Każdy ze swym Ganimedem

1. Amator kwaśnych jabłek

Wiosną ukazały się Kręgi obcości Michała Głowińskiego – opowieść autobiograficzna wybitnego literaturoznawcy, emerytowanego profesora Instytutu Badań Literackich i członka rzeczywistego PAN, a od szeregu lat także autora coraz liczniejszych pozycji nienaukowych – wspomnień, szkiców, krótkich narracji. Książka wywołała niejaką sensację w tak zwanych – nomen omen – „szerokich kręgach”, i to naprawdę szerokich – poczynając od środowiska przyjaciół i współpracowników Profesora (środowiska naukowego, jak i literackiego), poprzez „środowisko” (jak najbardziej niehomogeniczne!) LGBTQ, czyli „gejowsko-lesbijskie”, aż po pisma kolorowe. Powodem było, jak wiadomo, dokonane w książce wyznanie autora dotyczące jego orientacji homoseksualnej. Po Jacku Poniedziałku, Tomaszu Raczku (celebrytach wagi ciężkiej) i paru innych jeszcze sławach wagi piórkowej czy muszej, na podium coming outu wstąpił oto zawodnik wagi superciężkiej – a waży tu jego intelekt, pozycja w polskiej nauce i kulturze, dorobek i ogólny szacunek. To najbardziej znaczące wyjście z szafy roku współgrało z pośmiertnym, można powiedzieć, i pełnym już coming outem Jarosława Iwaszkiewicza (za sprawą jego zachwycających Dzienników), czy też urokliwymi Końcówkami – wywiadem-rzeką z Henrykiem Berezą, emerytowanym obecnie, wieloletnim redaktorem „Twórczości”. Oto postaci z najwyższej półki kultury mówią o swojej orientacji otwarcie, bez przepraszania i krygowania się, bez jakiejkolwiek minoderii. Stanowi to wspaniały kontrapunkt do rozmaitych akcji podejmowanych z coraz to większą intensywnością przez aktywistów LGBTQ, i być może przyprawia o nadciśnienie i wrzody w duktach trawiennych tych „prawych i sprawiedliwych”, którzy wymienionym Postaciom nie dorastają – znów nomen omen dla dociekliwych! – tak, rzecz jasna do pięt. Ale te marne, „podpiętowe” postaci nawet nie warte są uderzeń w klawiaturę…

Tymczasem w ostatni weekend w dodatku „Gazeta na Święto” GW (30.10-1.11.2010) ukazał się długi wywiad z Profesorem, zatytułowany „Amator kwaśnych jabłek”. Określenia tego użył w Dziejach grzechu Stefan Żeromski – po prostu nie przechodziło mu przez pióro słowo „pederasta”. Rozmowa dotyczy głównie orientacji Michała Głowińskiego, a także tego, iż dopiero w zaawansowanym już wieku zdecydował się mówić (a wpierw napisać!) o swojej orientacji. Można by się nawet dziwić, że ktoś cudem ocalony z Holokaustu, który w dzieciństwie doświadczył tak wiele, czuł taką obawę, by powiedzieć o sobie prawdę. To, co nas nie zabije, nas wzmacnia? Podejście naiwne, niesprawiedliwe. Otóż, mówi Michał Głowiński, „doświadczenia z dzieciństwa, wojny, wyposażyły mnie w dystans, nieufność. Praktyczne konsekwencje miało takie, że unikałem mówienia o sobie”.

Wiele lat musiało upłynąć nim Michał Głowiński zaczął pisać i mówić o swoim żydowskim pochodzeniu, a jeszcze więcej, by odważył się otwarcie wyznać, iż jest gejem. (Ale czy gejem? Czy nie bardziej pasuje tu słowo „homoseksualista”?). W końcu się jednak odważył i… nic się nie stało. Ba, ten krok starszego intelektualisty wzbudził w przeważającej mierze sympatię, choć zdarzały się tu i ówdzie głosy „tradycjonalistów”, że po co to mówić o „swoich prywatnych sprawach”. Ciekawe co sądziła o tym wyznaniu na przykład Józefa Hennelowa, która dziesięć lat temu zasłynęła słynnymi słowami o Jerzym Zawieyskim i jego „smutnej historii”, o której nigdy nie mówiło się publicznie. I tak było dobrze! Nie tak jak teraz, gdy geje domagają się publicznego uznania swej „przypadłości”, obnoszą się z nią, domagają się – horrendum! – wręcz akceptacji, ba, jakichś związków, małżeństw. A przecież wystarczyłoby, żeby jeden drugiemu „wykupił polisę” – i byłoby po krzyku.

