Mój pierwszy krok (1)


Konkurs „Mój pierwszy krok” rozwiązany. Zadecydowaliśmy o przyznaniu dwóch nagród głównych.

Redakcja ma przyjemność przedstawić tekst pierwszego z laureatów – naszego czytelnika ukrytego pod pseudonimem Drama Queer.

* * *
Mój coming-out można porównać do odcinka ambitnego serialu komediowo-obyczajowego. Pasmo biegnących ku poincie kuriozalnych sytuacji. A gdy pointa ta już nastąpi, zamiast utaplanym w wacie cukrowej czy bitej śmietanie z teledysku Katy Perry, ląduję ze słodko-gorzkim posmakiem w ustach. Ale po kolei.

To był pierwszy albo drugi rok studiów. Od sześciu miesięcy spotykałem się z Chłopcem, który miał później okazać się moją pierwszą miłością. Wiedział o tym, że świadomi mojej orientacji są tylko najbliżsi przyjaciele, natomiast rodzina neo-dulskich żyje w błogiej niewiedzy. Był bardzo wyrozumiały.

Wśród moich w sumie nielicznych branżowych znajomych dominuje pewien schemat. Inteligentniejsi od heteroseksualnych rówieśników, emocjonalnie bardziej samowystarczalni i samoświadomi, przyjeżdżają z mniejszych miejscowości do stolicy i rozkwitają. Wyrwawszy się spod krytycznych rodzicielskich oczu i nie mniej czujnych spojrzeń sąsiadów, odkrywają szaliczki z H&M i sweterki z Pull&Bear. Ja niestety urodziłem się w Warszawie. Stąd nie ma gdzie uciec. Mimo usilnych starań, nie stać mnie było na studia za granicą, a jakiekolwiek inne polskie miasto jawiło się moim rodzicom jako widzimisię.

Powagi sytuacji – a taka właśnie ona była, poważna, choć z perspektywy czasu, nabrawszy dystansu, piszę o niej z przymrużeniem oka – dodawał fakt, że w rodzinie ze sobą nie rozmawialiśmy. Poza zdawkowymi „cześć”, „jak minął dzień” naszą jedyną wspólną aktywnością było oglądanie „Teleekspressu” i „Familiady” (takie intensywne półgodzinne socjalizowanie się to już tylko w weekendy). Nie znaliśmy się, i już dawno zarzuciliśmy wszelkie próby zmiany tego stanu rzeczy. Ostatnią z nich, w czasach liceum, podjął mój ojciec, który chyba wyczuwał, że jestem inny niż on, gdy był w moim wieku. Oglądając telewizję trafiliśmy na „Can’t Get You out of my Head” , o ironio australijskiej gej-diwy (i nie zarzucajcie mi przekąsu, wolę Kylie od Madonny czy Lady Gagi – jej piosenki uosabiają stan błogiej radości, niewyuzdanej euforii) i ojciec spytał, czy podobają mi się drobne blondynki. Zbyłem pytanie. Byłem mistrzem zbywania. W skrócie sytuację w domku z kart neo-dulskich, krainie chodzących co tydzień do kościoła i grzeszących w pozostałe 167 godzin tygodnia, można podsumować pierwszym zdaniem z „Anny Kareniny”: wszystkie szczęśliwe rodziny są do siebie podobne, każda nieszczęśliwa rodzina jest nieszczęśliwa na swój sposób.

Stąd nic dziwnego, że musiałem posiłkować się mało wyszukanymi fortelami, rodem z „Sabriny nastoletniej czarownicy” i ani myślałem o ujawnianiu się w domowych pieleszach. Moja ówczesna najlepsza Przyjaciółka, której opowiedziałem o sobie jakiś czas wcześniej, zgodziła się pełnić „zaszczytną” rolę, wybaczcie amerykanizm, brody. Ustaliliśmy, iż za każdym razem jak będę biegł z motylami w brzuchu na randkę z Chłopcem, będę mówił zbyt dociekliwym rodzicom, iż widzę się z Przyjaciółką. Z czasem uznali ją za moją dziewczynę, a ja popadłem w rutynę. I zapomniałem. Nie uprzedziłem jej o spotkaniu z Chłopcem.

W czasie gdy oglądaliśmy „Dworzec nadziei”, „Biegnij Lola, biegnij” czy oryginalną wersję „Sławy” – już nie pamiętam – wyciszony telefon dzielnie znosił trzydzieste nieodebrane połączenie. Podzieliły się mniej więcej po równo, z domu i od Przyjaciółki.
Zbladłem. A potem zrobiłem się siny i zielony. Tak przynajmniej relacjonował Chłopiec moją reakcję na SMS od Przyjaciółki, że nie uprzedzona o randce zadzwoniła do domu neo-dulskich i poprosiła mnie do telefonu. Moja matka zaniepokojona spytała „a to on jeszcze do ciebie nie dojechał?” I tak od słowa do słowa broda mi odpadła.

