Ile zależy od nas?

W swoim tekście „Lesbijka na drzewie” Yga Kostrzewa pyta o strategie funkcjonowania w rodzinie i dalszej rodzinie par jednopłciowych. I chociaż zwraca uwagę, że zależy to od tego, na ile krewni każdego partnera czy partnerki „uznają” związek – czyli jak rozumiem, wiedzą o nim i akceptują go – myślę, że niewystarczającą wagę przykłada właśnie nie tyle do nastawienia nas, par, co do nastawienia naszych rodzin. A to właśnie one mają moim zdaniem większy wpływ na strategie naszego funkcjonowania niż my sami (naturalnie przy pierwszym, podstawowym założeniu, że nie robimy z naszych związków tajemnicy). Nasze działania nie na wiele się zdadzą, jeśli trafiają w zupełną pustkę, a mogą przynieść fantastyczne owoce, jeśli trafią na podatny grunt. Przykład poniżej.

Reakcja mojej rodziny biologicznej (rodziców, rodzeństwo wyłączam z obrazu) na mój coming out była zestawem szoku, agresji, odrzucenia, próby samobójczej, odcięcia kontaktu, połowicznego kontaktu, pomijania tematyki mojego życia rodzinnego w okazjonalnych rozmowach, zakazu kontaktów z dalszą rodziną i innych tego typu atrakcji. Wielu naukowców badających reakcje matki i ojca na wiadomość, że dziecko jest nieheteroseksualne, przywołuje analogię z wiadomością o śmierci. Reakcje rodziców powielają zazwyczaj, mniej lub bardziej dokładnie, schemat: szok – zaprzeczenie – gniew – targowanie się – depresja – akceptacja, przy czym nikt chyba jeszcze nie zbadał, ilu rodziców przechodzi przez cały ten proces (por. Homoseksualność w rodzinie, str. 51-73). Analogia ta wydaje mi się niezwykle trafna, szczególnie zaś pasuje do reakcji w rodzinie, gdzie coming out trafił nie tylko na podłoże wielkich nadziei wiązanych z dzieckiem, ale również światopoglądu wykluczającego akceptację homoseksualności (czy, jak w tym przypadku, biseksualności).

W takiej sytuacji podejmowane przez wiele lat próby „wprowadzenia” partnerki do mojej rodziny spełzają na niczym. A właściwie trafiają w próżnię wielkiego, bezwarunkowego „NIE”. Ja – tak; ja w związku, mówiąca o swoim życiu rodzinnym – nie. Ja przyjeżdżająca z partnerką na święta – tak zupełnie niewyobrażalne, że przekraczające wszelkie granice.

Cóż, nadaję się może na Don Kichota, ale nie na wszystkich polach. Poza tym postanowiłam uszanować prawo moich rodziców do własnych poglądów – w końcu są dorośli. Ja ponoszę konsekwencje moich życiowych wyborów, oni swoich – bo przecież też cierpią. Ale walczyć z wiatrakami już nie będę, trudno.

Tymczasem na zupełnie inny grunt trafiły nasze próby „uzewnętrznienia” związku i umiejscowienia go w ramach rodziny w przypadku mojej rodziny nie-biologicznej, czyli krewnych mojej partnerki. Na samym początku warto wspomnieć, że kiedy moją partnerkę poznałam, była już kilka ładnych lat po rodzinnym coming oucie, więc drobne zawirowania (warto podkreślić, że drobne i zupełnie nieporównywalne z reakcją w mojej rodzinie) z tym związane mnie ominęły. W tym przypadku nie musiałyśmy wkładać praktycznie żadnego wysiłku w to, by „budować” nasz wizerunek jako pary, „wypracowywać” pozycję czy „walczyć” o akceptację.

Niemniej jednak kiedy porównuję doświadczenia wielu naszych znajomych par jednopłciowych, nasza sytuacja rodzinna jest dość niezwykła i do dziś nie przestaje mnie zadziwiać. Wszystkie etapy relacji z moimi teściami, od pierwszej wizyty i obiadu (kwiaty obowiązkowo!), przez rewizyty, wspólne święta, pomoc w remontach czy przeprowadzce, po spędzanie razem wakacji, przechodzimy w tak naturalny sposób, że aż chciałoby się tu powiedzieć “jakbyśmy były parą hetero”. Porównań nie da się uniknąć, szczególnie, że brat mojej partnerki ze swoją żoną tworzą stadło jak najbardziej heteryckie, na dodatek z przychówkiem. Zostałam kolejną córką i wnuczką, tak samo, jak moja szwagierka.