Profesor Głowiński, przełamawszy wreszcie swoją blokadę, autuje także, i to dość przewrotnie, swego wieloletniego partnera, niejakiego „M.”, który to inicjał tak niepokoił czytelników. Czemuż to autor nie napisał kto zacz? Ale, ale, odpowiada Profesor (a trzeba przyznać, że miewa poczucie humoru!), przecież uważny czytelnik Kręgów obcości bez trudu mógł tę postać zidentyfikować! Bo przecież wspomina się o wspólnej wyprawie do Paryża ze zmarłym później tragicznie doktorantem oraz tym tajemniczym M. I w książce jest zdjęcie przedstawiające trzech wycieczkowiczów, w tym siwowłosego pana – a pod zdjęciem jest jego imię i nazwisko; jego imię zaczyna się właśnie na „M”… To też profesor, choć nie tak znany i nie z Warszawy, a choć już dawno temu miał siwy włos, to od profesora Głowińskiego młodszy.

2. I ja miałem stracone noce

I również w tej rozmowie czytamy: „teraz wyszło moje gejowskie opowiadanie, które jest jemu dedykowane, ale też bez nazwiska. Markowi”.

Wyszło – a nawet dwa: to pierwsze, z dedykacją „Markowi” (i pisane – wówczas „do szuflady” – w 1994 roku), nosi tytuł „I ja miałem stracone noce” (nawiązujący do opowiadania Iwaszkiewicza), a ukazało się w „Kwartalniku artystycznym” (nr 2[66] / 2010). To drugie – „Bar ‘Ganimed’” (pisane w 1998) – ukazało się „Odrze” (nr 7-8/2010).

(Wpierw krótkie uściślenie: odnosząc się do tych utworów powinienem pisać o narratorze, a nie o Michale Głowińskim, ale sam Autor (znawca, między innymi, autobiografizmu), komentując swą prozę, tak beztrosko nie zważa na literaturoznawcze rozróżnienia, że przychodzi mi na myśl lekarz onkolog, który sam jest nałogowym palaczem, bądź też „trener” w zakresie bezpiecznego seksu, który sam wyżywa się w darkroomach. Lub pewien biskup, który pytany o głębię swej wiary, powiada: „panie, takie głupstwa to ja pozostawiam proboszczom”…)

Pierwsze z opowiadań przywołuje wczesne lata pięćdziesiąte, kiedy to osiemnastoletni Michał, zaliczywszy już pierwszy rok polonistyki, wyjeżdża z grupą studencką na „prace żniwne” – ku chwale i pożytkowi budującej socjalizm ojczyzny. Czuje się wyobcowany w tej grupie młodych samców (którzy bardziej niż studentami okazują się jurnymi wiejskimi chłopakami, studiującymi trochę „z nakazu”) i wyżywającymi się w wulgarnych gadkach o swoich seksualnych podbojach (tak, rozwiązłość seksualna – w realu czy w mowie – to nie tylko domena liberalnych demokracji: ja, na przykład, zostałem w tych sprawach dogłębnie, naocznie i namacalnie wyedukowany na radzieckim obozie pionierów…). Tymczasem pomiędzy, jak Michał, polonistami (choć tylko on studiował bona fide), zabłąkał się i student Politechniki – i nie dość, że wyjątkowo przystojny, to także i o dużej kulturze i wrażliwości. Michał ulega erotycznej fascynacji chłopakiem, a kulminacja następuje, gdy wybrawszy się późnym wieczorem na odległą pocztę, w drodze powrotnej chłopcy błądzą i spędzają chłodną, letnią noc obok siebie na sianie. Lecz o ile dla Zbyszka z Politechniki (opowiadającego o narzeczonej Basi) było to po prostu najzwyklejsze losowe zdarzenie, pozbawione jakichkolwiek erotycznych klimatów, to młody Michał podczas tej nieprzespanej nocy doznawał strasznej męki – będąc tuż obok pożądanego chłopaka, a bojąc się zdradzić swe odczucia i podniecenie.

