W centrum Wenecji – cz. 1

Z początkiem maja niebo wybłękitniało nad miastem. Słońce stopiło ostatnie łaty śniegu. Lena poczuła, że idzie na lepsze. Zarówno w cieszącej się wiosną przyrodzie, jak i w jej życiu. W kwietniu zdecydowała się zmienić pracę. „Wystarczą ci trzy tygodnie, abyś odnalazła się w nowym środowisku” – zapewniała ją znajoma psycholożka. Lena skończyła właśnie 39 lat. Mówią, że życie zaczyna się po czterdziestce, a ona wygląda podobno na „trzydziestkę”. W powietrzu pachniało wiosną, a oszalałe od tego wróble darły się jak małolaty zwolnione z ostatniej lekcji w szkole. Choć Lena wiedziała, że wiosenne otumanienie może ją pchnąć do popełnienia jakiegoś głupstwa, skierowała w supermarkecie wózek w stronę regałów z kosmetykami. Wzięła z półki ciężki, szklany słoiczek z kremem do twarzy. Po chwili dołożyła do niego jeszcze drugi, pod oczy. Oba specyfiki nie na jej kieszeń.

W kolejce do kasy obejrzała raz jeszcze drugi słoiczek. Opis działania był typową marketingową nowomową zapewniającą o cudownych właściwościach kremu. Odłożyła słoik do wózka i spojrzała w stronę kasy. Nagle zainteresował ją łysiejący mężczyzna z lekkim brzuszkiem flegmatycznie wykładający na taśmę paczkę pierogów, butelkę wódki i kartonik śmietany – niewyszukany zestaw na kawalerską kolację.

Kiedy facet płacił za towar, Lena aż podskoczyła z wrażenia. Ten nieogolony, łysiejący, przypominający menela gość w workowatej kurtce był nikim innym jak Żeńką Burowem, dawnym kolegą z klasy. Uchodził za amanta. Dobrze się uczył i miał wyniki w sporcie. Był też, niestety, prowodyrem wszelakich chuligańskich wybryków. To za jego namową chłopaki osuszyły butelkę portweinu na lekcji chemii. Kiedy ochłonęła, pomyślała nagle: „Czyżbym ja też się tak postarzała?…” Ogarnęły ją wątpliwości, czy to aby na pewno Burow? Zapłaciła za zakupy. Pomyślała, że powinna pobiec i przekonać się, czy to rzeczywiście on. Wypychając wózek dostrzegła nieopodal przed sobą jego plecy. Pomyślała, że tylko choroba albo nieszczęście mogło tak postarzyć człowieka, który nie przekroczył jeszcze czterdziestki.

- Kirjejewa? – zapytał, kiedy Lena podeszła bliżej. Mimo zwiędłej twarzy, na ułamek sekundy dostrzegła w jego oczach i uśmiechu cień tamtego Żeni sprzed lat. – Myślałem, że mnie nie poznajesz.
- Nie, od razu cię poznałam – odparła cicho Lena i uśmiechnęła się z wysiłkiem.
Zmieszali się nieco oboje. Chwilę stali zakłopotani, a potem zaczęli mówić prawie jednocześnie. Lena zapewniła go, że dobrze układa się jej w życiu. Nie nazywa się już Kirjejewa, lecz po mężu Siwaczewa. Pracuje w banku i wychowuje syna. Ludzi z dawnej szkoły widuje rzadko, z paroma kontaktuje się przez „Naszą klasę”. On wspomniał, że po skończeniu uniwersytetu zajmował się fotografowaniem dzikiej przyrody. Wiele podróżował. Próbował wydawać własny magazyn fotograficzny. Obecnie jako niezależny artysta dostaje wiele zleceń. Ostatnio przyznano mu nagrodę na jakimś międzynarodowym konkursie. Dwa lata temu stracił matkę. Lena pokiwała głową siląc się na współczucie. Jej matka miała się nadal znakomicie.

A potem oboje skomentowali kariery paru absolwentów szkoły, którym się w życiu powiodło i trafili na świeczniki. Urżumcew z równoległej im klasy dyrektorował znanym zakładom odzieżowym, Szaszkin piastował jakieś ważne stanowisko w administracji rządowej, a gruby Borka Sztern, raptem starszy od nich o dwa lata, został światowym wirtuozem fortepianu. Obecnie koncertuje w Carnegie Hall, Metropolitan Opera i innych sławnych przybytkach. Do tego wziął głośny ślub ze znaną gwiazdą filmową.

