W centrum Wenecji – cz. 2

Burow robił jej zdjęcia przez całe pół godziny, a potem oboje oglądali materiał na monitorze komputera. Na niektórych zdjęciach wyglądała dobrze, ale nie była do siebie podobna. Te z kolei z uchwyconym podobieństwem były mało interesujące.
- No widzisz, jaka ślicznotka z ciebie – pochwalił swoją robotę Żeńka. Jeszcze tylko trochę podrasujemy to i owo w Fotoshopie… Wybiorę te najlepsze, podciągnę kolory i wyślę ci na mejla.

Usiedli na łóżku wśród sterty poduszek. Wypili znów po jednym. On przyniósł album wydany gdzieś za granicą z okazji jego wystawy. EUGENIE BUROV – widniało wydrukowane złotymi literami na okładce.

- Tu są moje starsze prace, ale też niezłe – pochwalił się.
Lena otworzyła album, przewróciła kilka stron i nagle… przejrzała na oczy.

Na fotografiach błyszczały neony i światła wielkich miast. Malownicze góry sięgały samego nieba. Pełne kwiatów doliny urzekały naturalnym pięknem. Ślady stóp na piasku wiodły do lazurowego morza… Ale przede wszystkim uśmiechali się z tych zdjęć niezliczeni chłopcy, młodzieńcy i mężczyźni. Bruneci i blondyni, piękni i mniej urodziwi. Rozebrani częściowo lub całkowicie. Nagich męskich ciał było tam tyle, że Lenie zakręciło się w głowie.
- Napijmy się! – zaproponował ponownie Burow.
Wychyliła kieliszek i zagryzła ogórkiem.
- Ładne zdjęcia, podobają mi się – powiedziała.

Żeńka leżąc bokiem na łóżku, oparł głowę na łokciu. Alkohol szybko na niego działał. Twarz mu obrzękła. Był teraz prawie brzydki. Jeszcze w restauracji Lena zauważyła, że brakuje mu jednego zęba. Było to szczególnie widoczne kiedy mówił. Teraz też na moment dostrzegła ten mankament jego urody.
- Słuchaj, Kirjejewa, może pojedziemy do ciebie? – zaproponował nagle. – Wypijemy jeszcze i poznasz mnie z synem.
- No, aleś wymyślił! – pokręciła głową z nagłym oburzeniem. – Wiesz co, Burow, masz szczęście, że z natury jestem cierpliwa i spokojna. Tak naprawdę nigdy nie rozumiałam kobiet zadających się z gejami. Trzeba mi było powiedzieć wprost… Nie mam pojęcia po coś mnie tu zaprosił i czego ode mnie chcesz… Myślę, że najwyższy czas, abym sobie poszła.
- Wolnego, kochana! – złapał ją za rękę – Była z ciebie zawsze niezła szprycha, Kirjejewa! Podobałaś mi się i nadal podobasz. Chcesz, to się z tobą ożenię?
Rozeźlona wyrwała rękę, wstała i sięgnęła po torebkę. Burow powlókł się za nią do przedpokoju.
- Posłuchaj… Przepraszam… Zostań jeszcze trochę. Mam się upić sam?…
- A po co ty w ogóle pijesz? Cóż to za nieszczęście cię spotkało? – krzyknęła. Nie kryła złości.
Skrzywił się i zaczął chlipać jak dziecko:
- Rzucił mnie chłopak, którego kochałem… W samym centrum Wenecji…
- Każdego kiedyś ktoś rzucił. I jakoś nikt od tego nie umarł! – powiedziała twardo, zakładając płaszcz.
- A ja tak! – smutnym głosem jęknął Burow – Umarłem, słyszysz?
Siadł bezradnie na podłodze i zaczął bezmyślnie gryźć paznokcie.

Lena popatrzyła na niego i uznała, że nie może go zostawić w takim stanie. Pod drzwiami, na podłodze własnego mieszkania. W jego pijanych, bezładnych słowach usłyszała nutę prawdziwego bólu. Pomyślała, że widać nie wszyscy są tak twardzi jak ona, żeby znieść nagłe porzucenie.