Zdawałem sobie sprawę, że niezależnie od moich zachowań i poczynań, nie miałem żadnych szans, ta noc stracona była przecież z góry. I teraz z żalem i smutkiem myślę o straconych nocach i straconych dniach… A właściwie o głupio rozegranej, zmarnotrawionej młodości…

3. Bar „Ganimed”

„Bar ‘Ganimed’” – ja zawsze wolałem formę Ganimedes, ale bar zapewne nazywał się „Ganimed” (taka jest, na przykład, wersja niemiecka, a i francuska – Ganymède), więc, jak domniemywam, dlatego taką wersję przyjął Michał Głowiński. A może taką po prostu woli? Odbiór opowiadania zostaje „ubogacony”, gdy jest się po lekturze Kręgów obcości, a także gdy ma się przed oczami zdjęcie młodego doktora (o bardzo młodzieńczym wyglądzie), bez mała trzydziestoletniego (rok 1963), siedzącego na ławeczce nad Sekwaną – obok jakaś nieznajoma para, zaprzątnięta wesołą rozmową, a Michał, w garniturku i okularkach z epoki, z bujną czupryną lekko kręconych włosów, jest zamyślony i jakby smutny, jak gdyby bardzo samotny – choć przecież ktoś zrobił mu to zdjęcie, zapewne inny (wspominany w Kręgach…) młody stypendysta z Polski, w którym się wówczas zadurzył. Jaki delikatny i ładny ten chłopiec na ławce, ściskający w ręku przewodnik, a na dodatek tak mądry! Proszę mi wybaczyć poufałość, ale na owym zdjęciu Michał Głowiński przypomina dzisiejszego intelektualizującego maturzystę (obnoszącego się z Foucaultem i Judith Butler), który na Uniwersytecie Warszawskim został właśnie studentem MISH-u bądź Artes Liberales… No, może tylko ten garniturek zdradza inną dekadę…

Do Amsterdamu (bo w tym właśnie mieście znajdował się bar „Ganimed”) Michał Głowiński wyjechał już jako czterdziestolatek – ponad dwadzieścia lat upłynęło od zdarzeń opisywanych w pierwszym opowiadaniu. Ale nadal (zdjęcia z Kręgów…!) wygląda bardzo młodzieńczo. I tam doświadczył pewnego dnia ogromnej duchowej traumy związanej z tym, że nie był w stanie przekroczyć progu gejowskiego baru. Podchodził co i raz pod okno, gdzie przez szybę mógł dojrzeć kilku „podejrzanych” (według jego percepcji) „typów”, ale jakaś nieprzezwyciężalna siła powstrzymywała go przed wejściem.

Wróciłem do domu zły, zawiedziony, przygnębiony. Nawet nie dlatego, że nie ziściły się moje oczekiwania i nadzieje, a z tej przede wszystkim racji, że nie zdołałem wymóc na sobie tego, co wymóc chciałem, że nie zdołałem przejść rubikonu, który przecież miał w dużej mierze charakter symboliczny.

Czterdziestoletni Michał wciąż był tym samym nieśmiałym młodzieńcem, w środku swych kręgów obcości. A kiedy nieco później, towarzysząc przyjaciółce-emigrantce i jej partnerowi, znalazł się – wbrew sobie – w środku takiego amsterdamskiego baru, niemal fizycznie odczuwał obcość i osaczenie.

(…) przerażało mnie też cos innego – ścisk i hałas; obudził się we mnie lęk zamknięcia, czułem się tak, jakbym był osaczony. W konsekwencji do nikogo się nie odezwałem, stałem jak słup soli i myślałem o jednym: kiedy wreszcie stąd wyjdziemy! Nastąpiło to niebawem, ta wizyta trwała nie dłużej niż dwadzieścia minut. Małgorzata, nie spodziewając się z tej strony żadnego zagrożenia, była ukontentowana, że jej młody przyjaciel podoba się także gejom.

