- homiki.pl - http://homiki.pl -

Kamingałtowanie w sanatorium

[1]

O coming outach wiele już na portalu Homiki napisano. Ja również dzieliłam się swoimi obserwacjami i doświadczeniami w tym zakresie w różnych publikacjach. Teraz chciałabym napisać kilka słów o nowym doświadczeniu w nowym miejscu.

W związku z leczeniem mojej przypadłości chorobowej znalazłam się w sanatorium w Krynicy-Zdroju. Stereotypowych przekazów o samym „zjawisku sanatoryjnym” nasłuchałam się wiele od różnych znajomych, których ktoś z rodziny przebywał w takimż miejscu. Głównie były to informacje typu: to nie sanatorium, ale „kurwitorium”, co tam się dzieje, poruta i burdel, etc. Znajomy gej nawet zażartował: „tylko nie wróć z brzuchem! :-)” Miałam okazję sama przekonać się na własne oczy, jak to jest z tymi stereotypami.

Pomyślałam sobie, ile mnie tam może czekać pracy kamingałtowej…

Faktem jest, iż w sanatorium średnia wieku jest dość wysoka, bowiem wybierają się tam głównie emeryci i renciści. Podobno byłam najmłodsza, choć w PESELE innych nie zaglądałam. Przyszło mi zmierzyć się ze starszyzną. „Od geriatrii – do pediatrii”.

Celem wprowadzenia można powiedzieć, iż cały „klimat sanatoryjny”, cały sztafaż tego zjawiska, które wokół pobytu zdrowotnego powstaje, jest oparty na „twardych” relacjach heteroseksualnych, potencjalnym podrywaniu, kojarzeniu się par, tańcach i „baletach”. „Kto z kim i co”, kto kogo tylko polubił, kto kogo odwiedza i w jakim celu, kto komu i co kupuje, kto i z kim na deptaku spaceruje. Zdarzają się romanse, „turnusowe małżeństwa”. Dotyczy to jedynie części kuracjuszek i kuracjuszy – każdy bowiem znajduje to, czego szuka. Jak w życiu. Część zachowuje się jak przysłowiowe „psy zerwane z łańcucha”, co niestety świadczy o jakości relacji w ich związkach. Dla spragnionych tańców są codzienne zabawy w rozmaitych lokalach (widok tańczących ze sobą, z racji niedostatku mężczyzn, kobiet – bezcenny), „fajfy”, czyli potańcówki poobiednie, różne imprezy prywatne odbywające się w pokojach. Ponieważ sanatoriów w miejscowościach uzdrowiskowych jest wiele (w samej Krynicy kilkadziesiąt), tutejsze lokale są nastawione na tego typu atrakcje.

Kurują się tutaj wszyscy: nauczyciele, wojskowi, górnicy, policjanci, malarki, księgowe i pielęgniarki.

Częstym pytaniem pojawiającym się przy pierwszych spotkaniach (czy to przy stoliku w jadalni, czy podczas zabiegów leczniczych) – „czy masz żonę/męża?”, „ile masz dzieci? ” etc. Pytania te są bezpardonowe. Jako, że wraz z moją partnerką nosimy złote obrączki od kilkunastu lat, dla zdecydowanej większości kuracjuszek i kuracjuszy byłam po prostu żoną swojego męża. Stąd pytanie (o którym mogę jedynie pomarzyć) – „masz męża czy żonę?” nie pojawia się, tylko słyszę „a co na to twój mąż?”. Zostałam postawiona przed wielkim wyzwaniem obalenia tej pewności heteronormatywnej, naruszenia megaspektaklu godów – żartów, żarcików, podchodów, komentarzy. Postawiłam na dosadność, obcesowość odpowiedzi; bezpośrednio informowałam o tym, iż męża nie posiadam, tylko narzeczoną. Właśnie narzeczoną – nie żonę. Status narzeczonej sugeruje oczekiwanie na możliwość rejestracji związku, a żony – już jego legalność. Reakcje różne, ale dominowała nuta tolerancji (czymkolwiek ona jest), nie pojawiała się agresja. Raczej słowa „no każdy tam kogoś ma, kogo chce”, „i tak się zdarza” lub też niedowierzania („naprawdę?”). Oczywiście był to motyw do podjęcia dalszej dyskusji i w zależności od zaangażowania zainteresowanych szło w kierunku (znamy argumenty już z innych publikacji i z życia) „a po co te parady, po co się obnoszą”, „ja tam nic do nikogo nie mam, niech każdy sobie żyje po swojemu” po arcyświetne dla mnie pytanie: „czy wraz ze swoją narzeczoną prowadzicie dom?”. Było to dla mnie trudne doświadczenie, dlatego że konfrontacyjne, nagle trzeba zebrać energię i odpowiedzieć a potem patrzeć, w jakim kierunku idzie rozmowa. Po drugie – spędzamy tu razem 3 tygodnie, jemy przy wspólnym stole, spotykamy się, rozmawiamy – jakoś trzeba te kontakty utrzymywać choćby na minimalnym poziomie życzliwości. No i ważna kwestia – spodziewałam się jednak, iż ktoś skojarzy mnie choć z telewizji, odkurzy swoją pamięć i przypomni sobie, że zajmuję się działaniem między innymi na rzecz ustawy o związkach partnerskich. A jednak nie, nic, zero – czyli muszę tłumaczyć wszystko od początku. Że taka ustawa potrzebna, że wspólnota majątkowa, że niemożność pochowania partnera/-ki, że wysoki próg podatkowy przy dziedziczeniu… Jeśli ktoś był otwarty – wysłuchał, przyznał rację. Ewentualnie dyskutował.

Tak wyglądały – z grubsza – moje zmagania z przekazywaniem informacji o LG (a także o innych literkach) wśród trudnej grupy, jaką są osoby starsze (ogólnie mówiąc).

Doświadczenie moje pokazuje, jak wiele jeszcze przed nami do zrobienia w tej kwestii… Jak duża jest niewiedza naszych rodzin o nas.

Podsumowując: przed nami praca, praca, praca nad kamingałtowaniem!

Autorzy:

zdjęcie Yga Kostrzewa

Yga Kostrzewa [2]

aktywistka LGBTQ, rzeczniczka Lambdy Warszawa, członkini Grupy Inicjatywnej ds. Związków Partnerskich, feministka, ekolożka, absolwentka warszawskich Gender Studies. Uwielbia czytać, oglądać filmy, słuchać dobrej muzyki, fotografować i pisać. Prowadzi bloga www.ygakostrzewa.com