- homiki.pl - http://homiki.pl -

Wyszkolona norma hetero

[1]

Pobudka 7 rano, szybki prysznic, na śniadanie przeważnie ciepłe mleko z płatkami kukurydzianymi, szklanka soku, 15 minut na ogarnięcie maila i ogólnie sieci. Potem już tylko plecak na plecy i do szkoły. Krótkie, poranne scenariusze ponownie wytrzebiły swawolne i leniwe godziny podziwu nad światem za oknem.

Droga do szkoły zajmuje mi niej więcej tyle samo czasu, co w rodzinnym Pasłęku. Tak jak tam poranna ulica zasypana jest uczennicami i uczniami. Od tych najmniejszych po całkiem wyrośniętych. Wszyscy zdecydowanie kroczymy po wiedzę, każdy do własnej szkoły. Moja szkoła zdaje się być dawną katolicką, z czasów, kiedy Kościół Katolicki kontrolował w Quebecu wszelkie dziedziny życia społecznego. Wyraźnie wybetonowany nad wielkim prawym wejściem napis BOYS i nad lewym napis GIRLS są dziś tylko zabawną ciekawostką tamtych czasów. Szkoła musiała łączyć wszystkie szczeble nauczania. Ślady dawnej różnorodności dydaktycznej pozostały zaledwie w toaletach. Im niższe piętro, tym wysokość zamontowanych muszli klozetowych i pisuarów mniejsza. Tym sposobem wydedukowałem, że szkoła w swoich suterenach przyuczać musiała przedszkolaków.

Dziś to zwyczajna szkoła dla dorosłych, którzy muszą nadrobić kilka przedmiotów do uzyskania wykształcenia średniego. Można też ukończyć tu kursy zawodowe, zaplanować swoją ścieżkę rozwoju edukacyjnego.

Szkoła prowadzi też naukę języka francuskiego. Frankizacja odbywa się codziennie równo 7 godzin i 20 minut z przerwą na kawę i lunch. Życie szkolne w wieku dorosłym jest odświeżające. Z jednej strony nasza szkoła jest typowa. Mamy w niej stołówkę, salę gimnastyczną oraz kółko plastyczne. Mamy grono pedagogiczne z pokojem nauczycielskim, wspomniane przerwy, pomazane markerami toalety oraz własne szafki na książki. Typowo wąskie i metalowe szafki ustawione rzędami przy ścianach w hallu, które ja znałem tylko z amerykańskich filmów. Z drugiej strony jednak w mojej szkole wszyscy jesteśmy dorośli. Nauczyciele nie mogą narzucać własnych wartości, nie mogą na nas krzyczeć, a szkolne zasady życia społecznego obowiązują ich w takim samym stopniu jak nas. Do tego uczniowie poddani frankizacji to w 90% migranci. Do tej pory miałem okazję uczyć się z Chinkami i Chińczykami, Japonką, Wietnamką, obywatelami i obywatelkami Bangladeszu, obywatelem Indii, Iranką, Białorusinką, Rosjaninem, Albańczykiem, Romem, osobami z całej Ameryki Południowej oraz – co się zdarza – Kanadyjkami i Kanadyjczykami.

Powrót do szkoły nie jest łatwy. Nigdy nie lubiłem tej organizacji. Nigdy nie było mi dane usłyszeć tyle razy określeń „pedał”, „ciota”, „cwel” i wielu, wielu innych, co właśnie w szkole. Ich wszechobecność mnie przytłaczała. Najtrudniej było zawsze wtedy, gdy padały one bezpośrednio, ale te frywolne, rzucane od niechcenia, zastępczo dla innych potocznych, szkolnych słów zawsze wzmagały czujność. Ofiarą szkolnego życia można było stać się bardzo łatwo – i nigdy nie wyjść z tej roli. Wystarczyło mieć włosy w kolorze „rudym”. Jeśli ktoś miał dodatkowo w komplecie kilka kilogramów więcej, lub nie stać go było na modną bluzkę był bez szans. Uczniowie potrafili zadziobać taką osóbkę, jak szare wróble papużkę falistą, która uciekła z klatki. Ja też ze względu na swoją mini-posturę miałem kilku wrogów, ale też rozpoznawalnego starszego brata i pyskatą młodszą siostrę z tej samej szkoły – na szczęście.

W obecnej szkole mam siebie, podhodowanego przez swoje życie i z rocznym stażem przysposobienia do życia w rodzinie dyktowanego kulturowo przez Kanadę. I mimo, że szkoła jest dorosła i ucywilizowana – czyli po prostu wiadomo z czego śmiać się wolno, a z czego nie, co wypada, a co nie – trauma szkolnego „pedałka” wisi nade mną. W dodatku szkoła wydaje się być heteronormatywną wyspą w tym mieście. Ani widu, ani słychu o żadnej innej orientacji poza heteroseksualną. Szczególnie pięknie to wychodzi podczas zajęć o rodzinie w tak małej i łatwej do poznania społeczności klasy. Podczas niewinnej nauki nowego słownictwa zaczyna się od mamy i taty, a kończy na mężu lub żonie. I leci taka rundka przez cale kółeczko klasowe i gdzieś tam po drodze w klasowym kącie przypomina się komuś, że w Kanadzie może być mąż i mąż i pada lewo-klasowa salwa śmiechu, a potem jeszcze muzułmanin z żydem rzucają cichy komentarz „to jest ohydne”. W końcu kolejka dociera do mnie.