Westchnęła z rezygnacją i zrzuciła z nóg pijące buty. Do końca nie była pewna czy kieruje nią w tym momencie zwyczajny brak charakteru czy wyczytany gdzieś, kiedyś w szkolnych wypisach z Kanta tzw. gest dobrej woli. Usiedli oboje i znowu wypili po kieliszku. Burow otrząsnął się nagle z pijackiego otumanienia i zaczął przyrządzać kawę. Ponownie przyniósł album pełen fotografii weneckich plaż z nagimi chłopakami na pierwszym planie. Lena znowu zaczęła je oglądać. Zauważyła, że jeden z chłopaków jest obecny prawie na wszystkich fotografiach. Raz był nadąsany, innym razem wesoły, jeszcze na innej fotce melancholijnie zamyślony, ale prawie zawsze całkiem nagi.

- To ten? – zapytała Burowa.
- Tak. To z czasów, kiedy pojechaliśmy tam po raz pierwszy.
Burow zapalił papierosa i wpatrywał się w sufit.
- Trochę świata ze mną zwiedził, nie powiem. Wszędzie go zabierałem. Paryż. Barcelona. Ile ja, głupi, forsy na niego wydałem. Spokojnie mógłbym za te pieniądze kupić jeszcze jedno takie mieszkanie jak to.
- Wiesz Burow, nie ma rzeczy bardziej żałosnej, niż facet lamentujący nad wydaną kasą – skarciła go.
- Wszyscy żałują pieniędzy! – zaoponował. – Wiesz jakie to upokarzające, kiedy dotrze do ciebie, że liczyła się tylko twoja kasa? Powiem dosadniej. Chujowo czuje się każdy, kiedy zda sobie sprawę, że został wydymany bez mydła.
- No, ty też pewnie używałeś sobie z nim niezgorzej! Ładny chłopak. Nawet nieco podobny do ciebie z młodych lat…
- Wredna z ciebie suka, Kirjejewa – jęknął Żeńka.
- Wredna? Dlatego, że siedzę tu i wysłuchuję twoich żałosnych lamentów?
Przemilczał jej zgryźliwe słowa.
- Powiedź mi, czy ciebie twój mąż też tak rzucił ni stąd ni zowąd? Bez żadnego uprzedzenia? Nocą zasypiałaś w jego ramionach, a w dzień spacerowałaś pod rękę. A potem nagle przyszedł i rzucił: „Koniec z nami. Szlus!”.

Lena chciała coś odpowiedzieć, ale Burow jej przerwał.
- Wiesz, raz w wielkim supermarkecie rozłączyliśmy się. Każdy poszedł do innego stoiska. Po pewnym czasie wpadłem w panikę, że go nie znajdę. Ale patrzę, idzie… Widziałem w jakimś filmie taką scenę, że facet zniknął w wielkim sklepie skutecznie i na amen. Ten mój ostatecznie zrobił to samo. Zniknął z mego życia w bardzo podobny sposób…
- Gdzie znaleźliście w Wenecji wielki supermarket? – przytomnie zauważyła Lena.
- Nie, on przepadł na placu Świętego Marka. Byłaś w Wenecji?
- Wyobraź sobie, że całkiem niedawno, w marcu. Pojechaliśmy tam z synem w czasie ferii. Miałam trochę wolnego, kiedy zmieniałam pracę.
Burow nalał gorącej kawy do filiżanek i zapalił trzeciego już pod rząd papierosa.
- Myśmy tam byli w lutym, podczas sławnego, weneckiego karnawału, no i oczywiście, corocznej powodzi. Mieszkaliśmy w samym centrum, nieopodal Mostu Akademii i kościoła Św. Zbawiciela. Wynająłem mieszkanie na dwa tygodnie. Za pierwszym razem wybraliśmy się do Wenecji tylko na cztery dni. A potem jemu zachciało się weneckiego karnawału, zwiedzania wysp, śródmieścia… Nawet do muzeum chciał iść. Nie wyczułem żadnego podstępu. Miałem zamówienie na zdjęcia od pewnego amerykańskiego magazynu i całe dnie pracowałem. A on chodził za mną, czekał gdzieś tam przy bramach, na placach i palił papierosy… O, to jest jego ostatnie zdjęcie…
Burow wyszukał spośród fotografii tę, na której jego chłopak stał oparty o balustradę niewielkiego mostu. Lena popatrzyła na fotkę, a potem na Żeńkę.
- Burow, przecież to jeszcze dzieciak.
- Gdy się poznaliśmy on miał dwadzieścia lat, a ja trzydzieści siedem.
W nieprzyjemny sposób cmoknął ustami.
- Teraz ci młodzi to wszystkie rozumy pojedli. Myśli taki jeden z drugim, że jak się prześpi ze znanym fotografem, to od razu zrobi karierę modela… Wszyscy się teraz pchają na modeli, a żaden nie chce dajmy na to na budowę… Ale ja też w ciemię nie bity. Zdawałem sobie sprawę, że jak już zacznę takiemu pomagać… Poznam go z kim nie trzeba, to ten w lot wyczai, że może złapać kogoś ważniejszego, bogatszego niż ja i już po ptakach… Naturalnie, ja też obiecywałem mu złote góry, a nawet zaangażowałem go do kilku sesji. Ale pilnowałem bardzo mocno, żeby się nie daj Boże nigdy nie zetknął z szefem agencji reklamowej, która zamawiała zdjęcia. Dbałem też, aby go nikt inny nie zapraszał na sesje… Beze mnie nie mógł uczynić nawet kroku. Wtedy chyba zrozumiał, że sam nie da rady i wprowadził się do mnie. Od tej chwili miałem go każdej nocy. Spełniał wszystkie moje kaprysy. Ale nie myśl sobie! Bardzo się o niego troszczyłem, karmiłem, kupowałem ciuchy, prezenty… Wiem, że dobrze mu było ze mną, prawie nigdy nie miał nic przeciw… A ja, jeśli czegoś bardzo chcę, potrafię postawić na swoim. Rozumiesz, nawet bardziej mnie kręci, kiedy chłopak najpierw mi się opiera, a potem ulega…

