Gałąź losu

W arkadyjskiej świątyni Diany spędzam za każdym razem sporo czasu, kontemplując antyczne sarkofagi i epitafia. Z reguły zachowuję się przy tym tak, jak przystało na zdyscyplinowanego turystę. Nie rozmawiam głośno, najwyżej mamroczę pod nosem sam do siebie, nie jem chipsów i nie piję piwa, a przede wszystkim nie dotykam eksponatów.

Właśnie, z reguły niczego tam nie dotykam. Ale ten jeden raz było inaczej. Strażniczka pilnująca wnętrza świątyni zniknęła gdzieś w tylnych jej pomieszczeniach wraz ze strażnikiem, który powinien był nadzorować porządek w parku. Jakieś nieznane mi bliżej sprawy zatrzymały ich dość długo, a ja pozwoliłem sobie na coś, czego dotąd jeszcze w Arkadii nie robiłem. Obcowałem nie tylko spojrzeniem, lecz także dotykiem z kamiennymi świadectwami greckiej i rzymskiej starożytności. Kładłem na nich dłonie na krótszą lub dłuższą chwilę, gładziłem chropawą lub śliską powierzchnię marmuru pokrytego płaskorzeźbami i napisami niemal dwa tysiące lat temu.

Wyobrażam sobie oburzenie czytającego te słowa muzealnika. Że przecież gdyby każdy zwiedzający chciał sobie podotykać eksponaty, to relikty przeszłości w krótkim czasie wyglądałyby jeszcze żałośniej albo w ogóle zakończyłyby swój żywot. Rozumiem ten sprzeciw, w końcu sam jestem archeologiem i historykiem. Denerwują mnie na przykład turyści i nowożeńcy sadowiący się do fotografii na sfinksie lub lwie przed arkadyjską świątynią Diany. Ale uważam, że sam bieg zdarzeń dopuszcza czasem wyjątki, owocujące czymś na prawdę niezwykłym w porównaniu z kolejną pamiątkową fotografią.

Położyłem dłonie na dziecięcym sarkofagu, którego przednią ścianę zdobi scena z mitu o polowaniu Meleagra, a pokrywę wieńczą naszczytniki: środkowe z wyobrażeniami pijących wodę ptaków, narożne w formie teatralnych masek. Chłód kamienia przenikał moje dłonie, płynął ramionami w górę, w głąb ciała, aż poczułem, że ogarnia mnie chłodna lekkość. Wrażeniu uniesienia ponad fizyczność towarzyszyła jednak świadomość, może trochę przytłumiona, że cały czas stoję na posadzce świątyni. Cóż, metafizyka chyba nigdy nie była moją mocną stroną.

W pewnym momencie zdałem sobie sprawę z czyjejś obecności za moimi plecami. Szybko zdjąłem dłonie z sarkofagu, odwróciłem się i stanąłem twarzą w twarz ze starszą wiekiem kobietą.

