Zapomniana powieść o „cudakach”

Mam przed sobą całkowicie zapomnianą powieść emigracyjną wydaną w Londynie w 1964 roku. Kupiłem ją za bezcen na portalu aukcyjnym, choć to niewątpliwie „biały kruk”. Takimi powieściami interesuje się dziś w kraju jedynie garstka naukowców, badająca twórczość pisarzy emigracyjnych. I z pewnością nie byłoby sensu pisać o niej tutaj, gdyby nie fakt, że jest to jedna z nielicznych powojennych powieści (obok Trans-Atlantyku Gombrowicza czy Bram raju Andrzejewskiego) otwarcie podejmujących problematykę homoseksualną. Co więcej, problematyka ta w przypadku Na ratunek gołębicy Czesława Dobka, bo o tej powieści mowa, wydaje się centralna dla narracji. Niewątpliwie posiada też ona wyraźny emancypacyjny charakter, co należy szczególnie podkreślić, gdyż w rodzimej literaturze tego okresu taka perspektywa była trudna do pomyślenia. Nie spotkamy jej ani u Gombrowicza, ani u Andrzejewskiego, ani też u Iwaszkiewicza, który mniej więcej w tym samym czasie pisał Sławę i chwałę oraz przeżywał jeden z najbardziej burzliwych romansów, o czym przekonuje wydany niedawno tom Dzienników z lat 1956-1963. Niestety, wielka miłość do Błeszyńskiego w żaden sposób nie wpłynęła na zmianę świadomości literackiej w tym zakresie.

W pewnym sensie jest więc Na ratunek gołębicy powieścią „homoseksualną”, której nie zdołano uratować przed zapomnieniem. Niczego nie dowiemy się o niej z pionierskich prac Germana Ritza, ani też z późniejszych uzupełnień dotyczących fenomenu polskiej literatury homoseksualnej. Wydana w 1964 roku w legendarnej londyńskiej Oficynie Malarzy i Poetów debiutancka powieść Czesława Dobka właściwie nie istnieje, bo też już nigdy potem nie ukazała się w Polsce, a pamiętajmy, że to krajowe wydania przynosiły emigracyjnym pisarzom największą popularność i poczytność. Prawdą jest również, że i sam autor, który zmarł nagle w 1973 roku w wieku 63 lat, nigdy cenionym pisarzem nie był. W sumie wydał bowiem jedynie dwie mikropowieści i zbiór opowiadań, nie licząc drobniejszych tekstów pomieszczonych na łamach emigracyjnych periodyków. Pisanych skądinąd głównie dla doraźnego zarobku. W momencie debiutu książkowego autor miał 54 lata, a któż interesuje się „spóźnionymi” (w tym przypadku co najmniej o 20 lat) debiutantami. Z tych chociażby powodów powieść Dobka skazana była na zapomnienie.

Ja sam zresztą o istnieniu tej powieści dowiedziałem się zupełnie przypadkowo, przeglądając roczniki londyńskich „Wiadomości”, będących do pewnego tylko stopnia kontynuacją liberalnych „Wiadomości Literackich” z okresu międzywojnia. Otóż, w 29 numerze z 18 lipca 1965 roku na pierwszej stronie natknąłem się na zaskakującą informację zamieszczoną w sprawozdaniu z przebiegu posiedzenia gremium „Wiadomości” przyznającego corocznie prestiżową nagrodę dla najwybitniejszej powieści polskiego pisarza wydanej na emigracji. Do nagrody tej za rok 1964 nominowano kilka powieści, m.in. Na ratunek gołębicy Czesława Dobka. A mówiąc precyzyjniej, nominował ją poeta Jan Rostworowski. Jego głos był wówczas odosobniony, juror zdawał się już na początku swojego wystąpienia podchodzić do tej nominacji z absolutnym przekonaniem, że jego kandydat nie otrzyma nagrody, gdyż nie będzie w stanie przyciągnąć odpowiedniej ilości głosów. Mimo to Rostworowski przeprowadził interesującą argumentację, podkreślając zarówno nowatorskie rozwiązania formalne powieści, jak i niespotykaną w polskiej literaturze problematykę: „ilu z naszych pisarzy, z wyjątkiem może Pankowskiego [chodzi tu o powieść Matuga idzie, Bruksela 1959 – dop. T.K.] i w pewien zamaskowany sposób Gombrowicza [np. Trans-Atlantyk, Paryż 1953 – dop. T.K.], odważyło się temat homoseksualizmu postawić na centralnym miejscu i pozwolić mu by był, nie celem wprawdzie, ale motorem rozwijającej się akcji. Od rodaków opuszczony, bez wielkiej nadziei, ale z wielkim przekonaniem proszę zebranych przy tym stole, by przybyli na ratunek niedostrzeżonej «Gołębicy»”.

Zaskakujący wydaje się fakt, iż tematyka homoseksualna została potraktowana przez nominującego jurora jako atut powieści, co nie pozostało, być może, bez wpływu na przebieg głosowania jury, bowiem po kilku przeprowadzonych eliminacjach powieść Dobka zajęła ostatecznie trzecią pozycję. Szczerze niedowierzałem przeczytanym słowom, a w głowie rodziło się pytanie: „Homoseksualizm centralnym tematem polskiej powieści? Bez osłonek? W latach 60.? To niemożliwe!”.