Lena nie wytrzymała. Z dezaprobatą fuknęła na niego.
- Burow, daruj sobie łóżkowe szczegóły, bo tego nie zniosę…
- A kto tu mówi o łóżku? Kochałem go. Rozumiesz? Kochałem – prawie wykrzyczał te słowa. – Nawet teraz wszystko bym mu wybaczył, gdyby tylko wrócił.
- Nie licz na to. Jest w Wenecji – zauważyła kwaśno Lena.
- Nie wiem, gdzie jest. Może odfrunął w przestworza! Może schwytali go Marsjanie… A może nigdy nie istniał, tylko go sobie wymyśliłem! Rozumiesz mnie?!
Lena ujęła go za ręce w obawie, że za chwilę się znowu rozszlocha.
- Żenia, uspokój się, na Boga. Nie histeryzuj. Mów spokojnie…
Burow otarł dłonią mokrą od łez twarz i odwrócił się w stronę Leny. Bardzo chciał, aby go wysłuchała.
- Poszliśmy na plac Świętego Marka. A tam, jak zwykle, tłumy turystów, stada gołębi… Chciał, abyśmy przysiedli gdzieś na kawę. Na tym sławnym placu ceny – jak zapewne wiesz – są wprost z kosmosu. Zaproponowałem więc, żebyśmy poszli w stronę mostu Rialto i tam poszukali jakiejś kawiarni bardziej na moją kieszeń. Powiedział: „Dobrze, muszę tylko na moment do WC”. Czekam na niego dziesięć minut, dwadzieścia, wreszcie wszedłem do tej toalety w barze „Florian”, ale nigdzie go nie było. Przecież przez mury nie przefrunął. Wróciłem na plac i zadzwoniłem na jego komórkę. Była wyłączona. I to wszystko! Czy ty z tego coś rozumiesz?! Ani się tego dnia nie pokłóciliśmy, ani nic. Wszystko było w idealnym porządku…