- Przepraszam! Wiem, że nie powinienem dotykać… – zacząłem wyjaśniać.
- Niech się pan tak tym nie przejmuje – powiedziała, a ja przyjrzałem się jej uważnie. Ubrana była w długą, jasnokremową suknię, spiętą w talii szerokim pasem ozdobionym barwnymi kamieniami. Na głowie miała wzorzystą chustę, ułożoną na podobieństwo orientalnego zawoju, spływającą dłuższym końcem wzdłuż lewego ramienia. Nie przypominała żadnej z arkadyjskich strażniczek. Robiła raczej wrażenie aktorki, która zeszła właśnie z planu filmowego. Czyżby gdzieś tu kręcono film? Ewentualnie mogła być jedną z malarek lub rzeźbiarek traktujących nieskrępowane kreowanie siebie jako część artystycznego posłannictwa. A może miałem przed sobą ekscentryczną historyczkę sztuki? Tak, wiem, wciąż popadam w stereotypy. W każdym razie nie potrafiłem nie spytać:
- Przepraszam, czy jest pani kuratorką tych zbiorów?
- Ładne określenie – uśmiechnęła się melancholijnie. – Podoba mi się. Ale może powinien pan być bardziej konsekwentny i powiedzieć „kuratorą”. Na początku wydaje się to trochę dziwne, lecz gdy się z tym oswajamy, zaczyna brzmieć uroczo: „pani kuratora”, wołacz „pani kuratoro”. W każdym razie jestem pełna uznania dla moich rodaczek walczących o równość płci także w dziedzinie języka. Ale dość o tym. Lubi pan oglądać sarkofagi?
Niby spytała, lecz nie czekając na moją odpowiedź, ciągnęła dalej:
- Było ich tu kiedyś więcej, tych z płaskorzeźbami przedstawiającymi polowanie na dzika kalydońskiego pod wodzą Meleagra. Trudno o drugi taki przykład piękna zrodzonego z tragedii, wielkiego mitycznego spektaklu, w którym widziano pewnie także komizm ludzkiego losu. To dlatego rzeźbiarz umieścił w jednym narożniku pokrywy maskę komiczną, w drugim maskę tragiczną. Zresztą, może się mylę, obie są już tak zatarte.

Zamilkła. Do wnętrza świątyni wchodziła grupa rozbawionych czymś turystów i po chwili przesłoniła nam widok sarkofagu.
- Wyjdźmy na zewnątrz – zaproponowała – Ta historia przecież tu się nie kończy.
Poprowadziła mnie w stronę Przybytku Arcykapłana, pod tę jego ścianę, w której niemal u szczytu tkwią dwie antyczne maski tragiczne.
- Niech pan spojrzy – wskazała na nie. – One są dla mnie kwintesencją losów Meleagra. Dlatego właśnie zostały tam wmurowane.
- Chyba nie bardzo rozumiem – wtrąciłem, zastanawiając się, czego było więcej w ostatnim stwierdzeniu mojej rozmówczyni: próżności, czy fantazji.
- Chciałam powiedzieć, że były dwa źródła tragedii Meleagra: kształtująca świadomość spuścizna kultury i pchające ku spełnieniu bogactwo natury. Wielkości, które w zderzeniu często bywają przekleństwem.
- A wie pani, że kogoś mi pani przypomina… – zauważyłem, ponownie się jej przyglądając. Nie była zdziwiona.
- Tak, tak, wiem. Wszyscy tu mi to mówią.
- Że przypomina im pani Helenę księżnę Radziwiłłową?
- Więc niech pan do mnie mówi „pani Heleno”. Bo chyba pan wie, że już ponad osiemdziesiąt lat temu zniesiono w naszym kraju przywileje stanowe oraz rodowe i zakazano posługi-wania się tytułami arystokratycznymi w imię równości obywateli?
- Mało kto dziś o tym pamięta.
- Poniekąd nic dziwnego, że po ostatnich doświadczeniach nasi rodacy wolą obecnie słowo „książę” od słowa „towarzysz”. Ale i w tej dziedzinie za jakiś czas zapanuje rozsądek.
- Co pani chce przez to powiedzieć, pani Heleno?
- Nieważne. Jeszcze pan sobie pomyśli, że jestem socjaldemokratką, albo, jak kto woli, „socjaldemokratą”. A ja po prostu wiem, że przeszłość mści się na tych, którzy nie dorośli do jej dziedzictwa. Dawnej sądzono, że to bogowie się mszczą. Tak właśnie było w historii Meleagra. Jego ojciec Ojneus, król Kalydonu, podczas corocznego składania ofiar bogom olimpijskim pominął Artemidę. Obrażona bogini zesłała na królestwo ogromnego dzika, który niszczył plony, zabijał bydło i pracujących na polach robotników. Ktoś inny, będąc na miejscu Ojneusa, pewnie próbowałby jakoś przebłagać boginię, ułagodzić jej gniew ofiarami. Ale on był na to zbyt dumny. Postanowił, że dzika trzeba zabić i ogłosił polowanie, na które zaprosił najdzielniejszych wojowników. A dowództwo nad nimi powierzył swemu synowi.