Interesująca może się wydawać recepcja tej powieści, znikoma bo znikoma, ale w pewnym sensie bardzo charakterystyczna. Na temat Dobka, niestety, niewiele napisano: jest hasło w popularnym słowniku biobibliograficznym Współcześni polscy pisarze i badacze literatury, jest i w Leksykonie pisarzy emigracyjnych Jana Zielińskiego (m.in. autora kontrowersyjnej biografii Słowackiego SzatAnioł, a także tłumacza A Single Man Isherwooda), no i w kompendium literatury emigracyjnej Marii Danielewiczowej. Ale nic o samej tematyce debiutanckiej powieści Dobka poza jakimiś ogólnikami w stylu „opowieść o nieszczęściu, o braku miłości i przyjaźni” (jak się potem okazało jest to fragment słowa autorskiego), czy „w powieściach […] nie stronił od elementu sensacji (śledztwo, zabójstwo)”, „nierzadko z ukrytym, «podwójnym» dnem”. Jak bardzo zniechęcające są takie hasła!

Powstały dwie recenzje o Na ratunek gołębicy. Pierwszą dość szybko znalazłem w „Wiadomościach” (nr 29, z 19 lipca 1964). Napisała ją nobliwa i niewątpliwie bardzo mądra dama studiująca niegdyś na Sorbonie, Zofia Kozarynowa, pisarka i, jeśli się nie mylę, etatowa recenzentka „Wiadomości”, prywatnie wnuczka nikomu nieznanego Teodora T. Jeża, która w dodatku przeżyła ponad 100 lat. Drugą recenzję napisał Marian Czuchnowski, poeta i prozaik, przed wojną wielokrotnie skazywany i więziony za socjalistyczny radykalizm i agitację robotników, po wojnie żyjący na emigracji autor śmiałych erotycznie wierszy (co chyba nie jest bez znaczenia w przypadku recepcji powieści Dobka). Dwie recenzje i dwa odmienne głosy. Opisowa, rzetelna i „obiektywna” recenzja Kozarynowej właściwie stara się wyretuszować problem homoseksualizmu w dość typowy sposób. Na homoseksualistów znajduje tylko jedno określenie: „zboczeńcy”. Nazbyt przekonująca apologia homoseksualizmu, która pada w tej powieści z ust Edwina, okazuje się dla recenzentki zbyt podejrzana. Najwyraźniej mierzi ją obecność tolerancyjnej perspektywy, skoro wysuwa zarzut w obronie normalności, insynuując: „jak gdyby autorowi, nie tylko Edwinowi, zależało na wzbudzeniu w czytelniku protestu przeciw prześladowaniu przez władze, sądy i społeczeństwo ludzi niewinnych, lecz z przyrodzenia różniących się od ogółu i zmuszonych do ukrywania się ze swymi antykobiecymi upodobaniami”.

I chimeryczna, napuchnięta emocjami, skrajnie subiektywna i entuzjastyczna recenzja Czuchnowskiego z „Dziennika Polskiego i Dziennika Żołnierza” (nr 311, z 30 grudnia 1964), który wpisuje utwór Dobka w długą tradycję skandalizujących powieści erotycznych i homoerotycznych „od Poganki Żmichowskiej, która była pierwszym powieściowym zdjęciem jedwabnej powłoki z zagadnienia miłości lesbijskiej” po Adama Grywałda Tadeusza Brezy.

„Zagadnienia odmienności seksualnej – argumentował Czuchnowski – miłość safficzna i homoseksualizm, ciemne i zawiłe marginesy życia ludzkiego miały swych literackich prekursorów łącznie z bardzo wyczulonymi zagadnieniami moralnymi. To świadectwo tradycyjne jest o tyle potrzebne przy ocenie Na ratunek gołębicy, że nie ma nigdy dobrej książki, bez wiekowego zaplecza intelektualnego i moralnego”.
O tym, że polski pisarz dość mocno interesował się problemami środowiska homoseksualnego w Londynie świadczy chociażby jego entuzjastyczna recenzja wydanego w 1966 roku nietypowego przewodnika po Londynie The New London Spy. A Discreet Guide to the Citys’s Pleasures (pod redakcją Huntera Davisa), ukazującego nie tylko turystyczne atrakcje, lecz również ciemną stronę miasta, jego zakazane rozrywki i seksualne podziemie (na marginesie polecam go tym, którzy interesują się historycznym aspektem homostolicy Zjednoczonego Królestwa). Zdaniem Dobka, dzięki temu przewodnikowi polski emigrant mógł dowiedzieć się sporo:

„[…] o homoseksualistach gromadzących się w swych klubach, oczekujących wciąż na wprowadzenie sprawiedliwszego i bardziej ludzkiego prawa; o lesbijkach, dla których Londyn jest Mekką, jedynym miastem, gdzie miłość lesbijska jest jako tako zorganizowana, wreszcie o włóczęgach, trampach, wyrzutkach społeczeństwa, okaleczonych i zapomnianych ludziach. (…)
Życie homoseksualistów londyńskich nie należy do przyjemnych. Prześladuje ich oko zgorszonej publiczności i łapie za frak ramię prawa, byleby tylko się który wychylił. Mają swoje kluby, gdzie pijąc „soft drinks” tańczą z sobą i umawiają się na spotkania. A jeśli nie idą do klubu, mogą zawsze spotkać kolegę w upodobaniach nad jeziorkiem Queen Marry na Wimbledon Common. Albo mogą kupić po prostu bilet do kina, gdzie po ciemku możliwości są olbrzymie.