Co mnie jednak zawsze najbardziej uderza, kiedy spojrzę niejako „z zewnątrz” na naszą rodzinę? To, że moi teściowie (o których mówię „rodzice”) oraz babcia mojej partnerki (do której mówię „babciu”) nie mają najmniejszego problemu z reprezentowaniem nas na zewnątrz, czy to wobec dalszej rodziny – z którą mamy bardzo dobre relacje – czy wobec znajomych, czy też obcych. Owszem, jestem świadoma, że osobom z pokolenia teściów brakuje słownictwa, swobody językowej, nie czują się komfortowo ze słowem „partnerka”, nie mówiąc już „żona”. Ale kiedy, zabierana na wszystkie spotkania towarzyskie i imprezy, z „koleżanki” zmieniłam się w „przyjaciółkę” ich córki, mało nie pękłam z dumy, że prawie 60-letni państwo dokonali u siebie takiej rewolucji językowej.

Rodzinę moją i mojej partnerki odróżniają nie tylko kwestie światopoglądowe. Dla moich teściów najważniejsze pod słońcem jest, by ich dziecko było szczęśliwe. W „Smażonych zielonych pomidorach” Fannie Flagg jest taki fragment, który zawsze wyciska mi łzy z oczu. Rok 1928. Matka jednej z bohaterek, zbuntowanej dwudziestolatki, mówi do młodej kobiety, która po wielu perypetiach pojawia się w ich domu i chce z jej córką stworzyć związek: Chcielibyśmy z tatą, byś wiedziała, że od dziś traktujemy cię jak członka naszej rodziny. Jesteśmy ogromnie szczęśliwi, że nasza córeczka będzie miała taką wspaniałą towarzyszkę życia. Od lat jestem w mojej przybranej rodzinie karmiona takim właśnie przekazem. Najwyraźniej spełniłam oczekiwania moich teściów wobec osoby, z którą ich dziecko ma być szczęśliwe.

Dwa przypadki przeze mnie opisane to oczywiście przypadki ekstremalne. Fakt, że przytrafiły się jednej osobie, to chyba rzadki zbieg okoliczności, niemniej jednak na pewno znana jest Wam większość z opisywanych tu relacji, reakcji, powiązań. Dlatego apeluję – próbujcie, ale jeśli mimo powtarzających się i podejmowanych z dobrymi intencjami wysiłków nie udaje się stworzyć normalnego życia rodzinnego, nie spalajcie się w tych działaniach. Każdy, również Wasi rodzice i Wasze rodziny, ma prawo do tego, by być nieszczęśliwy. Wasze szczęście nie powinno od tego zależeć. Zaś jeśli macie tyle szczęścia, co ja, to wybaczcie patos, ale – doceniajcie każdą minutę, bo zostaliśmy obdarowani czymś naprawdę niecodziennym.

[Fragment z książki "Smażone zielone pomidory" - tłumaczenie własne autorki]


Autorzy:

zdjęcie Uschi

Uschi „Sass” Pawlik

Tłumaczka z zawodu, korektorka z powołania. Ma kota na punkcie kotów. Pasjonują ją zagadnienia [trans]genderowe, kwestie rodzin LGBTQ i feminizm.

14 komentarzy do:Ile zależy od nas?

  • Erico

    [Re: Ile zależy od nas?]

    Dobrze mówisz Uschi.

  • Loth

    [Re: Ile zależy od nas?]

    Moi rodzice jeszcze mają „problem” z dalszą rodziną, ale i to powoli się zmienia, chociaż teraz jestem singlem, to bardzo chciałbym zabrać mojego przyszłego partnera na święta i czuję, że jest to możliwe :)

    PS: Może nie w temacie, ale Uschi sama wywołała :) Polecam inne książki Fannie Flagg, która w bardzo ciepły, mądry i zabawny sposób pokazuje małomiasteczkowe życie mieszkańców południa Stanów Zjednoczonych, które okazuje się barwne i jak to w życiu raz lepsze, raz gorsze. Cudo!

