Radość patrzenia, radość odczuwania

1. Vernissage

Z niejakim opóźnieniem (spowodowanym głównie zaaferowaniem z powodu adopcji wraz z moim parapartnerem dwóch prześlicznych i arcymądrych koteczek – Furii, Europejki, dachówki i Coco Moherki, pół-Azjatki, arystokratki rosyjskiej, sybiraczki) piszę tych parę słów o ważkim artystycznym i politycznym wydarzeniu (a właściwie kilku splecionych wydarzeniach), które miały ostatnio miejsce w naszym syrenim grodzie, a przecież i w całym naszym wolskim, katolickim kraju.

Chodzi oczywiście o słynną już wystawę Ars Homo Erotica i całą towarzyszącą jej artystyczno-happeningową, środowiskową, czy wreszcie polityczno-ideologiczną obudowę, całe to dobrodziejstwo inwentarza – tak przyjazne, jak i oczywiście wrogie. Nadspodziewanie duża liczba gości, spotkania z organizatorami i artystami, panele, dyskusje, czy wreszcie – last but not least – dwa imponujące albumy, które pozostaną jako trwały dokument i memento zdarzenia: katalog wystawy wydany przez CePed (ta nazwa przywodzi na myśl akronimy epoki realsocjalizmu, jak Pedet, Cedet, Cepelia, a tu chodzi po prostu o… Centrum Pedalskie – sic!) oraz Art Pride – Polska Sztuka Gejowska/Gay Art from Poland, wspólne dzieło Pawła Leszkowicza i Wojtka Szota „Abiekta”. Paweł Leszkowicz, historyk i krytyk sztuki, niestrudzony autor i publicysta, działacz, panelista, i oczywiście kurator wystawy napotkał w Abiekcie (który przywodzi czasem na myśl młodego Arthura Rimbaud z filmu Agnieszki Holland) godnego partnera swoich dążeń i działań. Tylko dwa tak gorące umysły mogły doprowadzić do wydania Art Pride, publikacji nieocenionej, a która – wraz z bardziej statecznym i akademickim katalogiem – stanowić będzie punkt odniesienia dla każdego, kto teraz i w przyszłości zainteresuje się nebularnym nieco pojęciem „sztuka homoerotyczna”.

Na wernisaż, w upalny czerwcowy podwieczór 10 czerwca (ale kudy mu do upałów pride’owych!), przybył „cały Paryż” – od reprezentantów świata kultury i nauki, oczywiście historyków i krytyków sztuki wraz z dyrektorem muzeum profesorem Piotrem Piotrowskim na czele, czy wielkim literaturoznawcą, profesorem Michałem Głowińskim, poprzez czołówkę działaczy LGBTQ i dziesiątki osób znanych z widzenia, a spotykanych na warszawskim szlaku gej/les, aż po wachlującą się zalotnie, rozsiewającą zapach luksusowych perfum (Chanel No.5?) Rysię Czubakównę, czy wbiegającą rączo w młodzieńczych podskokach po marmurowych schodach Rafalalę. I gdy ta wyśmienita publiczność, to znamienite towarzystwo wstąpiło na marmurowe posadzki muzeum, wkroczyło oto w zaczarowany świat, który na trwałe pozostanie już w tkance kulturalnej naszego kraju.

2. Założenia

Jak już wspomniałem, pojęcie „sztuka homoerotyczna” to pojęcie nader nebularne; może już bardziej namacalne jest pojęcie „sztuka gejowska”. „Homoerotyka – pisze Leszkowicz – traktowana jest jako jakość estetyczna i erotyczna obecna w przedstawieniu wizualnym. Kryterium selekcji nie jest więc orientacja artysty lub artystki, ale temat lub kontekst dzieła”. Dlatego też w wypadku Ars Homo Erotica chodzi przede wszystkim o „inne spojrzenie na historię kultury, kolekcję muzeum i sztukę Europy Środkowo-Wschodniej. Dzieła wybrane ze zbiorów Muzeum Narodowego w Warszawie oraz prace specjalnie zaproszonych artystek i artystów współczesnych ukazują przekrój poprzez historię kultury – od antyku do współczesności – z punktu widzenia homoerotycznej wyobraźni. Jest to zwrócenie uwagi na odmienny dla cywilizacji zachodniej kanon sztuki i miłości oraz wydobycie go spod heteronormatywnego filtra i tabu”.