Żenia oddychał ciężko. Sprawiał wrażenie jakby brakowało mu powietrza.
- Miałem jeszcze nadzieję, że spotkamy się na kwaterze. W sejfie leżał jego paszport. Ale jak się okazało, sprytnie go stamtąd wyciągnął. Najprawdopodobniej udało mu się rozszyfrować kod, kiedy brałem prysznic. Kod był prosty: numer mego telefonu. Pieniądze też zniknęły – cała gotówka. Szczęście, że miałem dwie karty kredytowe. W walizce leżały nasze bilety powrotne na samolot. Nie zabrał ich. Może ich nie znalazł, a może wcale nie szukał. Od tej chwili czekałem na niego mając nadzieję, że wróci chociaż na samolot. Może chciał zwyczajnie zaszaleć? – różne myśli przychodziły mi do głowy. Ale nie wrócił…
- No a ty, kiedy już wróciłeś, nie próbowałeś go szukać? – zapytała Lena.
- No pewnie! Prawie całe miasto na nogi postawiłem. Pytałem wszystkich, którzy go znali. Nawet do jego babci pojechałem. Wszystko na nic. Po prostu, przepadł jak kamfora. Ani telefonu, ani kartki pocztowej – zero! Gdyby nie to, że zostało u mnie kilka jego rzeczy, no i robione przeze mnie zdjęcia, to bym nie uwierzył, że on kiedykolwiek istniał naprawdę. Siedział w tej kuchni, pił z tej filiżanki, spał ze mną…
- A rodzice? Przecież rodzice powinni wiedzieć gdzie jest?
- Miał tylko tę babcię. Ale ona na starość dostała Alzheimera. Żyła w swoim urojonym świecie.

Burow uspokoił się nieco. Otworzył nową paczkę papierosów.
- Chcesz jeszcze kawy, Kirjejewa?
- Nie, dzięki, Żenia. Zupełnie nie mam pojęcia co ci poradzić. Musiałeś chyba czuć się bardzo podle…
- Podle? – prawie krzyknął – Chciałem skończyć z sobą!
Lena popatrzyła na niego i wtedy dotarło do niej, że mimo wszystko, nie potrafi mu współczuć. Odczuwała jedynie zmęczenie i pewien rodzaj rozdrażnienia, a raczej złość na swoją niewyobrażalną głupotę. Fryzjer. Nowa sukienka, szpilki… Wszystko tłumaczyła sobie wiosenną burzą własnych hormonów.
- Wybacz mi, Żenia – powiedziała podnosząc się – Jest bardzo późno, pójdę już.
Burow spojrzał na nią i ponownie oparł głowę na łokciu.
- Zmęczyłem cię? Wiem. Ale musiałem się tym wszystkim z kimś podzielić.
-Tak, zmęczyłeś mnie – przytaknęła – Wiesz, ludzie mają w życiu różne problemy. Ktoś ma na karku kredyt hipoteczny. Komu innemu chorują poważnie dzieci albo starzy rodzice. Ktoś inny znowu nie dostaje na czas wypłaty i przez to rodzina nie ma co do garnka włożyć. Jakaś kobieta pragnie usunąć niechcianą ciążę, ale dręczy ją potwornie sumienie i już sama nie wie jak ma postąpić. Albo nagle dowiadujesz się u weterynarza, że twemu psu już nic nie pomoże i nadaje się tylko do uśpienia. Nie zdążyłeś jeszcze kiwnąć głową na znak zgody, a lekarz już na twoich oczach robi mu śmiertelny zastrzyk. Pies patrzy na ciebie i kapią mu łzy. Takie rzeczy się zdarzają w życiu, Burow.
- Matka mi umarła – powiedział nagle takim tonem, jakby wyjął ukrytego asa z rękawa. – Dwa lata temu.
- Wybacz, Żenia… Naprawdę ci współczuję. Musisz się wziąć w garść. Dziękuję za kolację. Na mnie już pora…
- Odprowadzę cię – zaoferował się niezbyt ochoczo. Nie krył rozczarowania jej wizytą. – A może lepiej zawołam taxi?
- Nie trzeba, przecież to niedaleko – zaoponowała Lena. – Pojadę autobusem. O tej porze jeszcze chodzą… No to cześć!

*****

Autobus rzeczywiście podjechał na przystanek już po paru minutach. Dotarła do domu tuż po północy. W przedpokoju z wielką ulgą ściągnęła pantofle, przetarła je szmatką i schowała do szafki. Na taborecie stała otwarta sportowa torba syna. Był to dla niej komunikat: „Po szkole byłem na treningu. Graliśmy w koszykówkę. Nie należy zadawać zbędnych pytań”. Zapukawszy, zajrzała do jego pokoju.

