Muzyka dla Szuberta, cz. 1

Kiedy Szubert otworzył oczy, światło dnia przenikało do pokoju przez szpary w kotarach zasłaniających okno. Przez dłuższą chwilę przysłuchiwał się miarowemu oddechowi ogromnego cielska, które leżało w łóżku tuż obok niego. Potem ostrożnie wysunął się nieco z pościeli i wychyliwszy się poza tapczan, po omacku zaczął szukać skarpetek na podłodze.

- A dokąd to się wybierasz? – zapytał niespodziewanie tłuścioch leżący obok niego. Szubert odruchowo wzdrygnął się na dźwięk jego słów – Pośpijmy jeszcze.

Mimo, że głos grubasa był ciepły i przyjazny, Szubert nie miał odwagi się sprzeciwić. Milcząc, posłusznie ponownie przykrył się kołdrą. Wstydził się przyznać, że musi do toalety, a poza tym niemiłosiernie chciało mu się palić.

- Czyżbyś się gdzieś spieszył? – zapytał łagodnym tonem tłuścioch.

- Nie, nigdzie. – odparł Szubert żałując, że nie wykręcił się byle kłamstwem i nie wyrwał się z pościeli.

Z grubasem poznali się nad ranem w sali dawnego domu kultury, gdzie w weekendy organizowano gejowskie dyskoteki. Szubert krążył wokół pustoszejącego już parkietu wśród podobnych sobie samotnych poszukiwaczy przygodnego seksu. Jak inni czekał na otwarcie metra, aby móc dojechać do domu. Nie tyle do domu (bo ten pozostawił bardzo daleko stąd), co do dwupokojowej klitki w jednej z miejskich sypialni, którą wynajmował na spółkę z Paszką Sozninem. Paszka, znany w środowisku jako Pawlina Karolewna, był starszy od Szuberta o siedem lat i z tej przyczyny rościł sobie pretensje do uczenia go życia. Pracowali razem w salonie fotograficznym, przyjmując na co dzień filmy do wywołania, a w weekendy odwiedzali znajome „koleżanki” lub spędzali czas w gejowskim klubie, gdzie czasem Szubertowi udawało się zarobić ciałem nieco grosza.

W przeciwieństwie do Paszki, który przyjechał do wielkiego miasta w poszukiwaniu szczęścia już wiele lat temu, Szubert nie wypadł jeszcze z obiegu i budził zainteresowanie. W bardzo młodych latach udawało mu się bezpiecznie przeżywać różne awantury wśród rówieśników dzięki swym niewielkim rozmiarom. Gdy stuknęła mu dwudziestka, otoczenie nadal brało go za szesnastolatka, a zdarzali się i tacy, którzy nie dawali mu więcej niż czternaście lat. Szubert nauczył się to wykorzystywać. Opracował cały system zachowań, aby wciąż być w kręgu zainteresowań amatorów małolatów. Ubierał się skromnie, ale młodzieżowo, włosy strzygł krótko. W klubie trzymał się co bardziej ciemnych kątów, jak gdyby umyślnie nie chciał rzucać się w oczy. Jednak ci, co mieli potrzebę, doskonale go zauważali i od razu proponowali mu konkretną kasę za seks. Nie mieli ochoty na żadne gry wstępne i całą tę zbyteczną sztukę uwodzenia.

Będąc z klientem, Szubert zwykle milczał czyniąc wrażenie wstydliwego młodzieńca. W głębi duszy był naprawdę nieśmiałym chłopcem, którego życie wiodąc po swych meandrach chroniło jak dotąd od niebezpiecznych wirów i wciągających głębin. Miał wprawdzie swoje małe zmartwienia i kłopoty, ale przecież czy istnieje ktoś, kto ich nie ma?

- Cóż, jeśli nic cię nie goni i nigdzie się nie spieszysz, to proszę cię o dotrzymywanie mi towarzystwa przez cały dzisiejszy dzień – powiedział tłuścioch i wyciągnąwszy spod kołdry rękę pogłaskał Szuberta po ramieniu. – Ma się rozumieć, ja płacę za wszystko.

- A co będę musiał robić? – zapytał chłopak nieco zaniepokojony takim postawieniem sprawy.

- Pojedziemy w odwiedziny do pewnej sympatycznej osoby, która dzisiaj obchodzi swoje urodziny. Po prostu nie chce mi się iść tam samemu.

Grubas przewrócił się z boku na bok, aż hotelowe łóżko zaskrzypiało pod nim niebezpiecznie. Jego ogromne ciało falowało przy każdym ruchu. „Co za masa” – pomyślał Szubert przypominając sobie z jaką siłą i zwinnością tłuścioch wziął się za niego nocą. Swoje zaloty zaczął w ciasnej łazience, a skończył na tym właśnie łóżku. O dziwo, w nocy łóżko z jakichś niewyjaśnionych przyczyn nie skrzypnęło ani razu.