Z następnych dwóch godzin prawie nic nie pamiętam. W nerwach wyszedłem od Chłopca z mocnym postanowieniem, że widocznie tak miało być i postawię wszystko na jedną kartę. Jeśli im się przyznam (jak do przestępstwa, śmieszne?), albo będą cieszyć się szczęściem i może w końcu lepiej się poznamy, albo nie. Chłopca nie uprzedziłem o moich desperackich planach związanych z utratą przykrywki. Nie chciałem go obarczać. Nie chciałem, by piętno mojej decyzji zachwiało delikatnym balansem rozwijającej się relacji.

Nie wiem, czy ta chwila się dłużyła, czy nie. Pamiętam ją jak przez mgłę. Pewnie przez emocje. Wszedłem. Mimo, że był już wieczór, w domu była tylko matka ze szklanymi od alkoholu oczami. Od progu powiedziałem, że chcę jej coś wyznać i usiadłem przy kuchennym stole nakrytym ceratą w biało-brązową kratę. Powiedziałem jej, że wcale nie byłem u Przyjaciółki, i że jestem gejem, i że mam pierwszego poważnego chłopaka, i że przepraszam, że mówię jej to w takich okolicznościach, i że byłbym rad, gdyby mogli cieszyć się moim szczęściem wraz ze mną.
I kompletny brak reakcji. Prawie cisza. Prawie, gdyż w uszach mi szumiało, jak po koncercie. Z każdą sekundą, kiedy matka nie odzywała się ani słowem, szum, który tylko ja słyszałem, stawał się coraz bardziej nie do zniesienia. Desperacko modliłem się chociaż o słowa „kochałabym cię nawet gdybyś był mordercą”, które Bree wypowiedziała do swojego syna w „Gotowych na wszystko”. Na próżno.

Wstałem. Łyknąłem proszki nasenne i spróbowałem zasnąć. Nie było kolorowych snów. Rzeczywistość również nie była od nich lepsza. Nie ta w domu. Rodzice nawet do dziś, 4 lata po tym dniu, traktują moją orientację jako źródło wszelkich problemów – tylko wybuchy mają miejsce z mniejszą intensywnością, niż kiedyś. Nadal prowadzę przed nimi podwójne życie, w tym sensie, że nie wiedzą czy aktualnie się z kimś spotykam czy, nie. Opowiadam im również jedynie o moich heteroseksualnych znajomych, choć wiedzą, że stanowią oni tylko część mojego życia.

Prawdą jest, że dokonując tego dla mnie najpoważniejszego, bo najbardziej osobistego coming outu, nie myślałem o tym, jak oni zareagują. Jakim to może być dla nich szokiem i przeżyciem. I mimo, że liczyłem na poziom akceptacji wyższy niż minimalny, skoro oni postanowili uczynić moje gejostwo domową tajemnicą poliszynela, nie zamierzam narażać ich na dodatkowy stres „epatując branżą”, skoro sobie tego nie życzą.

Przynajmniej wiemy teraz o sobie więcej niż dawniej. Jesteśmy prawdziwsi.

Oczywiście wyjście z szafy miało też pozytywne aspekty. Łatwiej mi jest teraz dokonywać każdego kolejnego coming outu – wychodząc z założenia, że nic bardziej bolesnego spotkać mnie nie może. Reakcja rodziców dała mi też impuls do znalezienia stałej pracy, którą udało mi się pogodzić z dziennymi studiami oraz do uniezależniania się od ich łaski czy niełaski.

Z Chłopcem byliśmy później jeszcze razem przez ponad rok, a domowe wyjście z szafy pozwoliło mi oddychać pełną piersią w tej relacji i cieszyć się po stokroć bardziej z każdej wspólnie spędzonej sekundy. Bez oszustw, bez ukradkowo prowadzonych rozmów telefonicznych. Tak po prostu. Tak jak być powinno.

Koniec końców przekonałem się do sweterków z Pull&Bear, natomiast szaliczki z H&M sobie darowałem.

dramaqueer.blog.pl

Mimo iż konkurs się zakończył, nadal zapraszamy do dzielenia się swoimi historiamii na łamach Homików. Adres ten sam, co zwykle – listy (małpa) homiki.pl




Skomentuj

  

  

  

Obraz CAPTCHY

*

Możesz używać następujących tagów HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Pamiętaj: zamieszczając komentarze akceptujesz regulamin

napisz do nas: listy@homiki.pl

Homiki.pl. Czasopismo zarejestrowane w Sądzie Okręgowym Warszawa Praga pod nr 2372 więcej »
Nr ISSN: 1689-7595

Powered by WordPress & Atahualpa