Na Glabe Place, na Chelsea, mieści się Gateway Club, jedyne w Londynie, a chyba i na całym świecie, miejsce spotkania lesbijek. Zawsze tam tłoczno i gwarno. Wielkie, ciężkie dziewczyny w spodniach, palące papierosy i kanciaste jak robotnicy z budowy i obok delikatne, mizerne, poddające się woli silniejszych, samiczki. Tu można znaleźć towarzyszkę na wspólne mieszkanie” („Wiadomości” 1967, nr 7, z 12 lutego).

Aż się wierzyć nie chce, że ten żołnierz i poeta, autor wielu patriotycznych wierszy, uczestnik kampanii wrześniowej, wreszcie kapitan artylerii i zastępca dowódcy 5. Dywizji Karpackiej Piechoty odznaczony Krzyżem Walecznych w walce pod Monte Cassino, tak bardzo interesuje się nocnym Londynem i losem prześladowanych homoseksualistów. Czy należał on do bywalców miejsc i klubów, które następnie tak dokładnie opisał w swojej powieści? A może po prostu ujawnił w ten sposób własne skłonności erotyczne? Wydaje się, że te przypuszczenia na zawsze pozostaną w sferze domysłów. O prywatnym życiu Dobka, niestety, właściwie nic nie wiadomo. Poza przytoczonymi źródłami nie natknąłem się na żadne wspomnienia o autorze. A z perspektywy powieści istotny może okazać się okres londyński jego biografii. Wiadomo bowiem, że do stolicy Anglii przeprowadził się wraz z żoną z Glasgow w 1958 roku. Pracował tu kolejno jako krojczy w fabryce konfekcji damskiej, agent ubezpieczeniowy, a także dziennikarz dość blisko związany, jak udało mi się ustalić, z kręgiem Stanisława Balińskiego, homoseksualnego „barona” londyńskiej emigracji. Wiele wskazuje na to, że pewne doświadczenia Dobka wpłynęły na kształt jego debiutanckiej powieści, która – jak informuje na wstępie autor – „jest oparta na prawdziwym zdarzeniu”, a „występujący w niej ludzie istnieli i istniała gołębica”. To wszystko. Niech detektywistyczny umysł połączy ze sobą te wydarzenia.

Trzeba tu oczywiście wyjaśnić, że w latach 50. i 60. XX wieku w Wielkiej Brytanii, a w szczególności w Londynie, nastąpił największy wzrost prześladowań homoseksualistów od czasu procesu Oscara Wilde’a. Wciąż jeszcze funkcjonowało uchwalone w XIX stuleciu prawo (tzw. poprawka Laubouchère’a uchwalona w 1885), które kryminalizowało homoseksualistów (kobiety nie podlegały temu prawu, dlatego też lesbijki wcześniej niż homoseksualni mężczyźni zaczęły organizować ruch emancypacyjny). Dekryminalizacja homoseksualizmu między dorosłymi mężczyznami nastąpiła w Anglii dopiero w 1967 roku.

Akcja powieści Czesława Dobka rozgrywa się w Londynie w 1961 roku, w okresie kiedy brytyjscy homoseksualiści zyskują coraz większą społeczną świadomość, organizując się najpierw w tzw. tajnych kręgach. Trzeba przyznać, że autor oczami swojego bohatera dość dokładnie opisuje codzienne życie i zwyczaje londyńskich homoseksualistów, zepchniętych do podziemia, ściganych przez nacjonalistów i policję. Ukazuje tajne miejsca spotkań: prewet w parku publicznym, lokale, księgarnie, czy też prywatne spotkania w mieszkaniu Edwina, wokół którego skupiają się homoseksualiści, tworząc na wzór sekty tajny i hermetyczny krąg towarzyski. Edwin jest jego „duchowym” przewodnikiem, mianuje się „kapłanem przeklętych”, dla zmylenia czujności policji udaje księdza, nosząc koszulę z przekręconym kołnierzem. Wyłapuje z tłumu samotnych mężczyzn, najpierw obserwuje ich z daleka, a następnie podchodzi i w niby przypadkowych okolicznościach zaczyna rozmowę. W takiej sytuacji poznaje Edwina główny bohater powieści, niejaki William Loneman, zwany pokrótce Billem.

Powieść Czesława Dobka nie jest przejawem wysokoartystycznej wirtuozerii. Ktoś, kto będzie szukać w niej przejawów geniuszu, prawdopodobnie po chwili czytania rozczarowany odłoży ją na półkę. Chociaż trzeba powiedzieć, że książka wciąga od samego początku. Przede wszystkim dlatego, że została pomyślana jako powieść popularna wykorzystująca klasyczny filmowy schemat procesu sądowego, w którym to ławnicy (a w rezultacie widzowie lub czytelnicy) muszą rozstrzygnąć o losach oskarżonego. Osnową fabuły jest kryminalny wątek, który zostaje oryginalnie przeprowadzony. Rzeczowy bieg rozprawy sądowej splata się z nieuporządkowanym natłokiem myśli i porwanych wspomnień Billa, zapisywanych dla odmiany kursywą, bez interpunkcji. Wewnętrzny monolog bohatera zdradza cechy strumienia świadomości, zaświadcza o swoistym przymusie mówienia charakterystycznym choćby dla pacjenta w trakcie kuracji psychoanalitycznej. W istocie bowiem Bill, wyrzucając z siebie swoją dramatyczną opowieść, której kulminacją jest powrót do dzieciństwa, odkrywa również historię nieświadomych pragnień, stłumień, kompleksów, które dają się interpretować za pomocą psychoanalitycznych koncepcji. Ta książka „nie byłaby do wyobrażenia gdyby nie istniał Freud” – pisała we wstępie recenzji Kozarynowa.