- Nie wiem dlaczego, ale wydaje mi się, że jesteś właśnie tym, którego dziś mi potrzeba – powiedział gruby i pieszczotliwie pogłaskał Szuberta po głowie. Zaraz potem, tą samą ręką, zniżył jego twarz do wysokości swego obnażonego podbrzusza.

Hotel, w którym spędzili noc, był tani i nędzny. Do takiej konkluzji Szubert doszedł siedząc na kanapie w recepcji, podczas gdy tłuścioch regulował rachunek. Nocą specjalnie mu się nie przyglądał, dopiero teraz mógł chłodnym okiem ocenić całą sytuację. Jego nowy kochanek nie był już wcale taki młody, za to wyjątkowo brzydki. Nawet obszerny płaszcz nie potrafił zamaskować jego ogromnej tuszy. W tej chwili Szubert pomyślał, że klient z takim sadłem powinien być bardziej szczodry. Zaczął się domyślać, dlaczego grubas przyszedł do gejowskiego klubu tuż przed zamknięciem. Najwyraźniej liczył na tanią zdobycz wśród tych, którzy przestali już wierzyć tamtej nocy w jakikolwiek zarobek.

Wyszli z hotelu i wsiedli do stojącej na postoju taksówki.

- Trzeba pomyśleć o jakimś śniadaniu – powiedział gruby. – Moje wewnętrzne, żarłoczne zwierzę podpowiada mi, że ma ochotę na filiżankę mocnej kawy i schabowego z pieczonymi ziemniakami.

„To zwierzę to chyba jakiś wieprz albo wilk” – pomyślał Szubert lecz głośno wyraził zgodę. Mdliło go nieco od letniej wody jakiej nałykał się rano w hotelowej łazience, gdy doprowadzał się do porządku po porannym seksie ze swym słoniowatym klientem. Myśląc o nocy z grubasem, nie miał niemiłych wspomnień. Były chwile, że wydawał się sobie groszkiem z bajki przygniecionym masą puchowych poduszek, na których siadła tłustym zadkiem księżniczka pana Andersena. Mimo to czuł się zaspokojony i spełniony.

W małej restauracyjce, do której przywiózł go grubas, Szubertowi od razu się spodobało. Pomyślał nawet, że musi zapamiętać to miejsce i przyjść tu kiedyś z Pawliną Karolewną lub z Maksem. Kiedy jednak spojrzał na ceny w eleganckim menu, zagryzł tylko z rezygnacją wargi. Tłuścioch natomiast zupełnie nie przejął się cenami. Nie patrząc na nie w ogóle powiedział:

- Zdaje mi się, że na śniadanie jest już za późno. Zaczniemy od razu od obiadu i wina.

Kelner przyjął zamówienie. Szubert zachęcany przez swego klienta, aby wybierał na co ma ochotę, starał się zamawiać potrawy w miarę tanie. Nagle zrobiło mu się głupio i przestało go bawić narażanie grubasa na wydatki. Szeroka twarz grubego połyskująca w blasku lampy przestała mu się wydawać brzydka. A jego nieco wyłupiaste, zielono-złote oczy ważki, emanujące jakąś zniewalającą siłą, zaczęły się Szubertowi podobać. Chłopak poczuł tajemny związek istniejący między tym spojrzeniem, a seksualną mocą, której na pierwszy rzut oka nikt by się w tym nalanym ciele nie spodziewał. Nagle Szuberta zachwyciły dłonie jego klienta – wielkie, silne, z długimi białymi palcami.

Chociaż nocą w klubie grubas podał swoje imię, Szubert go nie usłyszał z powodu zbyt głośnej muzyki. A zapytać ponownie nie miał odwagi. Teraz znowu, kiedy zostali już w jakimś sensie kochankami, niezręcznie było spytać: „A jak pan ma właściwie na imię?” Zamiast o imię Szubert zapytał:

- A gdzie będą te urodziny? I kiedy?

- W centrum miasta. Musimy tam być około osiemnastej lub dziewiętnastej. Trzeba będzie kupić kwiaty i jakiś prezent. I nowe ubranie dla ciebie.

Młody kelner otworzył przy ich stoliku butelkę wina. Był to wysoki, przystojny chłopak ze skromną, choć modną fryzurą. Tacy zawsze wydawali się Szubertowi niedościgłymi ideałami męskiego piękna. W ich obecności kurczył się zawstydzony, wydawał się sobie jeszcze mniejszy niż był w rzeczywistości, bardziej niedomyty, zapuszczony i biedny. Często zastanawiał się nad tym, do jakiego znaczenia mógłby dojść, gdyby tak los dołożył mu lekką ręką z 10 czy 15 centymetrów wzrostu. I zastanawiał się dlaczego poskąpiono mu tego, czym tak szczodrze obdarzono licznych dryblasów.