– Jesteś wolny? – pyta nauczyciel.
– Nie, nie jestem wolny – odpowiadam pełnym zdaniem.
– Masz dziewczynę? – pyta dalej.
– Nie, nie mam dziewczyny – odpowiadam z uśmiechem.
– Żyjesz w związku partnerskim? – pyta dalej nauczyciel.
– Tak, żyję bez ślubu – odpowiadam, a nauczyciel nie wchodzi w szczegóły.

Nie wiem, czy zrozumiał sytuację, czy nie. W końcu bez ślubu w mojej klasie żyje kilka osób, on też. Różnica polega na tym, że wszystkie one z osobą innej płci. Miło mi się jednak zrobiło, kiedy w dalszej części nauki narysował wyimaginowane drzewo genealogiczne zbudowane z naszej klasy. Cała klasa wybuchnęła salwą śmiechu, gdy w końcu po długim czasie zauważyła nauczycielski trick, a Kolumbijczyk odmówił wypowiedzenia po francusku zdania „Tom jest moim bratem, a jego brat Alvaro jest moim mężem”. Ta sytuacja wprowadziła konsternację, a heteronorma przejęła swoją uspokajającą standardową dominację na dalsze tygodnie nauki.

W towarzystwie podobnych standardowych pytań nie czują się komfortowo samotne matki. Zwłaszcza, że nauczyciel zapomniał następnego dnia, że żyją one bez ojców swoich dzieci. Rozwiedziony muzułmanin przytłoczony pytaniem o żonę, opowiedział prawie całą historię rozwodu. Nawiasem mówiąc – obecność religii w świecie muzułmańskim przytłacza mnie. Nawet na inne proste pytanie – Co robisz wieczorami? – kiedy każdy z nas odpowiada: piorę, gotuję, czytam, oglądam telewizję, idę spać, każda osoba wyznania muzułmańskiego dokłada – modlę się. Czepiam się? Po prostu uważam, że modlitwa to sprawa totalnie prywatna. W końcu nie istnieje ona w kanonie szkolnych pytań, podobnie jak pytanie o wieczorny seks.

To, że nie mówi się o seksualnych igraszkach nie znaczy, że nie mówi się z kim się śpi. Rzadko która heteroseksualna osoba jest w stanie zrozumieć, jak często narzuca własną interpretację świata opierając się jedynie o oczywistą dla niej seksualność. W tym miejscu przyda się następny przykład ze szkoły. Miesiąc temu pracowaliśmy w parach nad jednym ćwiczeniem. Łączyliśmy w zdania porozrzucane francuskie słowa. Między innymi zauważyłem takie zdania jak „pobladłem jak ser” oraz „zaczerwieniałam się od słońca”. Niby OK – tylko, że osoba, z którą pracowałem była czarnoskóra. Dla mnie to ćwiczenie jest tylko ćwiczeniem. Dla niej informacją, że ten podręcznik jest stworzony przez osobę o białym kolorze skóry dla osób o białym kolorze skóry.

Szkoła ciągnęła się dniami, potem tygodniami, wreszcie zacząłem odliczać miesiące. Grono moich znajomych powiększało się. Dzieliliśmy się swoim życiem prywatnym i nic. Ani jednego geja, ani jednej lesbijki, żadnej osoby biseksualnej. Totalne zero. Migracyjna rzeczywistość zdaje się unormowana przez heteroseksualizm, umocniony szkolnym standardem wiedzy i aż ociekającymi nim podręcznikami. Z tego też powodu po świętach nie miałem zbytnio ochoty wybierać się tam ponownie. Na pierwszych zajęciach w nowej klasie przysiadł się do mnie przerośnięty Białorusin. Pomyślałem sobie – bez szans, po za tym na własny krąg kulturowy nie ma co liczyć. Przedstawiłem się typowo z imienia. Zapytałem jeszcze jak się miewa.

– Ogólnie ok – odpowiedział. Po czym dodał ściszonym głosem – Trochę jestem niewyspany. Wiesz, od tygodnia mam nowego faceta.
Ja zrobiłem wielkie oczy.
– Mam nadzieję, że to ci nie przeszkadza? – zapytał.
– Bynajmniej – odpowiedziałem.

Tomasz Szóstek– z urodzenia pasłęczanin, kulturowo warszawiak. Od roku mieszka w Montrealu ze względu na karierę naukową partnera. Wolontariusz Lambdy Warszawa i manager projektów organizacji pozarządowych. Miłośnik przyrody i słowa. Bloger portalu katolickiego www.tezeusz.pl [2]

Autorzy:

zdjęcie Tomasz Szóstek

Tomasz Szóstek [3]

pedagog, gej, feminista, edukator przedszkolny, migrant kanadyjski od 2010 roku.