Jednak w przypadku niektórych wystawionych w ramach Ars Homo Erotica dzieł w ogóle nie można chyba mówić nie tylko o jakiejkolwiek „homoerotycznej” intencji, ale w ogóle o takiejże percepcji. Jest tak na przykład, gdy chodzi o akt męski – wystawione dziewiętnastowieczne szkice i obrazy to przecież po prostu studenckie studia, „etiudy”, które musiał (i musi) zaliczyć każdy student akademii sztuk pięknych. Dlatego, wybacz drogi Pawle, homoerotyczne postrzeganie niektórych z tych aktów jest dla mnie mocno naciągane. A już zwłaszcza w przypadku sławnego już Studium aktu męskiego (1859) Jana Matejki – twarz i tors niemłodego brodatego mężczyzny przedstawione przez dwudziestojednoletniego wówczas adepta sztuki malarskiej tyle ma wspólnego z erotyką, co na przykład biedermeierowska kanapa, a powiedziałbym, że kanapa byłaby zdecydowanie bardziej sexy. I dodałbym nawet, że półakt młodego bardzo Matejki jest wręcz erotycznie odstręczający. Nie każdy wizerunek nagiego czy półrozebranego mężczyzny (podobnie jak i kobiety) można w ogóle w kategoriach erotycznych rozważać. Przecież chyba nie traktujemy tak nagich postaci w podręcznikach anatomii patologicznej czy wenerologii. Domyślam się, że chodziło tu o samo nazwisko malarza, który podobnie jak Sienkiewicz uosabia polski patriotyzm i malował ku pokrzepieniu serc. A tu proszę, homoerotyczne ciągotki dałoby się mu przypisać! Podobnie – choć wiem, że to niepolityczne – nie potrafię dostrzec homoerotyzmu w studiach i półaktach Anny Bilińskiej-Bohdanowicz: mało apetyczni faceci (na dodatek brodaci czy wąsaci) w czerwonych majtach (choć jeden z nich w dość wypakowanych) to po prostu „zaliczeniowe” studia męskiej fizyczności i tyle.

Z drugiej jednak strony dość erotyczne zdają mi się akty i studia Józefa Simmlera, a zwłaszcza rysunki Jacka Malczewskiego (obaj w chwili powstania tych prac byli rówieśnikami Matejki) – te ostatnie są bardzo homoerotyczne, bardzo współczesne i po prostu bardzo piękne.

Ale wystawa w Muzeum Narodowym to nie tylko próba wyjścia poza heteronormatywną percepcję dzieł sztuki dawnej, ale także przykłady sztuki już nie tyle homoerotycznej, ale gejowskiej tout court, czyli wyrażającej odczucia pożądania i rozkoszy już nie w wersji domniemywanej czy soft, ale twardej, wprost, hard core. Sztuka gejowska, mówi Leszkowicz (i zresztą jest to chyba odczucie wszystkim wspólne), odnosi się do sztuki mężczyzn homoseksualnych, dotykającej treści związanych z ich tożsamością, doświadczeniami, fantazjami i stylem życia, a „dominującym tematem sztuki gejowskiej jest akt męski, przedstawianie ciała męskiego i portretu męskiego”.