- Wypijmy twoje zdrowie – zaproponował grubas. – Podoba mi się twoja powściągliwość i milczenie. To obecnie rzadko spotykane cechy.

Szubert zaczerwienił się. Nie z powodu komplementu, ale dlatego, że mógł to usłyszeć ten piękny kelner. Jeśli usłyszał, nie ma już wątpliwości jakie relacje ich łączą. Chyba jednak usłyszał, bo za plecami klienta puścił do Szuberta perskie oko.

- Tylko imię masz jakieś takie nieporęczne – kontynuował tłuścioch. – Fiodor brzmi zbyt oficjalnie, natomiast Fiedka – zbyt konfidencyjnie. Jak się do ciebie zwracają przyjaciele?

- Szubert – bąknął pod nosem chłopak, zapalając papierosa. – To moje nazwisko, dziadek był Niemcem.

- Tak się nazywał kartograf, który jako pierwszy sporządził szczegółowy plan Petersburga – powiedział po dłuższym zamyśleniu grubas. – Fiodor Szubert.

- Był też taki kompozytor – zauważył Szubert.

- Kompozytor? Ach, tak, kompozytor.

Kiedy Szubert szedł do toalety, minęło go dwóch kelnerów. W szytych na miarę liberiach wyglądali jak bliźniacy.

- A ty, wielkoludzie, gdzieś kupił buciki? – zapytał ten wyglądający na nieco starszego, który niósł tackę pełną filiżanek. – W „Smyku” czy może w „5-10-15”?

- Laska mała. Taka robi loda na stojaka – zachichotał ten drugi.

Mimo złośliwych uwag uśmiechali się do Szuberta, można rzec, przyjaźnie. Ten nabrał więc odwagi i zapytał:

- Znacie tego wieprzka?

- Po pierwsze, to nie żaden wieprzek, ale Borys Siergiejewicz – odparł poważniejąc, starszy z kelnerów. – A po drugie, owszem, znamy go. Jest dobrym znajomym naszego szefa. Bywa u nas bardzo często. A ciebie, szaławiło, wpuszczono tutaj tylko dlatego, że przyszedłeś w jego towarzystwie.

„Pocałuj mnie w dupę” – pomyślał Szubert, ale nie odezwał się słowem.

Borys tymczasem siedział sam przy stoliku i palił cygaro.

- Zaraz przyniosą kawę – uśmiechnął się do Szuberta tym uśmiechem, którym rzadko obdarzają się ludzie wymieniający jedynie zdawkowe grzeczności.

Po opuszczeniu restauracji pojechali do salonu mody męskiej, gdzie kupili garnitur dla Szuberta. Ubranie było uszyte z dobrego gatunkowo szarego sukna w drobne paski. Założywszy na siebie nowy garnitur, nową koszulę i dobrany odpowiednio krawat, Szubert ledwo poznał samego siebie w wielkim lustrze męskiej przymierzalni. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wydawał się teraz wyższy, przystojniejszy i bardziej interesujący. Co prawda spodnie, aby dobrze leżały, trzeba było nieco ściągnąć paskiem, ale mimo to jak dotąd żaden ubiór nie leżał na nim tak imponująco.

- Pozostało jedynie kupić ci buty – powiedział Borys przyglądając się Szubertowi wzrokiem wielkiego kreatora męskiego wizerunku.

Dział obuwia magazynu mody świecił pustkami, nie było w nim ani jednego klienta. Odbijając się w lustrach niczym żołnierze w paradnych mundurach, całe szeregi eleganckich męskich pantofli mieniły się różnymi kolorami. Były wśród nich czarne, brązowe, koloru ciemnej pomarańczy, kremowe i w odcieniu kawy z mlekiem. Bez wyjątku były to drogie buty w dobrym gatunku, gotowe latami służyć swemu nabywcy, byle tylko się z nimi dobrze obchodził.

Szubert o mały włos nie rozpłakał się na widok tych wszystkich skórzanych wspaniałości. Inni mężczyźni, nawet tacy grubi i niemłodzi jak jego towarzysz, mogli po prostu podejść i wybrać sobie upatrzoną parę, a następnie sprawdziwszy numer, przymierzyć. Poczuć stopą miękkość dobrze wyprofilowanego spodu na twardej podeszwie i gładkość wyścielonej cieniutkim niczym jedwab, zamszem cholewki. Niestety, Szubert całe swoje życie przechodził w damskich pepegach albo butach kupowanych w sklepach dla dzieci i młodzieży, co przecież nie uszło uwadze złośliwych kelnerów w restauracji.

