- homiki.pl - http://homiki.pl -

Ile zależy od nas?

[1]

W swoim tekście „Lesbijka na drzewie” Yga Kostrzewa pyta o strategie funkcjonowania w rodzinie i dalszej rodzinie par jednopłciowych. I chociaż zwraca uwagę, że zależy to od tego, na ile krewni każdego partnera czy partnerki „uznają” związek – czyli jak rozumiem, wiedzą o nim i akceptują go – myślę, że niewystarczającą wagę przykłada właśnie nie tyle do nastawienia nas, par, co do nastawienia naszych rodzin. A to właśnie one mają moim zdaniem większy wpływ na strategie naszego funkcjonowania niż my sami (naturalnie przy pierwszym, podstawowym założeniu, że nie robimy z naszych związków tajemnicy). Nasze działania nie na wiele się zdadzą, jeśli trafiają w zupełną pustkę, a mogą przynieść fantastyczne owoce, jeśli trafią na podatny grunt. Przykład poniżej.

Reakcja mojej rodziny biologicznej (rodziców, rodzeństwo wyłączam z obrazu) na mój coming out była zestawem szoku, agresji, odrzucenia, próby samobójczej, odcięcia kontaktu, połowicznego kontaktu, pomijania tematyki mojego życia rodzinnego w okazjonalnych rozmowach, zakazu kontaktów z dalszą rodziną i innych tego typu atrakcji. Wielu naukowców badających reakcje matki i ojca na wiadomość, że dziecko jest nieheteroseksualne, przywołuje analogię z wiadomością o śmierci. Reakcje rodziców powielają zazwyczaj, mniej lub bardziej dokładnie, schemat: szok – zaprzeczenie – gniew – targowanie się – depresja – akceptacja, przy czym nikt chyba jeszcze nie zbadał, ilu rodziców przechodzi przez cały ten proces (por. Homoseksualność w rodzinie, str. 51-73). Analogia ta wydaje mi się niezwykle trafna, szczególnie zaś pasuje do reakcji w rodzinie, gdzie coming out trafił nie tylko na podłoże wielkich nadziei wiązanych z dzieckiem, ale również światopoglądu wykluczającego akceptację homoseksualności (czy, jak w tym przypadku, biseksualności).

W takiej sytuacji podejmowane przez wiele lat próby „wprowadzenia” partnerki do mojej rodziny spełzają na niczym. A właściwie trafiają w próżnię wielkiego, bezwarunkowego „NIE”. Ja – tak; ja w związku, mówiąca o swoim życiu rodzinnym – nie. Ja przyjeżdżająca z partnerką na święta – tak zupełnie niewyobrażalne, że przekraczające wszelkie granice.

Cóż, nadaję się może na Don Kichota, ale nie na wszystkich polach. Poza tym postanowiłam uszanować prawo moich rodziców do własnych poglądów – w końcu są dorośli. Ja ponoszę konsekwencje moich życiowych wyborów, oni swoich – bo przecież też cierpią. Ale walczyć z wiatrakami już nie będę, trudno.

Tymczasem na zupełnie inny grunt trafiły nasze próby „uzewnętrznienia” związku i umiejscowienia go w ramach rodziny w przypadku mojej rodziny nie-biologicznej, czyli krewnych mojej partnerki. Na samym początku warto wspomnieć, że kiedy moją partnerkę poznałam, była już kilka ładnych lat po rodzinnym coming oucie, więc drobne zawirowania (warto podkreślić, że drobne i zupełnie nieporównywalne z reakcją w mojej rodzinie) z tym związane mnie ominęły. W tym przypadku nie musiałyśmy wkładać praktycznie żadnego wysiłku w to, by „budować” nasz wizerunek jako pary, „wypracowywać” pozycję czy „walczyć” o akceptację.