  • Puka

    [Re: Ile zależy od nas?]

    Uschi a Twoi rodzice wiedz a jak traktowana jestes przez rodzine Twojej partnerki?

  • KaFor

    [Re: Ile zależy od nas?]

    U nas jest przeróżnie: moja mama ok w pełni w zasadzie, za to siostra i jej rodzina już nie; teściowa i brat żony w porządku i siostra teściowej z córką też dobrze, jedna kuzynka moja z rodziną i jej matka, a moja chrzestna, przyjaźni_e.

    Z resztą nie utrzymujemy kontaktu żadnego.

    Mnie postawa mojej siostry nieco smuci, lecz od początku założyłam, że jeśli ktokolwiek nie szanuje naszej rodziny – mnie i mojej żony – to nie zasługuje na naszą uwagę.

    Przy tym nasze mamy się ścieły już na początku przez co nie kontaktują się z sobą :] – ale to już ich zupełnie wybór.

  • Peter Pan

    [Re: Ile zależy od nas?]

    Artykuł bardzo sympatyczny i fajny.
    Natomiast, powiem szczerze, że bardzo nie lubię mądrości tak zwanych „naukowców” a naprawdę psychologów.
    Moi rodzice zareagowali bardzo dobrze.
    I jedno czego żałuję, to właśnie to, że zamiast powiedzieć im o tym od razu po podjęciu tej decyzji, trochę sobie poczytałem. Nieszczególnie miło to wspominam.
    Oczywiście trudno wmawiać ludziom, że zawsze jest super i zdaję sobie sprawę, iż niektórzy nie mają w tej kwestii szczęścia.
    Ale wydaje mi się, że porównanie coming outu do wiadomości o czyjejś śmierci, zdecydowanie nie ułatwia sprawy komuś, kto właśnie chce powiedzieć rodzinie, że nie jest hetero.

  • Uschi

    [Re: Ile zależy od nas?]

    @Puka: tak

  • KaFor

    [Re: Ile zależy od nas?]

    Bardzo żałuję, że tata nie dożył naszego małżeństwa, nie poznał mojej żony.

  • jk

    [Re: Ile zależy od nas?]

    moi tesciowie chyba nigdy nie dorosna do akceptacji. i huk im w oko. wisi mi to. niech nie licza ze na starosc im pomoge. to bardzo zle obrana strategia z ich strony. wydaje im sie ze sa samowystarczalni, zdrowi i silni. ale zawsze tak nie musi byc. kiedy sily opadly i przyszli prosic o pomoc odwdziecze sie im tym co sami dali mi i mojemu partnerowi.

  • Jakbyco

    [Re: Ile zależy od nas?]

    ->jk

    Twoje podejście jest dokładnym lustrzanym odbiciem strategii „zrobię sobie dzieci, żeby mi kto miał na starość szklankę herbaty podać”…

  • Anka

    [Re: Ile zależy od nas?]

    Ja i mój mąż całym sercem jesteśmy z naszym synem i jego partnerem, ich szczęście jest dla nas najważniejsze. Nie wyobrażam sobie aby mogło być inaczej, a ci którzy nie akceptują nas w pełni /bo tacy są/ nie są naszymi bliskimi.

  • KaFor

    [Re: Ile zależy od nas?]

    Anko :) , z ogromną przyjemnością czyta się takie wyznania rodziców. :}

    Gdy patrzymy na akcje z innych krajów – spoty z rodzicami, bądź dziećmi par osób tej samej płci – prawdziwa radość serca wypełnia. :)

  • jk

    [Re: Ile zależy od nas?]

    –> jakbyco.

    ale wiele osobo tak dziala. tak bylo i z moim ojcem. znam to na wlasnej skorze. jak potrzebowal pomocy to wiedzial jak sie odezwac. a kiedy wczesniej jej nie potrzebowal to bylem wyrodnym synem. nie pomoglem mu i gdybym mial wybierac jeszcze raz tez bym nie pomogl.