Fabuła powieści odsłania się stopniowo ukazując powikłane dzieje Billa, oskarżonego o morderstwo narzeczonej Joanny Poranek, polskiej emigrantki mieszkającej w Londynie. Osadzony w celi, wpatrując się w ciemne plamy na suficie, rozpoczyna swoją opowieść. Historię Billa poznajemy w momencie jego symbolicznych narodzin, kiedy to przekracza próg „Ramony”, lokalu o podejrzanej reputacji, w którym przesiadują młodzi ludzie z londyńskiego półświatka. Można powiedzieć, że pojawia się znikąd. Ubrany w marynarkę i śmieszny krawat, z walizką w ręku, wzbudza zainteresowanie zgromadzonych przy ladzie chłopaków odzianych, czy wręcz uzbrojonych w czarne skórzane kurtki nabijane metalowymi ćwiekami. W obronę bierze go niemłoda już prostytutka Margot, która natychmiast oferuje mu pomoc w wynajęciu mieszkania i roztacza nad nim opiekę. Bill, obserwując jej szerokie biodra i obfity biust, konstruuje w wyobraźni akt ponownych narodzin z ciała prostytutki. Pragnie rozpocząć swoje życie na nowo, potrzebuje nowej tożsamości, którą stwarzają dla niego chłopaki z „Ramony”: Alan, Joe, Tom, Peter, Charlie, czy też wysiadujący w kącie knajpy Aaron Stadelman, marksizujący Żyd i szachista, który z niepokojem obserwuje faszystowskie zapędy chłopaków, urządzających dla rozrywki, czy też dla podparcia samczej tożsamości, regularne wypady na „cudaków” (to dość archaiczne przełożenie angielskiego słowa „queer”; Dobek używa także negatywnego określenia „homo”). Tożsamość chłopaków z „Ramony” zasadza się najwyraźniej na istnieniu wspólnego wroga, którym są homoseksualiści spotykający się po kryjomu w londyńskich parkach. Bill jest zafascynowany chłopakami z „Ramony”, pragnie akceptacji i uczestnictwa w ich męskim świecie:

[…] chciałem bardzo być taki mocny mieć czarną kurtkę z niklowanymi guzami na naramiennikach czarny hełm baniasty ozdobiony czerwonymi skrzydłami Merkurego i skuter albo lepiej motocykl chciałem być twardym brutalnym ujeżdżać na ryczącym motorze grozić przechodniom śmiać się z policjantów bić po mordzie i kopać leżącego ale nie byłem taki

Wreszcie na złość Stadelmanowi uczestniczy on w jednej z nocnych wypraw na „cudaki”, która wzbudza w nim jednocześnie niepokój i nieodgadnione pożądanie. Warto przytoczyć ten fragment w całości:

z tymi cudakami było przerażające i przyjemne chociaż ja nie byłem winien to Tom i Alan i inni oni to dawno uprawiali a ja tylko raz byłem biernym świadkiem jednak oczy tamtego patrzyły we mnie i nie wiem czy Tom na swej wieży albo Alan w fabryce opon przeżywają takie wspomnienia oczy patrzą tylko we mnie z początku nie orientowałem się szliśmy przez pusty ciemny park rzędem są szepnął Alan stanęliśmy niedaleko gęstych krzaków wiatr przyniósł smród i poznałem że w krzakach mieści się prewet publiczny jeszcze nie rozumiałem nic tylko drżałem z jakiegoś nieznanego niepokoju
Peter poszedł pierwszy zdjął swoją kurtkę i w koszuli samej w obcisłych jeansach kołysząc się jak kobieta szedł w tamtą stronę za chwilę ktoś był przy nim zatrzymali się rozmawiali ze sobą idziemy szepnął Alan
Tom przez cały czas nic nie mówił ani słowa nie powiedział od początku do końca chociaż to on kopał jęczące ciało kiedy podeszliśmy półkolem ten stojący z Peterem zaczął się cofać zobaczyłem teraz światło u wejścia do klozetu stał tam jakiś mężczyzna oparty o ścianę i palił papierosa czerwony punkcik rozświetlał się w jego dłoni świnia świnia krzyknął Peter chłopacy się rzucili bij świnię ty brudny psie rozpustny koźle wieprzu wołali i otoczyli obcego posypały się razy w jednym momencie leżał na ziemi byłem blisko bardzo blisko słyszałem uderzenia pięści i jęk powalonego widziałem w świetle dalekiej latarni w smudze padającej z klozetu człowieka leżącego przewracającego się machającego rękami broniącego się nogami widziałem że Tom raz po raz kopał go w bok zawzięcie w milczeniu on jeden nie krzyczał nie drwił kopał raz po raz stałem blisko za blisko bo właśnie na mnie spojrzał człowiek z ziemi to były cholernie smutne oczy jak u psa nie przerażone nie złe nie oszalałe z bólu smutne takie jak u Margot gdy prosiła abym ją pocałował jak u Edwina kiedy mówił jestem kapłanem przeklętych
uciekaj za mną wołał Charlie ciągnęli mnie za rękawy marynarki a ja patrzyłem na leżącego człowieka policjant wrzasnął Alan i powlekli mnie prawie siłą niedaleko stanęliśmy koło drzew rzeczywiście szedł policjant myślałem że do nas ale on jakby nas nie widział kierował się prosto w stronę ustępu człowiek z ziemi zerwał się i zaczął uciekać zamiast szukać opieki zamiast skarżyć się wskazywać na nas szczuć na nas on uciekał a chłopaki się śmieli policjant nie gonił podszedł do tego który stał oparty o ścianę i mówił coś do niego czasem jest ich więcej znacznie więcej powiedział do mnie Charlie nie boicie się jak jest ich dużo to mogą was zbić oni? zaśmiał się pogardliwie Alan oni palcem nie ruszą cała heca w tym że oni się nie bronią paskudna robota paskudna zgodził się Charlie nigdy bym nie poszedł na to tylko dla Toma nic nie rozumiałem zupełnie nic wtedy nie rozumiałem pociłem się z podniecenia siłą panowałem nad sobą żeby nie dotknąć ramienia Toma który stał obok mnie sapał i pluł w trawę zdawało mi się że byłem na skraju czegoś co za chwilę może wybuchnąć jak gorący gejzer a kiedy po raz pierwszy rozmawiałem z Edwinem chciałem mu powiedzieć że mi kogoś przypomina ale nie powiedziałem jego oczy patrzyły na mnie tak samo jak oczy tego człowieka z ziemi ręce mi się spociły pod stołem jednak nie powiedziałem i nigdy nie zdobyłem się na powiedzenie aż wszystko się odkryło wszystko wtedy gdy dowiedziałem się że

