- homiki.pl - http://homiki.pl -

Piękny melodramat, czy coś więcej?

[1]

Do kin wszedł właśnie film określany – jeśli już konieczne są porównania – jako „peruwiańskie Brokeback Mountain”. Historia piękna wizualnie i poruszająca… A u nas dwie recenzje. Pierwsza dla tych, którzy filmu nie widzieli, zobaczyć zamierzają – i nie chcą, by zdradzono im za wiele treści. Druga zachęca do dialogu na temat głębszych treści przekazanych w filmie, ale pełna jest „spoilerów”, więc uważajcie…

* * *
Film zaczyna się banalnie – nadmorska wioska rybacka, zwykli mieszkańcy, wśród nich Miguel – przystojny, żonaty mężczyzna oczekujący narodzin pierworodnego syna, lubiany i poważany przez wszystkich. Właśnie ze względu na tę sympatię i szacunek Miguelowi powierzono lokalny zwyczaj ofiarowywania zmarłych Bogu, a następnie morzu. Na pozornie idealnym obrazie Miguela jest jednak pewna rysa, o której wie tylko on – jest sekretnym kochankiem malarza Santiago, który opuścił rodzinne miasto, by malować fantastyczne okoliczne krajobrazy, ale został w wiosce z miłości do Miguela pomimo homofobii, która na każdym kroku spotyka go ze strony lokalnych rybaków. Trudny to związek, przede wszystkim dla Miguela, który prowadzi podwójne życie i czuje się coraz bardziej zakłopotany perspektywą powiększenia rodziny. Ale i trudny dla Santiago, który nie do końca chce zrozumieć, że nie może mieć Miguela dla siebie. Pewnego dnia dochodzi między mężczyznami do kłótni, po której Santiago znika. I tu kończy się dość banalna opowiastka o romansie żonatego „heteryka” z gejem. Dalszy ciąg jest zaskakujący, bo jest to opowieść o duchu – ale nie tak romantyczna, jak ta z Demi Moore i Patrickiem Swayze. Przez chwilę Miguel korzysta z wyjątkowej sytuacji, ale sielanka nie trwa długo. To, co udawało mu się ukryć za życia Santiago, w końcu wychodzi na jaw, a Miguel ponosi konsekwencje swojego zakazanego uczucia, na dobre i na złe.

„Pod prąd” ogląda się wyjątkowo dobrze – oko przykuwają zapierające w piersiach dech krajobrazy, a aktorzy grający Miguela i Santiago to przystojni Latynosi, na których z przyjemnością zawiesiła oko pisząca tę recenzję lesbijka. Historia toczy się niespiesznie, a mimo to niesie ze sobą tak wiele treści. Jako widzowie rozumiemy, że gejem może być także prosty rybak z peruwiańskiej wioski i pomimo kultury macho, silnej religijności i zamkniętej, małej społeczności i on może znaleźć w sobie dość odwagi, by zrealizować swoje pragnienia, a potem dość siły, by przyznać się do nich, choć oznacza to utratę całego dotychczasowego życia. Jednocześnie motyw ducha niesie nam przesłanie z innej kultury, gdzie katolicyzm idzie w parze z pradawnym zwyczajami, choć przecież nie aż tak bardzo nam obcymi. Także my wierzymy w to, że dusza nie zazna spokoju, dopóki nie załatwi na ziemi czegoś ważnego.

Joanna Hald

 


* * *

W bajkowej scenerii nadmorskiej wioski rozgrywa się potajemny romans ludzi z diametralnie różnych światów. Miguel jest rybakiem, uznanym członkiem lokalnej społeczności, którego status swojaka wyznacza miejsce przy piwnej ławie kantyny, z innymi mężczyznami. Jest w sile wieku, ma żonę, którą po bożemu zapłodnił i lada moment spodziewa się potomka. Santiago to z perspektywy pubowego blatu i pobliskiego kościoła wioskowy outsider – wielkomiejski malarz, osiadły w jednym z okolicznych domów. Z uwagi na odmienny styl bycia i pogłoski o homoseksualizmie, traktowany przez mieszkańców więcej niż nieufnie. W tym nieprzyjaznym dla niego miejscu trzyma go jednak coś więcej niż tylko malownicze krajobrazy. Publicznie ledwie mówiący sobie „dzień dobry”, Santiago i Miguel spotykają się na odludnych plażach i w jaskiniach, gdzie odgrywają zupełnie inne role: gorących kochanków. Rzecz jasna Miguel nie może sobie pozwolić na nadmierne czułości czy uległość w uczuciach – we własnym mniemaniu pozostaje rasowym macho, któremu obce są nadmierne egzaltacje. Główną treścią jego życia pozostaje opieka nad właśnie powiększającą się, tradycyjną rodziną. Dlatego wciąż ogląda się za własnym cieniem, eliminuje każdy drobiazg, który mógłby zdradzić związek z malarzem. Stawia opór wobec rosnących oczekiwań Santiago i choć go kocha, nie widzi żadnego pola manewru i innej przyszłości tej relacji, poza podtrzymywaniem status quo, czyli starannym zamiataniem wszystkiego pod dywan. Jego obawy potwierdzają się zresztą dość szybko – dramatyczne wydarzenia sprawią już wkrótce, że nie będzie mógł usiąść z kolegami przy wspólnej ławie, a narodzin dziecka nie pogratuluje mu żaden z dotychczasowych kompanów.