Ta przypadkowa obecność dużo mniejsze wywarła na mnie wrażenie niż to, co się we mnie rozegrało, gdy usiłowałem wejść do ‘Ganimeda’.”

4. Każdy ze swoim piekłem

No właśnie. Iluż to z nas nie doznało na własnej duszy podobnych bolesnych odczuć, nie przeżywało podobnych momentów rozdarcia, podobnie traumatycznych blokad! Pamiętam swoje własne, bardzo podobne doświadczenia, podobne sytuacje. Aż do złudzenia podobne. Mój „Bar ‘Ganimed’ ” znajdował się otóż w Paryżu, na rue Vivienne, nieopodal Biblioteki Narodowej. Było tam wówczas, w latach osiemdziesiątych gejowskie „zagłębie”, a rue Vivienne odpowiadała berlińskiej Motzstrasse. Dopiero w następnej dekadzie geje przenieśli się do pięknej dzielnicy Marais (tak przy okazji: to tam mieszkał Kot Jeleński, wielki propagator polskiej kultury i pierwszy wybitny Polak, który zmarł na skutek SIDY, jak to we Francji określa się AIDS – już teraz otwarcie się o tym pisze, nawiązał nawet do tego całkiem niedawno Michał Paweł Markowski w swoim eseju o Konstantym Jeleńskim. Tam mieszkał też Kazimierz Brandys, czołowy ongi polski pisarz, autor chyba najlepszego w języku polskim tekstu o Oskarze Wildzie). I pamiętam, jak gdyby to było wczoraj, bar na rue Vivienne o zapomnianej już dzisiaj nazwie – ja też krążyłem wokoło, zapuszczałem żurawie – ale zamiast szemranych osobników (jak u Głowińskiego) stanął na progu uroczy, młody barman, i z ciepłym uśmiechem zapraszał mnie do środka. A ja, jak ten ćwok, zakłopotanym uśmiechem starałem się przekazać informację, że nie, dziękuję, że mnie to nie dotyczy, że ja nie jestem gejem. I poszedłem dalej. A iluż to z nas – i to całkiem niezależnie od pokolenia – nie doświadczało i nie doświadcza podobnych rozterek, zanim wreszcie zdobędzie się (bądź nie) na przekroczenie progu któregoś z rodzimych klubów – na przykład warszawskiego Rasko, Toro, Glamu, czy innego Fantomu. Czy najsłynniejszego z nich – nieistniejącej już „Koźlej”. Ba, zanim nie zdobędzie się na przekroczenie progu warszawskiej organizacji Lambda – mojej organizacji. Ja, piętnaście lat temu, sam długo się zastanawiałem zanim zdecydowałem się wreszcie zajść do ośrodka „Rainbow” – niejako poprzednika Lambdy. A przecież „Rainbow” mieścił się na szacownej i zacisznej ulicy Śniadeckich, tuż obok placu Konstytucji, a nie nad amsterdamskim kanałem. Do tego kroku namówił mnie mój student (żeby było zabawnie – polonistyki), z którym wyczailiśmy się bardzo szybko, a który obecnie jest modelowym celebrytą. Ale on przecież nie jest gejem… Oj, chyba przyjdzie nam przeprosić doktora Camerona – jak widać chcieć to móc!

