Muzyka dla Szuberta, cz. 2

Pantofle dostarczono po półgodzinie. Były rzeczywiście takie, jakie zamówił Borys – drogie, eleganckie i szykowne. Znakomicie się prezentowały na nogach Szuberta. Zdawały się mówić: oto i jesteśmy, aby ci służyć. Ich czubki błyszczały dyskretnie jak nosy wytwornych, rasowych psów. Szubert poczuł nagle jak coś ściska go w gardle, zawstydził się swych łez, które przyszły zupełnie nie w porę.

Grubas uregulował rachunek za buty i piwo. Wyszli na ulicę. Borys znowu zatrzymał taksówkę. Kazał kierowcy poczekać przed wielkim sklepem jubilerskim. Wrócił niebawem chowając coś do kieszeni.

- Zostało nam jeszcze tylko kupić kwiaty i możemy iść w gości – zauważył od niechcenia.

Po dwudziestu minutach, już z odpowiednim bukietem kwiatów, zatrzymali się przed starą kamienicą nad nadrzecznym bulwarem. Szubertowi udzielił się lekki niepokój, jaki opanował jego towarzysza. Ten bowiem zaczął wycierać sobie chusteczką łysiejącą głowę i nerwowo kręcić szyją, jak gdyby nagle zaczął go uwierać kołnierz u koszuli. Jednak kiedy tylko znaleźli się we wnętrzu obszernego korytarza i nagle z góry przywitał ich melodyjny, ciepły damski głos, Borys uspokoił się, a uśmiech wrócił na jego oblicze.

- Poznajcie się, to jest Fiodor Szubert, mój dobry druh – powiedział, zabierając z jego rąk bukiet kwiatów, którym ten usiłował odgrodzić się od słodkiej fali zapachu perfum i jedwabnego szelestu sukni kobiety.

- Anna – odezwała się lekko kłaniając i wyciągając rękę w stronę Szuberta.

W tej chwili Szubert rozpoznał kobietę i ogarnął go lodowaty strach. Wyglądała na jakieś dwadzieścia pięć lat, chociaż pamiętał z dzieciństwa filmy z jej udziałem. Prezentowała się w nich zupełnie tak samo jak w tej chwili. Wysoka, elegancka, z nagimi ramionami wydała się Szubertowi nieprawdopodobnie piękną czarodziejką z baśni lub z jakiegoś wytwornego żurnalu.

- No co tak stoicie w progu – zauważyła Anna zapraszając do wnętrza mieszkania. Po chwili Szubert znalazł się w jasno oświetlonym salonie zastawionym koszami i wazonami pełnymi kwiatów. Byli tam też jacyś ludzie, którzy przyglądali mu się w milczeniu.

Nigdy dotąd Szubert nie bywał w tak obszernych mieszkaniach z sufitami aż pod same niebiosa. Nie widział tylu wspaniałym, wytwornych i eleganckich mebli. Czuł się jak w muzeum. Nawet goście wydawali się tacy, jak gdyby zeszli z ram obrazów wiszących na ścianach. Gdyby biedny Szubert czytał literaturę, poczułby się jak bohater znanej powieści Marcela Prousta na wytwornym, arystokratycznym balu. Ale on nawet nie słyszał nigdy o tym pisarzu, więc stał w miejscu jak przykuty do podłogi, rumieniąc się silnie i nie wiedząc co począć z oczami i rękami.

- Kim jest ten piękny młodzieniec? – zapytała jakaś staruszka w wytwornej, liliowej sukni. W rękach trzymała filiżankę herbaty. – Czyżby był elfem?

Ciekawski staruszek w apaszce na szyi, który już zdążył wrócić do salonu z korytarza, oznajmił głośno:

- Ten młody przyszedł z Borysem. On go przyprowadził.

- Ach tak? – jęknęła ze zdumieniem wytworna dama, siedząca na niewielkiej pufie i zwróciła się do stojącego obok niej mężczyzny. Szubert usłyszał jej szept:

- Jaki wstyd! Na co ten Borys sobie pozwala! Jak ona może to tolerować?