Punktem zwrotnym staje się przypadkowe utonięcie Santiago. To śmierć symboliczna – z punktu widzenia Miguela zniknięcie kochanka jest jedynym możliwym rozwiązaniem dylematu, rozstaniem, którego wobec własnej słabości nie potrafił przeprowadzić. Gdy w chwilę później kochanek powraca z zaświatów, układ staje się wręcz idealny: miłosna relacja – szczęśliwie dla obu wciąż fizycznie namacalna – poprzez niewidzialność ducha cała staje się niewidzialna dla otoczenia. Można spacerować za rękę głównym deptakiem i wciąż słyszeć przyjazne „dzień dobry”. Czyż nie tym właśnie tak wielu zachwyca się po powrocie z Berlina, mimo że w zaściankowej Polsce wcale tego ponoć do szczęścia nie potrzebują? Wytęskniona „przezroczystość” i swoboda, do której szybko przywyka, paradoksalnie uświadamia Miguelowi zupełnie co innego: jak mogłoby wyglądać to uczucie, gdyby nie musiało kryć się po kątach, gdyby za jego afiszowanie nie groziły sankcje wykluczenia, odrzucenia i agresji. Kiedy odnajduje wreszcie ciało ukochanego, które jak twierdzi duch, musi ostatecznie zostać uwolnione, by mógł odejść, Miguel unieruchamia je jeszcze mocniej, co z jednej strony ma zatrzymać kochanka, z drugiej – jeszcze głębiej ukryć prawdę o jego faktycznej śmierci.

Jak to jednak bywa, nic nie trwa wiecznie – zwłoki to nie jedyny trop, który może zdradzić intymne relacje malarza z rybakiem. Zatracony w nowo zyskanym szczęściu (je ciasteczko i ma ciasteczko) Miguel zapomina, ile drobiazgów może go zdemaskować. Krok po kroku, plotka za plotką, sąsiedzi dowiadują/domyślają się coraz więcej, i coraz trudniej wszystko po kolei negować. To już nawet nie kwestia jednego czy drugiego malarskiego aktu – mnożą się poszlaki, które padają na podatny grunt. Okazuje się, że nawet najgłębiej zakamuflowane i niewidoczne, uczucia nigdy nie pozostaną do końca potajemne i zamanifestują się tą czy inną drogą, z całym bagażem okoliczności. Czy ostateczne odnalezienie ciała malarza zakończy sprawę? Wydawać by się mogło, że Miguelowi pozostaje tylko wyplątać się z podejrzeń, że miał z tą śmiercią coś wspólnego. On sam jednak ma do rozstrzygnięcia dylemat dużo dla siebie ważniejszy: dzięki bliskości ducha, który ostatecznie odchodzi, przekonał się właśnie, ile naprawdę stracił i przed czym tak długo się bronił. Przechodzi drogę, jaką niewyoutowany gej ma przed sobą wobec potrzeby miłości, spełnienia i stabilizacji – czy autentyczny związek dwojga ludzi może realizować się w całkowitym skryciu? Udawaniu przed światem?

Ostatecznie głównym tematem filmu nie staje się romans, ubrany w kostium bajki o miłości silniejszej niż śmierć. Nie jest to też tylko opowieść o zdradzie i trójkącie, ubrana w nieco nowocześniejsze szaty, w których „ten trzeci” jest mężczyzną. To raczej narracja z gatunku ludowych przypowieści, których bohater przechodzi rytuał przemiany, inicjacji, a umarli – co w tym gatunku zupełnie naturalne – materializują się wśród żywych, by im w tym dopomóc. Konwencja takiej przypowieści wymusza niestety pewne uproszczenia dramaturgiczne – w swej szamotaninie bohater zderza się z często umownymi wyzwaniami, zwroty akcji stają się tylko pretekstem do kolejnej próby. Niejedno wydarzenie i postać zasłużyłaby zapewne na rozwinięcie i pogłębienie, jednak „Pod prąd” to bardziej kino rozrywkowe niż dramatyczne, i jako takie rzetelnie bawi, wzrusza i roztkliwia. Od strony realizacyjnej film jest pięknie sfotografowany i dobrze zagrany, kochankowie odpowiednio urodziwi, a dramat dawkowany umiejętnie na przemian z humorem.

Zasługą twórców pozostaje, że pod przykrywką melodramatu udało im się przemycić garść niekoniecznie wesołych refleksji, podsumowanych jednak krzepiącą myślą, że czasem warto zaryzykować, by przekonać się, że wszędzie znaleźć można sojuszników. Nawet wśród tych, na których – jak się zdawało jeszcze przed chwilą – nie ma co liczyć.

Marcin Pietras, http://queerpop.blogspot.com [2]

Autorzy:

zdjęcie Joanna Hald

Joanna Hald [3]

autor dodany w procesie porządkowania tabeli autorów (ID ref. 606)

zdjęcie Marcin Pietras

Marcin Pietras [4]

prowadzi bloga poświęconego popkulturze homiczej: www.queerpop.blogspot.com