Doszli do wniosku, że należałoby się spotkać całą dawną klasą, powspominać wszystkie radości i biedy szkolnego życia, bal maturalny, białe noce, jasne piwo, które ciągnęli prosto z butelek na nieodległym od szkoły skwerze. Ale przecież teraz każdy zaganiany, zajęty własnymi sprawami, dręczony kłopotami. A poza tym pozrywały się kontakty, ludzie się poprzeprowadzali, powyjeżdżali. Kto miałby się zająć poszukiwaniami dawnej szkolnej braci i czy miałoby to w ogóle jakiś sens?
Ostatecznie wymienili się telefonami i rozstali na przystanku przed supermarketem. Burow wsiadł w autobus, a Lena wróciła pieszo do domu, korzystając ze znanego jej skrótu przez tory tramwajowe. Wracając utwierdzała się w przekonaniu, że nie powinno się spotykać z ludźmi, których zapamiętało się jako młodych. Poza tym zaczęła robić sobie wyrzuty z powodu pieniędzy niepotrzebnie wyrzuconych na drogi krem. Czy nie lepiej było kupić synowi nowe dżinsy – zastanawiała się. – A poza tym jakie smutne są takie opowieści o sobie, chaotyczne, pełne przechwałek i w ogóle beznadziejne.

Nie miała absolutnie zamiaru dzwonić do Burowa. Wyskoczył nagle z odległej przeszłości i nie był jej do niczego potrzebny w obecnym życiu. Poza tym Lena była wręcz pewna, że nie najlepiej zapisała mu się w pamięci. Nazwisko, twarz na wyblakłej, klasowej fotografii i jeszcze to szczeniackie zauroczenie nim wszystkich dziewczyn w klasie. Z Leną nie było inaczej. Tak mnie pewnie zapamiętał – myślała – I jest przekonany, że tamta ja i dzisiejsza to prawie to samo.

Żenia jednak nie zapomniał o spotkaniu. Zadzwonił po paru dniach. Dość późno. Było tuż przed północą. Lena akurat wściekła się o coś na syna i nie szczędziła mu słów „gorzkiej prawdy”. Rozeźlona krzyknęła do słuchawki: Tak, słucham!

- Cześć – powiedział Burow – Nie za późno? „Dzwoni w środku nocy i jeszcze się pyta!” – pomyślała ze złością, ale sama nie wie dlaczego, głośno zapewniła go, że żaden kłopot, bo w domu nikt jeszcze nie śpi, a ona zawsze kładzie się późno, dopiero o pierwszej lub nawet drugiej w nocy.
- Wiesz, pomyślałem, że może byś do mnie wpadła? To przecież niedaleko – zapytał, jednak nie bardzo przekonany – Napijemy się herbaty, pogadamy? Wrócisz taksówką.
Jego propozycja ucieszyła ją w głębi duszy, choć nie do końca mu ufała. Jeśli to próba nawiązania romansu, to dlaczego taka sztubacka? Nie potrafi jak normalny człowiek? Najpierw kawiarnia, potem restauracja czy teatr, a dopiero potem herbatki po nocach.
- Wybacz – powiedziała starając się zachować ciepło w głosie – Dziękuję za zaproszenie, ale jutro rano idę do pracy. A poza tym, mam jeszcze trochę roboty w domu.
- To ty mi wybacz – Jego głos wydał jej się nagle tym sprzed lat, dźwięcznym i aksamitnym. Taka mnie naszła ochota, aby do ciebie zadzwonić. Prawie wcale się nie zmieniłaś. A jeśli nawet, to na korzyść.
- A ty, Burow, co? Masz ochotę na skok w bok? – zapytała szelmowskim tonem, za który w tej samej chwili zrobiło się jej wstyd przed samą sobą. – Żona na delegacji?
- Nie – odpowiedział i głos mu dziwnie zadrżał. – Mówisz o skoku w bok przy piątku? To nie to… Ja nie jestem żonaty.

***

W piątek Lena urwała się wcześniej z pracy, dzięki czemu zdążyła na umówioną wizytę do fryzjera, a potem pojechała do domu przebrać się i umalować. „Naturalnie, nie dla Burowa tylko dla własnego dobrego, wiosennego nastroju” – upewniała się w myślach, przyczerniając przed lustrem rzęsy.