Nikita siedział ze słuchawkami na uszach przed komputerem i ledwo zauważył kiedy weszła. Był pochłonięty grą. Słyszała dobiegający z jego słuchawek odgłos wybuchających bomb i wycie pikujących samolotów. Chrząknęła cicho, potem drugi raz głośniej. Usłyszał i przerwał grę.

- Synek, nie siedź tak, popsujesz sobie oczy. Kończ już, pora iść spać.
Na jego twarzy na ułamek sekundy pojawił się wyraz niezadowolenia, nie odezwał się jednak ani słowem.
- A gdzie są nasze zdjęcia z Wenecji? – spytała Lena. – Chciałam je powkładać do albumu.
Nikita podniósł się i wyjął z górnej półki w szafie firmowy pakiet salonu fotograficznego, w którym wywołali zdjęcia z wycieczki do Włoch. Sięgając na górę do szafy, nie musiał się wspinać na palce, miał już prawie metr osiemdziesiąt i cały czas rósł dalej.
- Wiesz, chciałabym z tobą porozmawiać – Lena zwróciła się do syna.
Ponownie usiadł przy komputerze, ale twarzą w jej kierunku.
- Chciałam ci powiedzieć, że… Gdy kiedykolwiek coś będzie się dziać w twoim życiu… Wszystko jedno co, bo życie pisze czasem nieprawdopodobne wprost scenariusze, to proszę, nie ukrywaj niczego przede mną.
Nawet jeśli słowa matki nieco go zdziwiły, nie dał tego po sobie poznać, jedynie brwi lekko mu drgnęły.
- Chciałabym byś mnie dobrze zrozumiał. Nie musisz wszystkiego mówić do końca. Każdy ma prawo do swego własnego, intymnego świata… Ale samą istotę sprawy chciałabym znać. Dobrze? To zawsze można powiedzieć… Obiecujesz?
Uśmiechnął się nagle i wzruszył ramionami:
- Mamo, piłaś coś?!
- Tak, piłam. Ale to nie ma nic do rzeczy. Bardzo cię kocham. Może trudno ci jest to sobie wyobrazić, ale ja potrafię wiele spraw zrozumieć.
Milczał. Lena zrozumiała, że czeka aż skończy i wyjdzie z pokoju.
- Obiecujesz mi?
- Obiecuję, Heleno Jurijewno – odpowiedział i zasalutował przykładając dłoń do skroni. Wydało mu się, że tak właśnie powinien odpowiadać dobrze wychowany syn na nagłe, nieco kapryśne i niespodziewane przejawy matczynej miłości.
Stojąc już w drzwiach Lena zapytała:
- Zjesz zupę grzybową? Tak myślę czy nie zrobić jej jutro?
- Zjem. Cokolwiek zrobisz, zjem – kiwnął głową i odwrócił się ponownie w stronę ekranu monitora.

Weszła do kuchni i sięgnęła po puszkę z suszonymi grzybami, aby je namoczyć przez noc. Otwierając kran nad zlewem pomyślała: „Niestety, niczego nie powie. Nigdy niczego nie powie. Tak jak tamten, co przepadł bez śladu w samym centrum Wenecji”.

Olga Pogodina–Kuzmina, tłum. Zbigniew Lewandowski

Olga Pogodina–Kuzmina urodziła się na Syberii. Od 3 lat mieszka w Sankt Petersburgu. Z wykształcenia jest teatrologiem. Ukończyła Petersburską Akademię Teatralną. Jej pierwsza sztuka teatralna o tematyce gejowskiej „Мармелад. ru” otrzymała II nagrodę na konkursie młodych petersburskich dramaturgów w 2004 r. Sztuka wystawiana jest na scenie moskiewskiego teatru „Praktyka”. Prapremiera jej kolejnego scenicznego dzieła, sztuki pt. «Сухобезводное» (2006) miała miejsce w teatrze «КнАМ» w Komsomolsku na Amurze. Sztuka ta otrzymała nagrodę gubernatora Kraju Chabarowskiego i była gościem międzynarodowego festiwalu teatralnego Fringe w Singapurze (styczeń 2008). Młoda artystka aktywnie publikuje w różnych periodykach poświęconych współczesnej dramaturgii.

Imię i nazwisko tłumacza to pseudonim artystyczny.