- Coś nie tak, mały? – zapytał Borys przyglądając się niepewnej minie Szuberta. – Jeśli ci się tu nie podoba, pójdziemy do innych salonów z butami. Na każdym piętrze jest tu ich pełno.

- Nie ma potrzeby – z trudem wyksztusił z siebie chłopak. – Tylko, że ja mam taki mały rozmiar nogi…

- Ach, o to chodzi! – powiedział grubas. – No jaki jest ten twój rozmiar?

Kiedy Szubert podał rozmiar butów jakie nosi, jego tęgi towarzysz sięgnął po portfel i podszedł do kasy, przy której stał chudy, szpakowaty sprzedawca.

- Widzi pan tego młodego człowieka? Posiada on bardzo zgrabną parę nóg, nie przesadzę, gdy powiem, że niczym bajkowy kopciuszek. Chcielibyśmy kupić dla niego buty – eleganckie, drogie męskie pantofle w rozmiarze 36.

Chudy sprzedawca chciał coś powiedzieć, ale grubas położył na ladę zwitek banknotów.

- To dla pana, za kłopot. Otrzyma pan drugie tyle, gdy się postara o poszukiwane przez nas buty. Będziemy oczekiwać piętro niżej, w kawiarni. Zrobiło mi się duszno, muszę dla ochłody napić się piwa.

Szubert był prawie przekonany, że sprzedawca ani myśli szukać dla niego butów gdzieś w przepastnych magazynach. Wziął wprawdzie pieniądze od zwariowanego Borysa, ale już zdążył o wszystkim zapomnieć. Jednak widać było, że grubas ani przez chwilę nie wątpi w pomyślny finał zlecenia, jakie powierzył szpakowatemu sprzedawcy. Spokojnie pociągał piwo z dużej szklanki i opowiadał Szubertowi o swej podróży do Italii.

- Nie wiem czy mógłbym zamieszkać we Włoszech na stałe, ale spędzić tam od czasu do czasu kilka tygodni to wspaniała rzecz. Uroczy, przyjemny klimat, życzliwi, dobrzy ludzie i na każdym prawie kroku mnóstwo zabytków. Rzym, Florencja, Wenecja, wspaniałe jeziora… Czy podróżnikowi potrzeba czegoś więcej? No, może jedynie kogoś miłego do towarzystwa. Następnym razem zabiorę cię ze sobą. Szubert zlizał piwną pianę z górnej wargi:

- Nigdy dotąd nigdzie nie byłem. Tylko tutaj, nie licząc miasteczka, gdzie wcześniej mieszkałem.

- Popatrz, dotąd cię nie spytałem, co właściwie porabiasz? To, oczywiście, nie ma znaczenia, ale chciałbym się dowiedzieć co nieco o tobie. – powiedział Borys. – Cały czas mam nadzieję, że twoje nocne spotkania z mężczyznami to bardziej hobby, aniżeli sposób na zarabianie pieniędzy?

- Pracuję w salonie fotograficznym. – objaśnił Szubert. – Przyjmuję filmy do wywołania. Często oglądam sobie zdjęcia klientów, zanim przyjdą po ich odbiór. Fotki przedstawiają różne piękne miejsca – kurorty, góry, morze, różne miasta. Ludzie z tych zdjęć muszą być bardzo szczęśliwi, ciągle się uśmiechają.

- Ty, Fiodorze Szubercie, istotnie doskonale się nadajesz na kopciuszka – zauważył grubas – Problem w tym, że ja absolutnie nie godzę się na rolę baśniowego księcia.

Olga Pogodina–Kuzmina, tłum. Zbigniew Lewandowski

Olga Pogodina–Kuzmina urodziła się na Syberii. Od 3 lat mieszka w Sankt Petersburgu. Z wykształcenia jest teatrologiem. Ukończyła Petersburską Akademię Teatralną. Jej pierwsza sztuka teatralna o tematyce gejowskiej „Мармелад. ru” otrzymała II nagrodę na konkursie młodych petersburskich dramaturgów w 2004 r. Młoda artystka aktywnie publikuje w różnych periodykach poświęconych współczesnej dramaturgii.

Imię i nazwisko tłumacza to pseudonim artystyczny.




Skomentuj

  

  

  

Obraz CAPTCHY

*

Możesz używać następujących tagów HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Pamiętaj: zamieszczając komentarze akceptujesz regulamin

napisz do nas: listy@homiki.pl

Homiki.pl. Czasopismo zarejestrowane w Sądzie Okręgowym Warszawa Praga pod nr 2372 więcej »
Nr ISSN: 1689-7595

Powered by WordPress & Atahualpa