Żeńka podjechał po nią fordem fokusem. Był bardziej elegancki niż poprzednio, ale twarz nadal miał nieco opuchniętą i źle ogoloną. Gdy usiedli przy stoliku w restauracji, podparł policzek dłonią i ze znudzeniem zaczął przeglądać menu. Widząc to Lena zaczęła żałować swej gorączkowej wizyty u fryzjera.

- Nie krępuj się, zamawiaj – powiedział, dostrzegając w jej oczach cień rozczarowania – Zapłacę, mam pieniądze.
„No, nie myślisz chyba, że ja zapłacę” – pomyślała Lena.
Zamówili zakąski i coś ciepłego, ona poprosiła o lampkę wina. Burow jako kierowca nie pił. Kiedy kelnerka odeszła od stolika nastąpiła katastrofa.

Do Leny dotarło nagle, że podczas spotkania przed supermarketem wyczerpali wszystkie tematy, które nadawałyby się do rozmowy przy stoliku dla dwojga obcych sobie ludzi. Burow milczał paląc papierosa. Pogrążony był w jakichś mrocznych myślach. Należałoby wziąć inicjatywę w swoje ręce. Ale ona, nastawiona na lekki, niezobowiązujący flirt, absolutnie nie miała zamiaru niczego wymyślać, aby go zabawić i choć trochę rozruszać. Na domiar złego czuła się coraz bardziej głupio w swej fryzurze, a nowe pantofle na obcasach piły niemiłosiernie.

Dopiero, gdy rozpaczliwa cisza stała się już nie do zniesienia, Lenę nagle olśniło. Nie, nie wszystkie tematy rozmów zostały wyczerpane. Jest jeszcze jeden istotny, który zwykle topi lód z serc i zbliża do siebie nawet najbardziej obojętnych ludzi.
- Żeńka, masz dzieci? Zdaje się, że mówiłeś coś o rozwodzie?
Zdziwił się.
- Ja mówiłem o rozwodzie? Nigdy nie byłem żonaty. Przymierzałem się, ale jakoś nie wyszło. A ty masz dzieci?
- Syna, właściwie już dorosłego. Uczy się w maturalnej klasie. Ze strachem myślę co nasz czeka… Matura, potem egzaminy wstępne na studia… Bogiem a prawdą, nieźle się uczy, ale mimo to, jak pomyślę o tej całej nerwówce… Załatwiłam mu kursy przygotowawcze z chłodnictwa przemysłowego. Moja siostra pracuje w tej branży. Ale nie zdziwię się jeśli, koniec końców, nie zechce pójść na ten kierunek. Wiesz, jest taki… skryty.
- Jak ma na imię? – zapytał Burow przysuwając do siebie miskę z zupą.
- Nikita.
- Nikita Kirjejew?
- Nie, Siwaczew. Po mężu.
- A twój mąż gdzie?
Lena po raz pierwszy zauważyła w jego spojrzeniu błysk autentycznego zainteresowania.
- Cóż, mąż był, ale się zmył… Rozwiedliśmy się.
- Pokażesz jakąś fotografię?
- Czyją, męża?
- No co ty… Syna.
Lena wzruszyła ramionami.
- Dobrze, pokażę.

Zjedli zupę, a potem wieprzowinę w sosie słodko-kwaśnym. Żeńka nieoczekiwanie się ożywił.
- Kirjejewa, mam genialny pomysł. Co byś powiedziała na sesję fotograficzną? Zrobię ci dobre, profesjonalne zdjęcia. Taka sesja u mnie sporo kosztuje, nie myśl sobie. Z zasady nie pracuję za grosze. Nawet teraz, podczas kryzysu.
- Nie wypłacę ci się chyba do końca życia – zażartowała Lena.
- Spokojnie, mam dzisiaj dobry nastrój. Będziesz miała wszystko gratis. Masz wspaniałą fryzurę, makijaż też całkiem niezły. Nie skorzystasz z takiej okazji? Mam w domu prawdziwe, profesjonalne studio. Musimy tylko kupić wódkę… Bez tego ani rusz.
- Jesteś alkoholikiem, Burow? – spoważniała nagle Lena. – Masz pewność, że nie?
- Mam pewność czy nie, zobaczymy w domu – mrugnął do niej porozumiewawczo.
Pojechali po wódkę do tego samego supermarketu, przed którym nie tak dawno się spotkali. Burow kupił jeszcze na zakąskę marynowane ogórki i kiełbasę. Kiedy włożył do sklepowego wózka od razu dwie butelki, Lena zaprotestowała.
- Słuchaj Żeńka, nie chcę abyś się upił, a ja potem Bóg wie jak trafię do domu.
- Spokojnie, zamówimy ci taksówkę.
- Uprzedzam, że zły ze mnie kompan do gorzały.
- Trudno, poproszę o towarzystwo stróża – zażartował i objął Lenę ramieniem.