Przerwała swa opowieść i rozejrzała się wokół.
- Może gdzieś usiądziemy – zaproponowała i ruszyła w stronę ławki stojącej u zbiegu parkowych alei, pomiędzy Przybytkiem Arcykapłana i Domem Murgrabiego, obok korynckiej kolumny.
Zanim usiedliśmy podniosłem z ławki leżącą na niej gałąź i chciałem rzucić ją w trawę.
- Niech pan tego nie robi – zaprotestowała pani Helena. – Niech pan ją schowa do torby i zabierze ze sobą, i dobrze ukryje.
- Dlaczego mam ją zabierać? – oponowałem. – Nie rozumiem …
- Zaraz się pan wszystkiego dowie. Niech pan słucha dalej. Na ogłoszone przez Ojneusa łowy przybyło wielu sławnych wojowników i myśliwych. Byli między nimi Kastor i Polideukes ze Sparty, Tezeusz z Aten wraz z Pejritoosem z Laryssy, Idas i Lynkeus z Messeny, Jazon z Jolkos w towarzystwie Admetosa z Feraj, a także Peleus i Eurytion z Ftyi. Zresztą, różni mitografowie wymieniają nieco inne postacie.
- O ile dobrze pamiętam, Kastor i Polideukes byli braćmi. A pozostali?
- Ma pan rację. Grecy uważali tych dwóch pierwszych za braci, podobnie jak na przykład Idasa i Lynkeusa. Ale sam pan wie najlepiej, jak różne treści może kryć w sobie słowo „brat”. Gdy starobabiloński Gilgamesz zakochał się w Enkidu, postanowił nazywać go „młodszym braciszkiem”. A pamięta pan połączonych więzami greckiej miłości „fratres” z „Satyrykonu” Petroniusza?
- Więc sądzi pani, że Kastor i Polideukes byli w rzeczywistości kochankami?
- Nie twierdzę tego. Chciałam tylko panu uzmysłowić, jak wiele spraw może zawierać się w słowach z pozoru oczywistych, nad którymi zwykle się nie zastanawiamy. Jeśli chodzi o pozostałe pary, historia Tezeusza i Pejritoosa nie pozostawia wątpliwości, a przy tym należy do wyjątkowo uroczych. Gdy Pejritoos dowiedział się o bohaterskich czynach Tezeusza, założyciela Aten, postanowił wystawić na próbę jego odwagę i zabrał należące doń bydło, pasące się na łąkach pod Maratonem. Niebawem młodzieńcy spotkali się, by walczyć, ale piękność obu pociągnęła ich wzajemnie ku sobie tak silnie, że zapomnieli o zwadzie. Pejritoos postanowił zwrócić Tezeuszowi równowartość uprowadzonego stada i wyznał, że pragnie być odtąd jego niewolnikiem. Natomiast Tezeusz oświadczył, że wybacza mu przewinienie i nie przyjął rekompensaty. Łączące ich uczucie potwierdzili wzajemną przysięgą i wyruszyli w świat, by ramię przy ramieniu dokonać wielu wspaniałych czynów.

