutely Fabulous

    [Re: W pogoni za (nie)lesbijką polską]

    @Beata
    SEO = search engine optimisation (pozycjonowanie pod wyszukiwarki). Parę lat temu dla większości osób zajmujących się mniej lub bardziej zawodowo internetem była to niemal religia. Tak że sobie zostawiłam, bo „ateistka” brzmi zbyt banalnie.

    Kabaret już się raczej nie reaktywuje. Chyba że na jakąś specjalną okazję. Ale oczywiście jesteśmy otwarte na propozycje:)

  • Peter Pan

    [Re: W pogoni za (nie)lesbijką polską]

    @ Kasia

    Ale ja właśnie nie wierzę, że istnieje możliwość nieklasyfikowania, niewyodrębniania i nieróżnicowania.
    Może zdarzają się takie przypadki, jak ten, o którym pisze Jakbyco. Jednak najczęściej to, jak się ubieramy, jak się poruszamy, co lubimy, jest jakąś, co najmniej pochodną, jeśli nie wręcz manifestacją naszej osobowości.

    Dyskusje na temat zniewieściałych i męskich gejów oraz męskich i kobiecych lesbijek, to pewien rytuał środowiska LGB, który zawsze kończy się tym samym.
    Rozsądną konstatacją: nie mówmy o tym, czy jesteśmy butch czy femme, przecież wszystkie jesteśmy lesbijkami.
    Moim zdaniem to naiwność.
    Z reguły wytatuowana lesbijka w adidasach nie ubiera się tak dlatego, że ktoś jej przez przypadek walnął dziarę a koleżanka zabrała jej buty na obcasie. Podobnie, kobieca lesbijka, nie robi sobie makijażu dlatego, że się jej nudziło, więc sobie postanowiła zrobić tapetę.
    One obie COŚ wyrażają i to COŚ jest dla nich zapewne istotne. Myślę, że najuczciwiej by było, gdyby ludzie potrafili mówić więcej na temat tego, czemu sami lubią taki styl, jaki lubią, zamiast oskarżać tych, który mają inny. Ale myślę, że tworzeniem sztucznej jedności się tego nie osiągnie. „Lesbijka a nie jakaś lesbijka” to urawniłowka a ta się nigdy dobrze nie kończy.

    Inną kwestią są spory o wcześniejsze doświadczenia z mężczyznami. Jeśli ktoś ma z tym aż taki problem, to znaczy, że cierpi na mizoandrię. Dokładnie tak, jak mizoginem jest gej, który ma problem z tym, że ktoś kiedyś spał z kobietą. Tylko tak się jakoś dziwnie składa, że niektórym, w tym drugim wypadku właściwe słowo samo ciśnie się na usta, podczas gdy w pierwszym, nie zostaje niemal nigdy wypowiedziane.

  • Lateksowa Transetka

    [Re: W pogoni za (nie)lesbijką polską]

    pisze się gejka, nie lesbijka.

  • ironic

    [Re: W pogoni za (nie)lesbijką polską]

    czy forumowiczki kk to jednorodna kategoria, ze zostaly tu potraktowane zbiorczo jako te, ktorych dotycza jakies slowa albo te, ktore cos tam wytrwale argumentuja? i dlaczego autorka nie bierze udzialu w dyskusjach skoro jak widac bardzo ja inspiruja i nie moze ich jednak tak do konca obsmiac czy tez zignorowac?;)))))))

  • Absolutely Fabulous

    [Re: W pogoni za (nie)lesbijką polską]

    Jak widać, jest to kategoria wybitnie niejednorodna, inaczej tekst by nie powstał:)

    Tylko skąd pomysł, że się na KK nie udzielam? Zaryzykowałabym stwierdzenie, że jestem jedną z osób o najdłuższym stażu.




Skomentuj

  

  

  

Obraz CAPTCHY

*

Możesz używać następujących tagów HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Pamiętaj: zamieszczając komentarze akceptujesz regulamin

napisz do nas: listy@homiki.pl

Homiki.pl. Czasopismo zarejestrowane w Sądzie Okręgowym Warszawa Praga pod nr 2372 więcej »
Nr ISSN: 1689-7595

Powered by WordPress & Atahualpa