***

Dosyć spore mieszkanie w nowej kamienicy wydało się jej jakieś bezosobowe i bez duszy. Jasny parkiet, ogromna szafa w przedpokoju, wielkie łoże na środku pokoju z różnokolorowymi poduszkami i gołe ściany oklejone jasnymi tapetami. Ze ścian gdzieniegdzie sterczały gwoździe.

- Wisiały na nich prace. Moje prace – wyjaśnił Burow – Któregoś dnia wkurzyłem się i wszystkie pozdejmowałem. Niektóre rozdałem znajomym, a niektóre podarłem i wyrzuciłem, razem z ramami. Wiesz, jakaś taka depresja mnie naszła.
„A teraz cię nagle opuściła?” – pomyślała Lena, a głośno zauważyła – Szkoda, pooglądałabym.
- Mogę ci pokazać albumy.
Wyłożył zakupy na kuchenny stół i zaraz sięgnął po kieliszki.
- No, Kirjejewa… Za naszą minioną młodość.
- Beznadziejny toast – skrzywiła się.
- Przeczytałem w Internecie, że według uczonych, człowiek zaczyna się starzeć w wieku 27 lat.
- Jeśli by brać na serio wszystko to, co piszą w Internecie, można by całkowicie sfiksować.
Wychylił kieliszek, od razu nalał sobie drugi i kiwnął głową.
- Z tym się akurat zgodzę.
Podczas gdy on wykładał na talerzyki marynowane ogórki i cebulkę, Lena dyskretnie rozejrzała się po mieszkaniu.
- Przytulnie tu u ciebie. Całkiem sympatyczna chatka. I czysta. U kawalerów to rzadko spotykane.
- Posprzątałem przed twoją wizytą. Mam tutaj jeszcze niewielką klitkę bez okien mającą służyć za garderobę, ale ja zrobiłem z niej pracownię. Tam skryłem cały bałagan.
Wypił ponownie i wyjął papierosa.
- Popraw fryzurę i makijaż, a ja w tym czasie ustawię oświetlenie. Bo potem sobie wypijemy i będzie po wyścigach. Nie lubię pracować po pijaku. Toleruję tylko jeden dwa kieliszki dla nastroju. Bo jak to mówią, bez szklaneczki nie ma piosneczki.

Lena posłusznie wzięła torebkę i zniknęła w łazience. Przyglądając się sobie w dużym lustrze myślała: „Co ty tutaj robisz, głupia?” I nie potrafiła odpowiedzieć na to pytanie.

(cdn.)

Olga Pogodina–Kuzmina, tłum. Zbigniew Lewandowski

Autorzy:

zdjęcie Olga Pogodina-Kuzmina, tłum. Zbigniew Lewandowski

Olga Pogodina-Kuzmina, tłum. Zbigniew Lewandowski

autor zmigrowany z php-nuke – ID: 349; nazwa: Olga Pogodina–

1 komentarz do: W centrum Wenecji – cz. 1

  • Krzysztof Zabłocki

    [Re: W centrum Wenecji - cz. 1]

    ładnie napisane opowiadanie – pokazuje, że dobra proza realistyczna wciąż ma się dobrze (zresztą porównajmy z „gejowskimi” opowiadankami Michała Głowińskiego! :-) ) No, właściwie to dokładnie wiem, co będzie dalej… ale przecież w literaturze nie chodzi o „co”, tylko o „jak”. Przecież wszystko juz było… Tak czy owak ładnie napisane i dobrze przełożone. Czytało mi się z przyjemnością! :-)




Skomentuj

  

  

  

Obraz CAPTCHY

*

Możesz używać następujących tagów HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Pamiętaj: zamieszczając komentarze akceptujesz regulamin

napisz do nas: listy@homiki.pl

Homiki.pl. Czasopismo zarejestrowane w Sądzie Okręgowym Warszawa Praga pod nr 2372 więcej »
Nr ISSN: 1689-7595

Powered by WordPress & Atahualpa