Ostatni akapit jest tu najbardziej znaczący, bo ukazuje, iż homofobia chłopaków z „Ramony” ma swój rewers: jest nim homoseksualna fascynacja Tomem, przywódcą grupy. Wybuch podniecenia u Billa i wyznanie Charliego („tylko dla Toma”) są czytelnym sygnałem.

Czy Bill jest więc homoseksualistą? Bardzo trudno dać odpowiedź na to pytanie w kategoriach tożsamości. Analiza kolejnych wydarzeń pozwalałaby sądzić, że Bill jest raczej człowiekiem bez tożsamości (zarówno narodowej, jaki i seksualnej), zagubionym pomiędzy formami narzucanymi mu przez innych. Prostytutka Margot widzi w nim upragnionego kochanka. On zaś brzydzi się jej kobiecym ciałem. Przepełniony wstrętem i kazirodczym lękiem (wszak obrał ją sobie za matkę) odrzuca jej zaloty. Staje się powoli wyrachowanym utrzymankiem, żyjącym z pieniędzy Margot zarobionych w nierządzie. Nie porusza go nawet tragiczna śmierć prostytutki, która zginęła z ręki oszalałego z zazdrości alfonsa. Bill wspina się coraz wyżej, wykorzystując słabości tych, których spotyka na swojej drodze. Kiedy poznaje Edwina, wkracza z kolei w świat homoseksualistów. Jest oczarowany postacią i pozycją „kapłana przeklętych”, jego arystokratycznym pochodzeniem, oksfordzkim wykształceniem (jak na wzorowego homoseksualistę z epoki wiktoriańskiej przystało, vide Oscar Wilde, Walter Peter i in.), czy wreszcie nie na tyle jeszcze nadwątloną fortuną, która wciąż pozwalała Edwinowi cieszyć się opinią niepracującego gentelmana. Bill uczestniczy więc w wytwornych spotkaniach homoseksualistów z kręgu Edwina. Staje się jednym z nich, utożsamia się z losem przeklętych, bo dobrze czuje się w roli innego, odmiennego, stojącego poza „normalnym” społeczeństwem. Jest pod wrażeniem przejmujących wypowiedzi Edwina, który bierze w obronę homoseksualistów wykluczonych spod prawa:

my jesteśmy innym gatunkiem człowieczeństwa rodzimy się i pozostajemy innymi dzisiejsze prawa barbarzyńskie i brutalne igrają z nami spychając nas pod ziemię skazując na samotność i ukrywanie się nawet w tym nazywającym się kulturalnym społeczeństwie jesteśmy szczuci pogardzani potępiani mówił to ciągle dumnie jak¬by szczycił się należeniem do ludzi spoza kręgu społecznego wyciągnął przez stół rękę i dotknął mojej dłoni było to pierwsze dotknięcie Edwina jakie poczułem na swojej skórze przyjąłem je poważnie jak chęć przekazania własnej szczerości byłem podekscytowany i przejęty tym że on mnie się zwierza z takimi troskami nie wiedziałem dlaczego i musiał to pytanie odczytać w moich oczach chce pan wiedzieć dlaczego panu to mówię bo wiem że pan jest jednym z nas wiem o tym niech pan się nie dziwi mamy sposoby rozpoznawania dziś jeszcze chodzi pan samotny nie zdający sobie sprawy z należenia do nas jutro poczuje się pan szczęśliwy w naszym kole znowu ścisnął mi dłoń i znów zaniepokoiłem się i poczułem że krew napływa mi na powierzchnię skóry nie rozumiejąc przeczuwałem rzeczy wielkie i wspaniałe
pociechą dla mnie była myśl że jestem z innego gatunku z koła ludzi innych stojących poza i ponad społeczeństwem i obojętność niechęć szyderstwo nawet nie mogą mnie dotknąć były to małe strzałki wypuszczane przez tępych i ograniczonych mieszczan i rozbijały się o moją inność odmienność
zajmował mnie przejmował podniecał swoimi opowiadaniami o doświadczeniach mocniejszych krwistych wnet czułem jak żar oblewa mnie od środka jak ciało moje zaczyna pęcznieć współistnieć z jego opowiadaniem brać udział a w głowie wzniecał się sam z siebie szum jakbym wypił wiele wiele dżinów to były jego doświadczenia jego poznawanie inności (…) wierzyłem mu szczerze byłem po jego stronie z nim chciałem powstać wyciągnąć rękę powiedzieć że czuję tak samo
tak szczęśliwy byłem gdy Edwin obejmował mnie ramieniem z prośbą i radością gdy w kole młodych chłopaków siedziałem na dywanie pijąc dżin z lodem gdy zabierałem głos w dyskusji burzącej cały świat gdy odkrywałem nowego boga coraz to innego gdy patrzano na mnie z zazdrością jako na wyróżnionego jak na najbliższego najbardziej zaufanego na pierwszego