Niemniej jednak kiedy porównuję doświadczenia wielu naszych znajomych par jednopłciowych, nasza sytuacja rodzinna jest dość niezwykła i do dziś nie przestaje mnie zadziwiać. Wszystkie etapy relacji z moimi teściami, od pierwszej wizyty i obiadu (kwiaty obowiązkowo!), przez rewizyty, wspólne święta, pomoc w remontach czy przeprowadzce, po spędzanie razem wakacji, przechodzimy w tak naturalny sposób, że aż chciałoby się tu powiedzieć “jakbyśmy były parą hetero”. Porównań nie da się uniknąć, szczególnie, że brat mojej partnerki ze swoją żoną tworzą stadło jak najbardziej heteryckie, na dodatek z przychówkiem. Zostałam kolejną córką i wnuczką, tak samo, jak moja szwagierka.

Co mnie jednak zawsze najbardziej uderza, kiedy spojrzę niejako „z zewnątrz” na naszą rodzinę? To, że moi teściowie (o których mówię „rodzice”) oraz babcia mojej partnerki (do której mówię „babciu”) nie mają najmniejszego problemu z reprezentowaniem nas na zewnątrz, czy to wobec dalszej rodziny – z którą mamy bardzo dobre relacje – czy wobec znajomych, czy też obcych. Owszem, jestem świadoma, że osobom z pokolenia teściów brakuje słownictwa, swobody językowej, nie czują się komfortowo ze słowem „partnerka”, nie mówiąc już „żona”. Ale kiedy, zabierana na wszystkie spotkania towarzyskie i imprezy, z „koleżanki” zmieniłam się w „przyjaciółkę” ich córki, mało nie pękłam z dumy, że prawie 60-letni państwo dokonali u siebie takiej rewolucji językowej.

Rodzinę moją i mojej partnerki odróżniają nie tylko kwestie światopoglądowe. Dla moich teściów najważniejsze pod słońcem jest, by ich dziecko było szczęśliwe. W „Smażonych zielonych pomidorach” Fannie Flagg jest taki fragment, który zawsze wyciska mi łzy z oczu. Rok 1928. Matka jednej z bohaterek, zbuntowanej dwudziestolatki, mówi do młodej kobiety, która po wielu perypetiach pojawia się w ich domu i chce z jej córką stworzyć związek: Chcielibyśmy z tatą, byś wiedziała, że od dziś traktujemy cię jak członka naszej rodziny. Jesteśmy ogromnie szczęśliwi, że nasza córeczka będzie miała taką wspaniałą towarzyszkę życia. Od lat jestem w mojej przybranej rodzinie karmiona takim właśnie przekazem. Najwyraźniej spełniłam oczekiwania moich teściów wobec osoby, z którą ich dziecko ma być szczęśliwe.

Dwa przypadki przeze mnie opisane to oczywiście przypadki ekstremalne. Fakt, że przytrafiły się jednej osobie, to chyba rzadki zbieg okoliczności, niemniej jednak na pewno znana jest Wam większość z opisywanych tu relacji, reakcji, powiązań. Dlatego apeluję – próbujcie, ale jeśli mimo powtarzających się i podejmowanych z dobrymi intencjami wysiłków nie udaje się stworzyć normalnego życia rodzinnego, nie spalajcie się w tych działaniach. Każdy, również Wasi rodzice i Wasze rodziny, ma prawo do tego, by być nieszczęśliwy. Wasze szczęście nie powinno od tego zależeć. Zaś jeśli macie tyle szczęścia, co ja, to wybaczcie patos, ale – doceniajcie każdą minutę, bo zostaliśmy obdarowani czymś naprawdę niecodziennym.

[Fragment z książki „Smażone zielone pomidory” – tłumaczenie własne autorki]


Autorzy:

zdjęcie Uschi

Uschi „Sass” Pawlik [2]

Tłumaczka z zawodu, korektorka z powołania. Ma kota na punkcie kotów. Pasjonują ją zagadnienia [trans]genderowe, kwestie rodzin LGBTQ i feminizm.