Autorzy:

zdjęcie Olga Pogodina-Kuzmina, tłum. Zbigniew Lewandowski

Olga Pogodina-Kuzmina, tłum. Zbigniew Lewandowski

autor zmigrowany z php-nuke – ID: 349; nazwa: Olga Pogodina–

6 komentarzy do:W centrum Wenecji – cz. 2

  • KZ

    [Re: W centrum Wenecji - cz. 2]

    tak jak pisałem pod częścią pierwszą – ładne opowiadanko. Zakończenie tez przekonujące. A ładna rzecz „całościowo”.

    Ten chłopak – to troche jak Oscar Wilde i Bosie. Młody chłopak po pewnym czasie może miec dośc adoracji starszego partnera, dla którego najważniejsza jest praca, a chłopak jest tylko jak gdyby uczuciową i materialną „własnością”.

    Zakończnie: młody człowiek nie powie na ogól „wszytskiego” rodzicom. To byłoby wbrew prawom natury.

  • Leon

    [Re: W centrum Wenecji - cz. 2]

    To jest bardzo dobre! pozdrawiam Autorkę:)

  • d.biskupa

    [Re: W centrum Wenecji - cz. 2]

    Krzysio Zabłocki jak zawsze pełen ochów i achów. Zazdroszczę mu czasem tych różowych okularów na nosie. Opowiadanko może być, ale jeśli chodzi o warsztat to szału raczej nie ma. Rozśmieszył mnie zwłaszcza wtręt o skrócie przez tory tramwajowe.

  • KZ

    [Re: W centrum Wenecji - cz. 2]

    nie moge odnalezc tego wtrętu o torach… gdzie to jest – bo ja w ogóle nie lubie czytac na monitorze…

    ale w rasowej literaturze daje sie takie wtręty ni priczom, to ma urealniac opis, itp.

    zawsze ochy, achy? No nie wiem, gdy w zeszlym roku lekko skrytykowałem pewną książkę poetycką, jednoczesnie wiele rzeczy w niej chwaląc, spadły na mnie straszne ciegi, łacznie z zarzutem, ze jestem specjalistą od pikiet (to a propos HomoWarszawy), więc z tej racji nie moge znac się na poezji. Szkoda ze krytykanci nie wiedzieli, że słynny angielski pisarz E.M.Forster tez był zamiłowanym znawcą pikiet…(tyle że londyńskich).

    To opowiadnko pochwaliłem, bo w sumie ładnie napisane, choc oczywiście – narazie! – nie jest to na przykład Isherwood, Hollinghurst czy Edmund White (wielki mistrz gejowiej noweli). But just you wait and see! Każdy kiedys zaczyna, a to przeciez pisarskie początki!

    no, moze za wyjatkiem Witkowskiego, który od razu napisał arcydzielko! :-)

    dobranoc! :-)

  • d.biskupa

    [Re: W centrum Wenecji - cz. 2]

    Tory są w pierwszej części. Jak się Lenia z Żenią pod sklepem rozstała, to on wsiadł w autobus, a ona poszła na piechotę, bo znała taki skrót przez tory tramwajowe.

    Muszę koniecznie zaznaczyć, że ja w tych sprawach jestem absolutną dyletantką, ale śmiem twierdzić, że jakieś tam ucho mam, i ono mnie kilka razy podczas lektury leciutko zabolało. Ale jeśli to początki, to spoko. Lepiej dla zdrowia zaczynać tak, niż od razu od arcydzieła.

  • buźka

    [Re: W centrum Wenecji - cz. 2]

    W końcu dobre współczesne opowiadanie! :D Świetny wybór, zwłaszcza, że autorka pochodzi z Rosji – zdecydowanie za mało współczesnych publikacji z tego kraju jest tłumaczonych na polski, niestety… :( Gratuluję Homikom doboru tekstu i uprzejmie prosze o częstsze publikowanie krótkich form literackich na łamach ;-)




Skomentuj

  

  

  

Obraz CAPTCHY

*

Możesz używać następujących tagów HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Pamiętaj: zamieszczając komentarze akceptujesz regulamin

napisz do nas: listy@homiki.pl

Homiki.pl. Czasopismo zarejestrowane w Sądzie Okręgowym Warszawa Praga pod nr 2372 więcej »
Nr ISSN: 1689-7595

Powered by WordPress & Atahualpa