Kiedy jednak dochodzi do cielesnego zbliżenia z Edwinem, Bill kurczy się w sobie, doznaje sprzecznych uczuć:

bałem się tego co mnie czekało ale za nic nie chciałem się go wyrzec a to było straszne ta obca skóra napięta pulsująca obcy zapach obcy oddech nie wiedziałem że można tak w jednej chwili znienawidzić kogoś i jednocześnie nie mogłem się tego wyrzec być kimś być cząstką tego świata innego odmiennego wznoszącego się ponad smutek ocierania o przypadkowych przechodniów świata miłości nocnej
zostałem użyty wykorzystany przez kogoś innego wbrew temu co sobie przyrzekłem że będę sam że nikt nie zdobędzie nade mną przewagi że przejdę obok ludzi bez tęsknoty aby się ich dotknąć że będą mi niepotrzebni
wbrew wszystkiemu właśnie ramię człowieka zacisnęło mi się na szyi przestałem być panem swego ciała upokorzyłem się tak jak nigdy nie przypuszczałem upokorzyć się można (…) dziś wiem że zawładnięcie mną nie miało nic wspólnego z otworzeniem świata czyjeś ręce wzięły mnie mocno zacisnęły się palcami wpiły w moje muskuły czyjeś ciało wydarło mnie lękowi i wstydowi na chwilę żar olbrzymi jak pożar miasta całego zapalił się dookoła krzyk rozpaczy i rozkoszy ale nie krzyk urodzenia coś się skończyło właśnie czyż on zdawał sobie sprawę że w tej chwili coś się skończyło że wali się cały gmach misternie budowany dzień po dniu zamiast żeby się przede mną ten zaklęty świat otworzył zobaczyłem przepaść skoczyłem wbrew samemu sobie zmuszony porwany zniewolony czyż zawsze mam być czyimś niewolnikiem?

Świat homoseksualistów, który tak mocno go zafascynował i wciągnął, pod wpływem tego doświadczenia zamyka się przed nim. To świat, który go ogranicza, świat, w którym ciągle czuje się niewolnikiem, bo z tajnego kręgu, jeśli już raz się do niego weszło, nie ma łatwego wyjścia. Bill odkrywa, że odmienność homoseksualistów nie wpisuje się w jego poczucie odmienności. Nie tego szukał, usiłuje więc uciec od Edwina i postanawia zerwać z nim wszelkie stosunki, za co zapłaci słoną cenę.

Bill ucieka przed obcą cielesnością, przed brudną rozkoszą, przed hańbą bycia homoseksualistą, przed zniewalającą obecnością drugiego człowieka. Ucieka w ręce spotkanej przypadkowo kobiety, Joanny, polskiej emigrantki. W objęciach dobrej Joanny doznaje chwilowej ulgi, przyznając w myślach, że jednak nie jest „jednym z nich”. Wydawać by się mogło, że ta pobożna katoliczka jest ostatnią przystanią Billa, że uratowała jego zagrożoną heteroseksualność. I że historia ta zakończy się „szczęśliwym” katolickim ślubem. Tymczasem Joanna pełni w jego życiu jedynie rolę opiekunki, zapobiegliwej i czułej siostry. Bill nie widzi w niej upragnionej kochanki: „ten krótki czas bliskiego bycia z Joanną to zadowolenie że mam siostrę jeżeli mogłem znaleźć matkę w Margot Joanna jako siostra była nawet bardziej realna”. Bill nigdy jej nie kochał, podobnie jak nie kochał Margot i Edwina. Potrzebował ich do tego, by się podnieść, utrzymać na powierzchni, przeżyć.

Jedynym symbolem, z którym obsesyjnie utożsamia się Bill, jest czarna gołębica, wysiadująca jaja w załomie opuszczonego budynku, sąsiadującego z biurowcem agencji ubezpieczeniowej, w której Bill od niedawna zaczął pracować. Codziennie obserwuje ją kątem oka i zdążył już zżyć się z jej obecnością, ale kiedy budynek zostaje wreszcie oddany do rozbiórki, Bill nie potrafi zareagować, by uratować ptasie gniazdo. A przecież był to jedyny i chyba najprostszy element jego rzeczywistości, który nie został uwikłany w sieć skomplikowanych relacji: moją jedyną pociechą stała się gołębica była inna od Edwina od Margot od Joanny była niedosięgalna i wzywała mojej pomocy prosiła o nią była na mojej łasce i wiedziała że ją zdradzę. Śmierć gołębicy, istoty przynależnej do innego świata, powoduje przebudzenie Billa. Za gołębicą przechodzi on jakby na drugą stronę rzeczywistości. W porządku tym zarówno Edwin jak i Joanna, którzy nie są w stanie zrozumieć tragedii gołębicy, a pośrednio rodzinnej tragedii Billa, zdają się być już na trwałe oddaleni, odcięci od jego świata.

