Krzysztof Jung: kondycja poety

Poproszono mnie, abym w związku z wypadającą 11 lipca sześćdziesiątą rocznicą urodzin Krzysztofa Junga (1951–1998), niezwykłego artysty i człowieka, napisał w sposób zwięzły i przystępny o jego osobowości i jego dziele. Zadanie nie jest łatwe, ale czyż mogę się uchylać? Byłem przecież uprzywilejowanym świadkiem tego życia i dzieła. Mam świadomość wyjątkowego daru, jaki otrzymałem. W dodatku zaproszenie wyszło od redakcji, która robi dużo dla przypomnienia Krzysztofa Junga, a w przeddzień sześćdziesiątej rocznicy jego urodzin, 10 lipca, organizuje spotkanie przy jego grobie.

Krzyś (tak się do niego zawsze zwracałem, tak zwracam się nadal, tak go nazywali wszyscy – od Józefa Czapskiego, starszego od niego o pół wieku, po jego uczniów, młodszych o pokolenie) był wcieleniem żywotności, życia, ciągłych poszukiwań i ciągłej przemiany w stałości. I mielibyśmy myśleć o nim, żywym, swobodnym, przy grobie? A jednak cmentarze warszawskie mają w sobie dziwny czar (żywotność – chciałoby się powiedzieć), a grób Krzysia, zaprojektowany przez Grzegorza Kowalskiego, zwieńczony wspaniałą rzeźbą Barbary Falender, Narcyzem, nagim Krzysiem, przedstawionym w całym blasku swej urody, należy do najpiękniejszych, jakie zdarzyło mi się widzieć. Ten pomnik młodo zmarłego artysty na warszawskich Powązkach Wojskowych stanowi na pewno dobre miejsce do refleksji nad życiem i dziełem Krzysztofa Junga.


Paryż, 1983 r.

Paryż, 1983 r.

Kim był dla nas, jego przyjaciół, dla mnie? Od pierwszych spotkań nie miałem wątpliwości, że jest to człowiek niezwykły, ale nie przez zamykanie się w wieży z kości słoniowej, przez oderwanie od życia, od „zwykłych” ludzi. Reagował namiętnie na świat i na ludzi, w tym tkwiła jego siła. Starał się dotrzeć do pełni, do esencji życia. Uderzał intensywnością przeżywania – ludzi, przyrody, sztuki (ale sztuka była na dalszym miejscu, jako konsekwencja dwóch zasadniczych fascynacji: przyrodą i ludźmi). Nie był histeryczny, czuł świat, rzeczywistość. Tworzył wokół siebie, od bardzo wczesnych lat, odkąd go znałem, świat swobodny i sensowny, na jego miarę (a była to miara wysoka) – i domagał się uznania dla własnych marzeń. Był świadomy własnej wartości, ale też chciał i potrafił słuchać innych. Podchodził do ludzi z dużą dozą zaufania; gdy spotykał go zawód, potrafił być ostry, odwracał się, ucinał kontakt. Jego cechą zasadniczą było pragnienie stwarzania piękna z rzeczy najprostszych. Nie był skwaśniały, brak było w nim zgryźliwości i złych ambicji. Lubił się uczyć i potrafił się uczyć szybko. Stwarzał tę swobodną, sensowną, otwierającą na świat kultury przestrzeń, do której zapraszał przyjaciół, ludzi bliskich. Był wierny i lojalny, i cierpiał, gdy te zasady były naruszane.


Warszawa, 1985 r.
Takim był w swoich dobrych momentach, takim bywał w swojej twórczości, to jest ślad, ślady, jakie po sobie zostawiał. Zdarzały się też oczywiście momenty ciemne, gdy to wewnętrzne światło zdawało się blaknąć, gasnąć. Wtedy bywał agresywny, wobec siebie i innych. Jego stosunki ze światem, z sobą samym, ulegały zaćmieniu. Nie mógł wtedy tworzyć. Ale były to chwile, gdy zbierał siły do następnego etapu twórczości, do następnego okresu, gdy był znów promienny, swobodny, suwerenny. Gdy powracał dar poezji w nim – tak nazwał samą istotę swojej twórczości. „Bez względu na to, czy maluję czy rysuję, czy biorę szpulkę nici i biegnę z nią w przestrzeń, zawsze myślę, że jest to kondycja poety. (…) Bycie wobec świata to najważniejszy moment w pracy twórczej. Dopiero później przychodzi opisywanie tego świata, problem warsztatu”.


W pracowni, Warszawa, 1989 r.
I takim właśnie utrwalił się w swych dziełach. Był poetą, poszukiwał sensu świata, sensu relacji łączących go z innymi, własnego sensu. To widać już w jego wczesnych rysunkach, gdy tworzył serie uderzających dürerowską precyzją wizerunków owadów, scen erotycznych (głównie homoerotycznych), portretów bliskich mu ludzi, autoportretów. To widać w jego działaniach, słynnych „nitkowaniach”: omotywał nićmi ludzi, przedmioty, pomieszczenia; tworzył nową fascynującą przestrzeń; odsłaniał sens międzyludzkich relacji; budował kokon, z którego się wyzwalał i w który się chronił (Przemiana, Miłość, Kokonienie, Rozmowa, aż po Ślad, poświęcony pamięci Konstantego Jeleńskiego). To widać w jego pejzażach: w olejach o silnym kolorycie, czasem delikatnie tonowanym, czasem pracowicie budowanym nakładaniem kolejnych warstw; w rysunkach o furiackiej kresce. I to było widać w jego twórczości późnej, może najbardziej ulotnej i trwałej, w jego działalności pedagogicznej: jakby wracał do wczesnych działań, zawiązywał subtelne nici, które pomagały w odkrywaniu świata, były zarazem delikatne, wymykały się definicjom i schematom, i mocne, pomagały utrzymać cały złożony wewnętrzny świat.


W pracowni z pejzażem z Rybienka, 1992 r.
[zdjęcia z prywatnego archiwum Autora]

Zapraszamy na spotkanie poświęcone Krzysztofowi Jungowi 10 lipca o godz. 13.


Autorzy:

zdjęcie Wojciech Karpiński

Wojciech Karpiński

historyk sztuki, historyk idei, krytyk literacki, tłumacz. Członek zespołu redakcyjnego Zeszytów Literackich. Autor m.in. książek o wielkich twórcach emigracyjnych – „Książki zbójeckie”, „Herb wygnania”, „Portret Czapskiego”. Ostatnio ukazały się wznowienia jego „Fajki van Gogha” i „W Central Parku” wydane przez Zeszyty Literackie. Mieszka w Paryżu.




Skomentuj

  

  

  

Obraz CAPTCHY

*

Możesz używać następujących tagów HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Pamiętaj: zamieszczając komentarze akceptujesz regulamin

napisz do nas: listy@homiki.pl

Homiki.pl. Czasopismo zarejestrowane w Sądzie Okręgowym Warszawa Praga pod nr 2372 więcej »
Nr ISSN: 1689-7595

Powered by WordPress & Atahualpa