Weszła Anna i postawiła na kominku jeszcze jeden wazon pełen kwiatów.

- Spójrzcie jaką cudowną rzecz sprezentował mi Borys – powiedziała pokazując bransoletkę na swym szczupłym nadgarstku.

„Wielki mi prezent – pomyślał nieco zazdrośnie Szubert. – Jakaś tam bransoletka wybrana na chybił trafił. To dla mnie zrobił coś, czego jeszcze nie zrobił nikt”. Nagle jednak Szuberta ogarnęły wątpliwości – czy rzeczywiście zrobił dla niego aż tak wielką rzecz? Ostatecznie kupił mu tylko pantofle, a to żaden wyczyn dla kogoś, kto ma pełne kieszenie pieniędzy. W tej samej chwili Szubert poczuł jednak, że te pantofle to symbol czegoś dziwnego i ważnego, co działo się właśnie w jego duszy.

- Ho, ho, ho! – zawołał Borys witając zebranych gości. Szarmancko ucałował dłoń wytwornej staruszki, a także damy ze spuchniętymi nogami. – Jakże się cieszę, że panią widzę, Kiro Isajewno. Ach, Nino, jest pani niezmiennie czarująca. Witam szanownego pana, Iwanie Piotrowiczu! Jak zdrowie żony? Państwo pozwolą, to jest Fiodor Szubert. To bardzo skromny młody człowiek, lecz posiada niepospolite i niewątpliwe umiejętności – potrafi milczeć jak nikt inny na świecie.

- To zadziwiające, jak pan uwielbia szokować otoczenie! – westchnęła czarująca Nina. – Pana żona to święta kobieta. Anno, słyszy pani, co ja mówię? Jest pani święta.

„To jest jego żona?” – zdumiał się Szubert. Uczucie zazdrości niczym niewidzialna igła wbiło mu się w samo serce. Nagle zrozumiał, że owa dziwna przemiana w jego duszy jest ściśle związana z Borysem. Wcześniej też zakochiwał się w mężczyznach, których spotykał w klubach lub po prostu mijał na ulicy. Myślenie o nich wzbudzało w nim zazdrość i pożądanie. Teraz jednak odczuwał coś zupełnie innego – smutek i gorzki ból.

- Wcale nie jestem święta – spokojnie odpowiedziała aktorka. – Mam ochotę na papierosa. Takiego bez ustnika. Kto mnie poczęstuje?

- Z przyjemnością, ale mam tylko papierosy z ustnikiem – zaoferował się staruszek w apaszce.

- Ja mam bez ustnika – bąknął Szubert wyciągając paczkę.

- Dziękuję – uśmiechnęła się do niego uprzejmie acz smutno Anna i spojrzała w stronę Borysa. – Ten chłopak niewątpliwie ma jakieś zalety. Mam do niego o wiele więcej sympatii aniżeli do tego boksera, który ukradł ci spinki.

- Słyszeliście państwo!? Wiedziałem, że jej się spodoba! – zawołał Borys. Zadowolony z siebie zaczął się kłaniać wszystkim na lewo i prawo. Szubertowi zrobiło się wstyd za jego błazeństwa.

- Drogi Borysie – pogroziła mu palcem staruszka. – Gdyby nie był pan wielkim wirtuozem, należałoby pana odizolować od społeczeństwa. Przekracza pan w sposób niedopuszczalny pewne fundamentalne zasady. Staruszka wymówiła słowo „wirtuoz” z jakimś szczególnym, staroświeckim wdziękiem. Jednak w uszach Szuberta „wirtuoz” staruszki zadźwięczał jakąś obcą, lubieżną i wrogą nutą.

- A póki cię jeszcze nie zamknęli za kratami – przerwała Anna – być może łaskawie siądziesz do fortepianu?

Pchnęła skrzydła wielkich drzwi prowadzących do sąsiedniego salonu.