Bill całkowicie zrywa z Edwinem, zdradza go zapach perfum Joanny. Edwin, opętany szaleńczą zazdrością o kobietę, poprzysięga zemstę. I spełnia ją, mordując przechodzącą w nocy przez park Joannę Poranek. O zabójstwo to oskarżony zostaje jednak William Loneman, który zresztą przyznaje się do winy, nie chcąc, by prawda o stosunkach z Edwinem wyszła na światło dzienne. Jedynym jego rzecznikiem staje się obrońca z urzędu, sir Donald Macdonald, który wbrew woli oskarżonego próbuje dowieść jego niewinności.

Gdyby na tym zakończyć historię Billa, należałoby właściwie stwierdzić, że to w gruncie rzeczy postać wcale nieciekawa, cierpiąca na atrofię uczuć, niemal wyzbyta potrzeb seksualnych, niezdecydowana w swoich wyborach. W dodatku cynicznie wykorzystująca pozycję i uczucia innych. Mógłby ktoś rzec: to wypisz wymaluj zdegenerowane dziecko zepsutego Zachodu. Otóż, nic bardziej mylnego, ponieważ Bill okazuje się produktem, jeśli nie odpadkiem (zostałem pusty wypity wyrzucony, nazbierałem śmiecia ty masz same śmiecie w głowie mówił do mnie Stadelman nie wiedząc jeszcze o moim prawdziwym śmietniku), polskiej historii powojennej.

W przełomowym momencie procesu obrońca dowodzi, że William Loneman, za którego podaje się oskarżony mężczyzna, jest w istocie Tadeuszem Samkiem, synem polskich emigrantów, mieszkających w Nottingham, którzy w stosownym momencie stają przed ławą przysięgłych. Dochodzi wówczas do konfrontacji, w trakcie której dowiadujemy się całej prawdy o Billu. Otóż okazało się, że Tadeusz, czyli ów Bill, który przed trzema laty pojawił się nikomu nieznany, bez tożsamości, u progu „Ramony”, uciekł z domu rodziców, po tym jak został dotkliwie pobity przez despotycznego ojca, zasłużonego żołnierza i zapalonego patriotę, który przemocą wpajał krnąbrnemu synowi lekcje miłości do ojczyzny. Bił, bo „chciał z niego zrobić człowieka”, prawdziwego mężczyznę i porządnego Polaka – przyznaje matka, która ostatecznie jednak podporządkowana despotyzmowi męża wyrzeka się syna:

[…] On nie chciał być Polakiem. On tylko po angielsku. Angielskie książki, angielska mowa, angielscy koledzy. Jakże to mogło być? Ojciec zasłużony żołnierz, patriota, zawsze po polskich uroczystościach, w kaplicy pieniądze zbierał na tacę, a syn ani po polsku, ani do kościoła. Jakże to? No więc z takim synem nie mogła być zgoda. Ja go prosiłam, ja matka, ale on i mnie nie słuchał. Dla niego to wszystko było za nic. Na odznaczenia ojca pluł. Pluł. Jakże z takim synem?

[…] Wyrodny syn oskarżony o straszną zbrodnię jeszcze rodziców szarga. Za co? Staraliśmy się zrobić z niego człowieka. A teraz taki wstyd. Ojca rodzonego po sądach ciąga, oskarża o nie wiem co. Wstyd proszę sądu. Wstyd.

Historia familii Samków łączy się nierozerwalnie z historią Polski. Tragiczne dzieje rodziny zostają ujawnione w trakcie procesu. Tadeusz urodził się w czasie II wojny światowej, w „tiepłuszce” podczas transportu do Kazachstanu, dokąd została zesłana jego matka Zofia (ojciec Kazimierz walczył wówczas na froncie). Stamtąd wydostała się do Afryki, gdzie na oczach kilkuletniego synka została brutalnie zgwałcona przez czarnoskórego bandytę. Po wojnie w Anglii spotkała się z mężem wracającym z frontu. Wówczas Kazimierz po raz pierwszy ujrzał swojego ośmioletniego syna. Przez pewien czas przemieszkiwali w obozie dla uchodźców, następnie zamieszkali w Nottingham. Życie polskiej rodziny nie układało się jednak idealnie. Ojciec nie podzielał zamiłowania syna do nauki, kpił z jego zainteresowań i młodzieńczej wrażliwości (romanse czyta historię Polski czytaj o Kościuszce o cudzie nad Wisłą czytaj ty diabelskie nasienie). Znęcał się również nad żoną, posądzając ją o „puszczanie się z murzynami”, kiedy on dzielnie walczył na froncie. Tadeusz, nie mogąc znieść tyranii ojca, owych „lekcji polskiego patriotyzmu”, wielokrotnie uciekał z rodzinnego domu, dokąd za każdym razem sprowadzała go policja. Pewnego dnia jednak ojciec pobił go do nieprzytomności. Po tym wydarzeniu Tadeusz po raz kolejny uciekł z domu, by pojawić się w obcym mieście i z dala od patologicznej „miłości” ojca rozpocząć nowe życie. Ale życie to okazało się pasmem kolejnych nieszczęść. Bill nieustannie ucieka (od Margot, od Edwina, od Joanny) przed pułapką jakiejkolwiek tożsamości, przed „byciem z kimś” i „byciem kimś”. Ucieka przed gębą „kochanka prostytutki”, „wiernego narzeczonego”, „homoseksualisty”. Nie sprawdza się w żadnej z tych ról. Zdaje się być człowiekiem okaleczonym, czującym wstręt przed cielesnością własną i innych. Odrzuca również „patriotyczną” rolę, którą usiłuje wpoić mu ojciec. Pozostaje więc wyrzutkiem, kolejnym odmieńcem polskiej historii.