Pani Helena zamilkła na chwilę, jakby oczekując, że teraz ja coś powiem, ale milczałem, ciekaw dalszego ciągu jej opowieści. I niebawem go usłyszałem:
- Dla kolei losu Meleagra decydujące znaczenie miało przybycie na łowy Ankajosa i Kefeusa z Arkadii w towarzystwie wojowniczej Atalanty. Mówiono o niej, że jest kobietą wiodącą żywot myśliwego. Rzeczywiście, ubierała się i żyła jak myśliwi, wśród których wychowywała się od dzieciństwa. Podobno jej ojciec Jazos tak bardzo pragnął męskiego potomka, że gdy żona Klimene urodziła mu dziewczynkę, rozgoryczony nakazał porzucić ją w górach. Istota sprawy była jednak w rzeczywistości jeszcze bardziej niezwykła, o czym Meleager miał się niebawem przekonać. Wyjątkowość Atalanty zafascynowała go; splatające się w niej kobiecość i męskość, piękno i siła, pociągały go bardziej niż wdzięki którejkolwiek z napotkanych przedtem kobiet. Toteż pewnej nocy przed polowaniem wszedł do jej sypialni, a gdy przyjęła go do swego łoża, przekonał się, że w swej fizyczności jest jednocześnie kobietą i mężczyzną, niczym owoc miłości Hermesa i Afrodyty. A dla dawnych Greków hermafrodyci byli uosobieniem doskonałości zespalającej w sobie pierwiastek męski i żeński, boskiej dwupłciowość uważanej także za pierwotny stan rodzaju ludzkiego. Meleager zdawał się nie pamiętać, ze jest już mężczyzną żonatym, gotów był oddalić swą Kleopatrę, tak wielkiej rozkoszy zaznawał obcując z istotą, będącą delikatną i uległą Atalantą, to znów silnym Atalantem, wprowadzającym partnera w nieznany mu dotąd świat, odkrywającym przed nim ból i słodycz uległości.

- Potrafi pani ładnie opowiadać, pani Heleno – stwierdziłem.
- Być może. Wiedziałam, że ta historia spodoba się panu, szczególnie jej początek, bo ciąg dalszy może już nie tak bardzo. Polowanie na dzika kalydońskiego było wyjątkowo nieudane. Należało do tych źle zorganizowanych i fatalnie dowodzonych, w trakcie których rozgorączkowani myśliwi strzelają głównie do siebie, a w powstałym chaosie zwierzyna, choć poraniona, przez długi czas umyka, okaleczając lub zabijając ludzi. Pierwszy cios zadała dzikowi Atalanta strzałą z łuku. Ale dopiero Meleager powalił go, dwukrotnie przebijając oszczepem. Zgodnie z zasadami ogłoszonymi przez króla Ojneusa, to jemu należały się kły i skóra zwierzęcia. Lecz on ofiarował je swej wielkiej miłości. Krewni Ojneusa poczuli się tym dotknięci, z oburzeniem negowali prawo Atalanty do myśliwskiego trofeum. Rozzłoszczony Meleager nie pozostał im dłużny, a kłótnia przerodziła się niebawem w bratobójczą walkę, podczas której zabił czterech swoich wujów. Wówczas zrozpaczona zbrodniami syna Altaja odszukała schowaną głęboko w skrzyni nadpaloną gałąź jego losu. Wyciągnęła ją z paleniska siedem dni po narodzeniu Meleagra, gdy do jej sypialni przybyły Moiry i powiedziały jej, że będzie on żył tak długo, jak długo nie spłonie wskazana przez nie gałąź. Altaja ukrywała ją przez wiele lat, a teraz, ulegając podszeptom Furii, wrzuciła do paleniska. W tej samej chwili Meleager poczuł ogień trawiący jego wnętrzności, a walczący z nim krewni pokonali go bez trudu. Ginął z myślą o Atalancie, o miłości do niej mówił w ostatnich słowach, słabnących wraz z zamierającym oddechem.
- A ona? – chciałem wiedzieć.
- Atalanta z pozoru nie przejęła się jego śmiercią. Ale później zabiła wielu ubiegających się o jej względy mężczyzn, wszystkich, którzy przegrali z nią w zawodach biegaczych. W końcu uległa podstępowi Melaniona, swego stryjecznego brata. Sądzę jednak, że tak naprawdę pozwoliła mu pokonać się w biegu nie dlatego, że rzucił jej pod nogi trzy złote jabłka otrzymane od Afrodyty, lecz dlatego, że pojmował miłość na sposób podobny do Meleagra. Ale ten związek Atalanty skończył się nie najlepiej dla obojga. Któregoś wieczora przechodzili obok świątyni, o której ona sądziła, że jest przybytkiem Kybele, frygijskiej bogini miłości w wielu jej postaciach. Namówiła więc Melaniona, by uczcili boginię oddając się we wnętrzu miłosnej grze. Tak uczynili, nie zdając sobie sprawy ze swej pomyłki, z tego, że w istocie wkroczyli w mury świątyni Zeusa. Miłosne obcowanie w takim miejscu było świętokradztwem, które Gromowładny ukarał, zmieniając oboje w lwy, by żyli odtąd wykluczeni ze społeczności ludzkiej. I niech pan nie pyta, co było dalej, bo nie wiem, nie pamiętam. – zakończyła swą opowieść pani Helena. – Muszę już iść – stwierdziła i wstała z ławki.