Prawie w ogóle nie było tam mebli, jedynie kilka krzeseł i ogromny, czarny fortepian z gładkim, uniesionym skrzydłem – tak lśniącym, jak gdyby oblano je wodą. Goście weszli do salonu za gospodynią, a Borys stanął przed wielkim instrumentem przyglądając mu się spode łba niczym torreador bykowi.

- Zagram wam coś Schuberta – powiedział, sadowiąc się na okrągłym taborecie. – Umarł młodo nie zaznawszy smaku sławy za życia, a utwór, który zagram, napisał w bardzo młodym wieku. Ważne, abyście usłyszeli w tej muzyce pewną myśl, którą tam, według mnie, bardzo wyraźnie słychać. Sprowadza się ona do tego, że miłość, nawet nieszczęśliwa, to jedyne oparcie w życiu każdego z nas. Kiedy brak miłości, człowiek marnieje, usycha, dziwaczeje i zapada na jakąś śmiertelną chorobę.

Dopóki Borys mówił, Szubert patrzył na niego nie rozumiejąc do końca słów, domyślał się jedynie, że cała mowa skierowana jest do niego.

Przy pierwszych dźwiękach muzyki Szubertem owładnęło uczucie rozczarowania, a nawet nudy. Powoli jednak wsłuchiwał się w ulatujące dźwięki i wyłowił z nich melodię płynącą szybko niczym krystaliczny potok. Wypływała wartko spod rąk Borysa, które fruwały nad klawiaturą niczym białe, wielkie ptaki.

Szubert zamknął oczy. Czuł jak muzyka wypełnia cały jego krwiobieg niczym uzdrawiający lek. Poczuł, że był ciężko chory, a nie zdawał sobie z tego sprawy. Dopiero teraz odzyskiwał zdrowie na skutek tej cudownej muzyki.

Jego całe dotychczasowe życie niczym teatralna, kartonowa dekoracja odpływało gdzieś w przeszłość, w mroczny kąt za kulisami. Wszystko – kartonowe mieszkanie, w którym żyli, kartonowy on, kartonowa Pawlina Karolewna i cała reszta, ich małe miłosne dramaty – wszystko to w jednej chwili rozsypało się i pogrążyło w potoku zapomnienia. Szubert nie wiedział, co go czeka w przyszłości. Zrozumiał jedynie, że od tej chwili oddał swą duszę człowiekowi, spod którego rąk wypływała cudowna muzyka.

Nastąpiła cisza.

- Brawo! Grał pan dziś fenomenalnie. – westchnął któryś z zachwyconych gości.

Podeszła Anna i pocałowała Borysa w czoło.

- Byłeś jak zwykle wspaniały. Pozwól sobie jednak przypomnieć, że twój ukochany Schubert umarł na syfilis, ponieważ dużo pił i zadawał się z ladacznicami.

- Nieprawda. Zaraził się od swego przyjaciela, poety Schobera. Mieszkali razem. – objaśnił beztrosko Borys i nagle zaczął przebierać po klawiszach, bawiąc się jakimś kpiąco – radosnym motywem.

- Schubert był nieszczęśliwie, bo bez wzajemności, zakochany w swojej uczennicy Karolinie, córce hrabiego Esterhazy. – surowo napomniała go wytworna staruszka. – I zmarł nie na syfilis, ale na tyfus brzuszny, którego wówczas nie potrafiono leczyć.

- Ale syfilis leczono wówczas rtęcią. Po takiej kuracji mało kto przeżywał – upierał się Borys.

- Według pana wszyscy wielcy ludzie byli dotknięci tym paskudztwem. – złośliwie zauważyła Nina.

- Nie, nie wszyscy! – zaśmiał się Borys nie przerywając gry. – Lew Tołstoj miał trzynaścioro dzieci! I Puszkin był także poza wszelkim podejrzeniem, chociaż niektórzy twierdzą inaczej.

- Wie pan, akurat kolekcjonuję przedśmiertne słowa różnych znakomitości. – włączył się do rozmowy nerwowy Iwan Piotrowicz, w apaszce na szyi. – Proszę sobie wyobrazić, że doskonale pamiętam, co powiedział Schubert! Jego słowa zapisał brat, który był przy nim do samego końca: „Błagam cię, odprowadź mnie do mego pokoju, nie pozostawiaj mnie w tym kącie pod ziemią. Czyż nie ma już dla mnie miejsca na górze?”.