  • redzik

    [Re: Ile zależy od nas?]

    To ja chyba mam jakies zaburzone poczucie rzeczywistosci :-) moi i mojego meza rodzice traktuja nas jak synow, mamuski sie kloca u kogo bedziemy (razem oczywiscie) spedzac swieta a kazda wieksza i niejedna mniejsza impreza wiaze sie z obecnoscia tesciow mimo ze mieszkaja 350km od siebie. Fakt, na poczatku trzeba bylo im wytlumaczyc ze MY tez tworzymy rodzine, ale tylko raz i w spokojnej rozmowie. Od tamtej pory jest po prostu normalnie. A jak sie komus nie podoba ze siedze z mezem przy stole rodzicow/tesciow to naprawde nie ma obowiazku przychodzic. Tyle.
    Jedyny problem, to ze mamuski sie polubily i teraz razem ‚spiskuja’ przeciwko synom, he he

  • DK

    [Re: Ile zależy od nas?]

    Dokładnie. U mnie tak samo. Moja Rodzina akceptuje, mówi że mieszkam z przyjaciółką, jak przychodzimy to przedstawia Ją jako przyjaciółkę etc… Znajomym itd. Najbliższa rodzina moja babcia, wujek i ciotka wiedzą, że jesteśmy parą. A że jakoś partnerka czy żona (wierzący są nieco) to bardziej jakoś dla nich dla hetero, to także nazywają nas przyjaciółkami.
    Jej rodzina natomiast inaczej. Jej matka nadal nie może przetrawić tego i broń boże jakbyśmy się tam miały pojawić to cokolwiek ujawnić przed jej babcią. Podobnie jej wujkowie i ciotki, tak nieakceptują sytuacji, że zwyczajnie nie przychodzą jak pojedziemy ani się nie kontaktują z nami. Za to jej siostra z mężem – jak najbardziej w porządku. Nie mają nic do tęczowych.

    I tak oto moja mama stała się jej bliższą niż jej biologiczna, podobnie jak moja babcia…

    Walczymy. Wymieniamy maile z jej mamą, listy, długie rozmowy są jak przyjedzie nas odwiedzić (tęsknota robi swoje, przyciśnie ją to przyjeżdża). I temat wałkowany jest wciąż i wciąż. Dla niej wciąż to takie niemożliwe, że jej córka chce być z kobietą, choć jak sama mówi do „mnie nic nie ma.” ALE… Cały czas to DLACZEGO? I pytanie mnie DLACZEGO NIE FACET TYLKO JEJ CÓRKA?
    Jakby tłumaczenie, że z homoseksualizmem człowiek się rodzi i taki jest, tak samo jak się rodzi z zielonymi oczami i takie ma, po prostu nie przebijało się przez jakąś zaporę w jej rozumowaniu. Niemożliwe i koniec.

    Pocieszamy się, że na tych mozolnych wałkowaniach tematów się zatrzymuje i nie próbuje nas skłócać ani rozdzielać… Choć głupie rady w stylu „miejcie może w domu dwie kanapy, bo jak ktoś przyjdzie to…” Tak, nie dociera do niej, że jak ktoś nas odwiedza to o nas jako NAS wie…

    Ale co zrobić. Już trzecia rocznica za nami, a my nadal jej piszemy definicje, polecamy lektury i tłumaczymy…
    Cóż. Mojej mamie w sumie zajęło hmmm 4 lata pogodzenie się na 100% (w tym momencie wie od 7 lat), że męża nie będzie, ale ja wtedy nastolatką byłam i miałam raptem dwie miłostki po pół roku trwające to wiadomo, że mogła się łudzić.

    A tu stały związek ze wspólnym zamieszkaniem. I żadnych nadziei na zmianę. ;)




Skomentuj

  

  

  

Obraz CAPTCHY

*

Możesz używać następujących tagów HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Pamiętaj: zamieszczając komentarze akceptujesz regulamin

napisz do nas: listy@homiki.pl

Homiki.pl. Czasopismo zarejestrowane w Sądzie Okręgowym Warszawa Praga pod nr 2372 więcej »
Nr ISSN: 1689-7595

Powered by WordPress & Atahualpa