Kiedyś, przed laty, sam będąc intelektualizującym studentem, leciałem z Londynu do Warszawy. Obok mnie usiadł chłopięcy czterdziestolatek (od razu powiedział ile ma lat!), wykładowca literatury iberoamerykańskiej i pisarz, który leciał do Warszawy objąć dyplomatyczną funkcję w ambasadzie swego środkowoamerykańskiego kraju. Pochlebiało mi, że mój towarzysz podróży w tak ożywiony sposób ze mną rozmawiał, nie szczędząc mi komplementów tak względem mojego intelektu, jak i urody (a byłem delikatnym, ponętnym dwudziestolatkiem, służę zdjęciami z epoki!). Wyraził kilka razy zadowolenie z faktu, że siedzi obok mnie, a nie obok, jak mówił, some boring woman, jak mu się nieraz zdarzało. Powiedział mi, że wydał dwie pozycje książkowe w Polsce – był to zresztą okres boomu latynoskiej literatury, choć Sergio (bo tak miał na imię) nie był, rzecz jasna, tak słynny jak Cortazar, Gabriel Garcia Marquez, czy Vargas Llosa. Gdy dotarłem do tych pozycji w krakowskiej Jagiellonce (czyli UJotowym BUWie), nieco się rozczarowałem oschłą abstrakcyjnością owej prozy, ale do dziś zapamiętałem nowelę „Każdy ze swoim piekłem”. Sergio (jest teraz jednym z klasyków), chciał się później w Polsce ze mną spotykać, ale przyplątała się niestety bezpieka, starając się nakłonić mnie do współpracy – to znaczy, chciano bym im relacjonował moje spotkania i rozmowy z Sergiem. I choć udało mi się, zdeterminowanemu dwudziestolatkowi – odmawiając metodą zdartej płyty -– uniknąć uwikłania (a nie udało się słynnemu Lesławowi Maleszce, z którym miałem razem szkolenie wojskowe), to zmuszony byłem zerwać kontakty z Sergiem, żeby po prostu nie kusić bezpieki. A szkoda. Sergio był – i nadal jest, bo przecież żyje i tworzy – dokładnym rówieśnikiem Michała Głowińskiego. Myślę, że o piekle Sergia mógłbym się co nieco dowiedzieć. I może też miał kiedyś swój Bar „Ganimed”?

5. I wreszcie krótka laudacja – tak treści, jak i formy…

Opowiadania Michała Głowińskiego – pisane przezroczystą, krystalicznie czystą prozą, stylistyką nieco staroświecką, trochę (zwłaszcza w wypadku „Baru ‘Ganimed’ ”) przywodzą na myśl niektóre opowiadania Iwaszkiewicza (na przykład „Tatarak”), choć fraza Iwaszkiewicza nie jest tak pedantycznie wręcz docyzelowana, dokręcona w każdej swej śrubce – nie, Iwaszkiewicz bardziej poddaje się instynktowi artysty, jest nie tak laboratoryjnie sterylny, bardziej intuicyjny. Fraza Głowińskiego przywodzi mi raczej na myśl frazę Coetzeego – choćby w jego wspaniałych autobiograficznych tomach Lata chłopięce i Młodość.

No cóż – rzadko kiedy się zdarza, by wybitny uczony okazał się wybitnym prozaikiem. Ale, jak widać, się zdarza. Bo prostota i prostolinijność, absolutna przejrzystość i komunikatywność formy nie zawiera otóż symplistycznych treści – już dawno nie czytałem w moim ojczystym języku utworów tak prostych, a zrazem tak bogatych, tak empatycznych, tak ujmujących. Przychodzą mi tu także na myśl utwory (a zwłaszcza opowiadania) Edmunda White’a. Podobna dyscyplina, czystość, wręcz sterylność. Proza, którą można oddychać, i to oddychać pełną piersią – i wchłaniać tak wiele. I tak wiele – w zetknięciu z nią – mieć swoich własnych asocjacji, odniesień, przemyśleń.

Autorzy:

zdjęcie Krzysztof Zabłocki

Krzysztof Zabłocki

Anglista, wykładowca na Uniwersytecie Warszawskim, tłumacz literatury angloamerykańskiej i francuskiej, autor szkiców, członek zarządu Stowarzyszenia Lambda Warszawa; wielbiciel jamników, Indii, kina Viscontiego, Kazi Szczuki, campu, Pałacu Kultury i Karl-Marx-Allee w Berlinie.

13 komentarzy do:Każdy ze swym Ganimedem




Skomentuj

  

  

  

Obraz CAPTCHY

*

Możesz używać następujących tagów HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Pamiętaj: zamieszczając komentarze akceptujesz regulamin

napisz do nas: listy@homiki.pl

Homiki.pl. Czasopismo zarejestrowane w Sądzie Okręgowym Warszawa Praga pod nr 2372 więcej »
Nr ISSN: 1689-7595

Powered by WordPress & Atahualpa