„Błagam cię” – powtórzył w myślach Szubert i poczuł jak jego dusza płacze i śmieje się z gorzkiego szczęścia.

Piękna pani domu klasnęła kilka razy w dłonie.

- Zapraszam wszystkich do stołu – powiedziała i goście zaczęli podnosić się z miejsc.

W niewielkim zamieszaniu u drzwi do jadalni Szubert poczuł uścisk ręki Borysa.

- Mam już dość tej wizyty. Spadamy? Po angielsku.

W przedpokoju Szubert znalazł swą reklamówkę z rzeczami. Borys założył płaszcz.

- Wybacz, ale nie podoba mi się to towarzystwo. – zwrócił się do Anny, która przyszła z jadalni do przedpokoju, zauważywszy ich nieobecność.

- Kiedy wylatujesz, Borys? – spytała z delikatnym smutkiem.

- W środę. Ale jeszcze tu wrócę. Nie pozbędziesz się mnie tak łatwo.

„W środę?” – Szubert nie od razu zrozumiał sens tych słów.

Gdy wyszli na ulicę, akurat przestało padać i kałuże mieniły się w świetle latarni, zupełnie jak czarne skrzydło fortepianu.

- Ona naprawdę jest pańską żoną? – zdecydował się w końcu zapytać Szubert.

- Wszystkim się wydaje, że sławni ludzie żyją niczym w raju. Ona jest strasznie samotna. Często ratujemy się nawzajem przed popełnianiem różnych głupstw.

- Wyjeżdża pan za granicę?

- Tak – odparł po chwili. – Czujesz zapach powietrza? Jaki świeży po burzy! Mam koncerty w Wiedniu, a potem w Londynie i jeszcze gdzieś tam… Mój kalendarz jest wypełniony na dwa najbliższe lata.

„A co będzie ze mną?” – chciał zapytać Szubert, ale tylko zagryzł wargi. Zapatrzył się w kałużę, obchodząc ją skrajem chodnika.

- Pojedziemy do naszego hotelu? – zapytał Borys i zaczął się rozglądać za taksówką.

„Nie. Przecież potem i tak mnie zostawisz”. – chciał powiedzieć Szubert, ale zamiast tego milcząco kiwnął głową. Chciał na koniec poczuć jak uprawia się seks z człowiekiem, którego się kocha. I niech on nigdy nie dowie się o jego miłości, aby czasem nie próbował jej odwzajemnić.

Rankiem obudził Szuberta przenikliwy chłód. Od okna ciągnęło chłodem zbliżającej się nieuchronnie jesieni. Borysa już nie było. Na nocnym stoliku leżało kilka banknotów przyciśniętych pustym szklanym wazonikiem.

Olga Pogodina–Kuzmina, tłum. Zbigniew Lewandowski

Olga Pogodina–Kuzmina urodziła się na Syberii. Od 3 lat mieszka w Sankt Petersburgu. Z wykształcenia jest teatrologiem. Ukończyła Petersburską Akademię Teatralną. Jej pierwsza sztuka teatralna o tematyce gejowskiej „Мармелад. ru” otrzymała II nagrodę na konkursie młodych petersburskich dramaturgów w 2004 r. Młoda artystka aktywnie publikuje w różnych periodykach poświęconych współczesnej dramaturgii.

Imię i nazwisko tłumacza to pseudonim artystyczny.




Skomentuj

  

  

  

Obraz CAPTCHY

*

Możesz używać następujących tagów HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Pamiętaj: zamieszczając komentarze akceptujesz regulamin

napisz do nas: listy@homiki.pl

Homiki.pl. Czasopismo zarejestrowane w Sądzie Okręgowym Warszawa Praga pod nr 2372 więcej »
Nr ISSN: 1689-7595

Powered by WordPress & Atahualpa