Pożegnaliśmy się. Obserwowałem ją przez chwilę, jak idzie alejką w stronę obelisku wznoszącego się po środku Cyrku Rzymskiego, jak zatrzymuje napotkanego strażnika i rozmawia z nim o czymś, wskazując na zwiedzających i leżące między spinami Cyrku fragmenty kolumn.
- Niesamowita kobieta, ale całkiem do rzeczy – pomyślałem sobie.
Gałąź, którą kazała mi zabrać ze sobą, wziąłem i schowałem w domu. Kto wie, może to rzeczywiście jest moja gałąź. Może każdy z nas powinien strzec gałęzi swego losu.

[zdjęcia Autora]


Autorzy:

zdjęcie Paweł Fijałkowski

Paweł Fijałkowski

archeolog i historyk; zajmuje się dziejami Żydów w dawnej Polsce, historią polskiego protestantyzmu, pradziejami Mazowsza oraz homoerotyzmem w starożytnej Grecji i Rzymie; autor książek: „Seksualność, psyche, kultura. Homoerotyzm w świecie starożytnym” (2007), „Homoseksualizm. Wykluczenie – transgresja – akceptacja” (2009).

7 komentarzy do:Gałąź losu

  • d_biskupa

    [Re: Gałąź losu]

    Łaaał :) Paweł Fijałkowski Panem Samochodzikiem homików.pl!

  • Peter Pan

    [Re: Gałąź losu]

    Dupcia, strasznie się coś podjarałaś chłopięcą literaturą. Najpierw Winnetou, teraz Pan Samochodzik … .
    Nadrabiasz w wakacje zaległości z dzieciństwa ?

  • Peter Pan

    [Re: Gałąź losu]

    A dla pana Fijałkowskiego wielki szacun. Lubię ludzi, którzy mają jakieś ciekawe zainteresowania.
    Mój postulat: Więcej Fijałkowskiego, mniej Abiekta na homikach !!!
    Czy też inaczej mówiąc: więcej wiedzy, mniej pseudointeligencji.

  • Soniasonia

    [Re: Gałąź losu]

    Bardzo się cieszę, iż na portalu pojawiło się więcej tekstów pana Fijałowskiego – mam mu tylko za złe, iż w swoim opowiadaniu nie wspomniał, że Tezeusz porzucił na morzu Ariadnę, swoją pierwszą „dziewczynę”, która popełniła zbrodnię, by razem z nim uciec, a stało tak tylko daltego, ponieważ mu się znudziła.

  • Erico

    [Re: Gałąź losu]

    Super, super, super! Więcej takich opowieści!

  • Moje imię, tak, tak...

    [Re: Gałąź losu]

    Pierdołyyyyyyyyyyyy

  • Jakbyco

    [Re: Gałąź losu]

    Nie pierdoły, tylko konik Fijałkowskiego. Każdy ma jakiegoś bzika ;) . Ale tekst miło napisany i od razu się człowiekowi robi wakacyjnie…




Skomentuj

  

  

  

Obraz CAPTCHY

*

Możesz używać następujących tagów HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Pamiętaj: zamieszczając komentarze akceptujesz regulamin

napisz do nas: listy@homiki.pl

Homiki.pl. Czasopismo zarejestrowane w Sądzie Okręgowym Warszawa Praga pod nr 2372 więcej »
Nr ISSN: 1689-7595

Powered by WordPress & Atahualpa