Niewątpliwie powieść Dobka, pisana ku przestrodze, jaką to krzywdę może powojennemu pokoleniu wyrządzić wychowanie w duchu źle pojmowanego patriotyzmu, pomimo upływu lat okazuje się wciąż aktualna. Można dziś oczywiście nie zgadzać się z negatywnym wizerunkiem Edwina, mizoginicznego homoseksualisty, który w przypływie szaleńczej zazdrości zabija Joannę. Nie można jednak pominąć drugiej, jaśniejszej strony osobowości Edwina, na uwypukleniu której Dobkowi niewątpliwie zależało: Edwin walczy o godność własną i innych, o prawo do jawnej miłości. Prawdziwie „czarnym” charakterem tej powieści jest Kazimierz, który dokonuje „gorszej” zbrodni zabijając w synu ideę miłości. Piętno tej zbrodni dramatycznie odczuwa Bill, wyznając w ostatnich słowach zamordowałem zawiniłem straszliwą zbrodnią zamordowałem brakiem miłości.

Czy ta zapomniana, nieco archaiczna powieść o „cudakach” przemówi do współczesnego czytelnika autentycznym głosem? Tego nie wiem. Być może jednak warto, pamiętając o subwersywnym potencjale powieści, które niejako z zewnątrz – z emigracyjnej perspektywy – przełamywały tabu wokół homoseksualizmu w polskiej literaturze, wygrzebać ją z bibliotecznego magazynu i przekonać się o tym osobiście. Głęboka świadomość społecznej niesprawiedliwości, a także krytyczny stosunek do tradycyjnie pojmowanego patriotyzmu pozwalają umieścić ją niedaleko Gombrowicza, Pankowskiego. Z tym że Gombrowicz jakoś ocalał, Pankowski dopiero niedawno wrócił do łask, a Dobek już chyba na dobre trafił do literackiego lamusa. A trochę szkoda.

Tomasz Kaliściak – badacz i historyk literatury polskiej, pracownik naukowy UŚ w Katowicach.

Autorzy:

zdjęcie Tomasz Kaliściak

Tomasz Kaliściak

autor zmigrowany z php-nuke – ID: 234; nazwa: tomaszkalisciak

5 komentarzy do:Zapomniana powieść o „cudakach”

  • arc-en-terre

    [Re: Zapomniana powieść o „cudakach”]

    świetny tekst. z chęcią się przyjrzę bliżej tej książce. :)

  • arc-en-terre

    [Re: Zapomniana powieść o „cudakach”]

    świetny tekst. z chęcią się przyjrzę bliżej tej książce. :)

  • Rchcz

    [Re: Zapomniana powieść o „cudakach”]

    hmmm … te fragmenty sugeruja,ze to typowa ‚nowa powiesc’ po polsku, po latach chyba tylko dla polonistow … i troche zmierzila mnie ta koncowa ‚analiza utworu’- chyba przez autora przemawiaja jakies wlasne leki i uprzedzenia- ja powiesci oczywiscie ie przeczytalem ale z tych fragmentow wylania sie typowa ksiazka o ‚czlowieku bez wlasciwisci’ a nie ‚ofierze polskiego nacjonalizmu’ …tez warto wiedziec jakim krajem byla owczesna wielka brytania- polscy emigranci byli tam niczym, pogardzanymi wyrzutkami zatrudnianymi do najgorszych prac bez szans na awans spoleczny- to tez wazne do naswietlenia sytuacji … no i na koniec – sformulowanie ‚cudak’ warte jest chyba rozpowszecjnienia- wpada w ucho i pobrzekuje jakos tak lesmianowsko- szecherezadyjsko, pobrzekuje jak worr dukatow … lepse to niz nijaki ‚gej’ czy wymoczkowaty ‚odmieniec’ nie mowiac juz o niezgodnym z polska fonetyka kłir /predzej czy pozniej muzi byc – kłyr-/

  • junior

    [Re: Zapomniana powieść o „cudakach”]

    Ciekawe… Brawo!

  • Soniasonia

    [Re: Zapomniana powieść o „cudakach”]

    Dobry tekst! Dawać więcej takich! A przy okazji, nie dałoby się odkupić praw autorkisich i wydać książkę ponownie, np. nakładem Abiekta.pl?




Skomentuj

  

  

  

Obraz CAPTCHY

*

Możesz używać następujących tagów HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Pamiętaj: zamieszczając komentarze akceptujesz regulamin

napisz do nas: listy@homiki.pl

Homiki.pl. Czasopismo zarejestrowane w Sądzie Okręgowym Warszawa Praga pod nr 2372 więcej »
Nr ISSN: 1689-7595

Powered by WordPress & Atahualpa