3. Radość patrzenia, radość odczuwania

No właśnie, i tego rodzaju prac, przede wszystkim twórców współczesnych, też na wystawie nie brakuje. Przede wszystkim wymieniłbym szkice nieżyjącego już niestety, zmarłego bardzo przedwcześnie Krzysztofa Junga (1951-99). Jego uwodzące akty, „pary”, czy „orgie” to artyzm najwyższej próby, godny Davida Hockneya czy Andy’ego Warhola (mało kto wie, że Warhol to nie tylko pop art, ale także delikatne, arcydzielne rysunki/akty). Ciekawy jest zwłaszcza rysunek Młodzieniec w ekstazie z lat osiemdziesiątych. Dołączona jest informacja, że verso zawiera portret Wojciecha Karpińskiego, wybitnego eseisty, znawcy sztuki, przyjaciela Junga. Karpiński (ur.1943) był blisko związany z paryską „Kulturą”, ośrodkiem bardzo homoerotycznym, jak wiadomo (Czapski, „Kot” Jeleński et al.). Jung też miał ciepłe kontakty z Maisons Laffite, jak określano środowisko „Kultury”. I otóż mogę domniemywać, że owym „młodzieńcem” jest sam Wojciech Karpiński właśnie, zgodnie ze starą tradycją rysowników, że na kartonowym arkuszu maluje się z jednej strony twarz, a drugiej śmiały akt tejże osoby właśnie, zwłaszcza w erekcji. Zaś atrakcyjny, młodzieńczy czterdziestolatek też przecież może się załapać na określenie „młodzieniec”, teraz młodość bardzo się wydłużyła.

Warto też wspomnieć o arcyciekawym rysunku Dwaj mężczyźni korzystający z pisuaru (lata 1980), który przedstawia sławną, nieistniejącą już, gargantuiczną pikietę na Dworcu Centralnym, głównym punkcie „Broadwayu” (vide nasza HomoWarszawa). Nawet nie jestem pewien, czy rysunek ten znalazł się na wystawie. Trzeba bowiem wspomnieć, że prace w katalogu niekoniecznie pokrywają się z dziełami faktycznie znajdującymi się w ekspozycji, a album Art Pride to, rzecz jasna, sprawa jeszcze odrębna.

A co jeszcze z dzieł wystawionych robi na mnie wrażenie? Na przykład naturalistyczne, naturalnej wielkości akty Wojciecha Ćwiertniewicza, artysty „starszego” pokolenia, według pełnej wdzięku klasyfikacji Kuratora. Zrobiły na mnie zwłaszcza wrażenie, gdy po raz pierwszy ujrzałem je zblokowane, in corpore, w galerii „aTak”, tuż obok Uniwersytetu Warszawskiego. Był to jakby efekt zmasowanego ataku – podobne doznania spod znaku „ilość przechodzi w jakość” miałem przed laty, gdy „zaatakowały” mnie zebrane w jednej dużej sali słynne liczby Romana Opałki, mające ukazać przemijanie czasu i życia. I powiem od razu: akty Ćwiertniewicza nie podobają mi się (może z jednym wyjątkiem) – nie podobają mi się niezbyt atrakcyjni (jak dla mnie!) modele, ale doceniam kunszt, pomysł, siłę oddziaływania – i zmasowany, choć jakże „zwyczajny” erotyzm.

I akty Tomasza Karabowicza, artysty „średniego” pokolenia. Jego obrazy, przywodzące na myśl stylistykę art deco Tamary Łempickiej, w tym akt leżącego na brzuchu młodego mężczyzny z 2007 roku, oddziałują na mnie „totalnie” – pięknem perfekcyjnej techniki, sugestywnością, skondensowanym, niepokojącym erotyzmem.

Krzysztof Malec (1965-2002): odwołujący się do Dawida Michała Anioła Akt męski (1994), z naturalistycznie odwzorowanymi genitaliami, to arcydzieło najwyższej próby. Mimetyzm dzieła (pozbawiony pewnej stylizacji właściwej twórcom Renesansu), scalone w jednię odwołanie do słynnej ikony i autoportretu (zapewne), wyzywającego erotyzmu i, po prostu, perfekcyjnego piękna modela i perfekcyjnego wykonania nie może pozostawić obojętnym nikogo, choćby zagorzałego homofoba – bo jakże tu nie zachwycić się takim kongenialnym mimesis człowieczego arcydzieła spod Boskiej ręki?

Na wystawie – w przyciemnionej sali poświęconej ikonografii związanej ze świętym Sebastianem – obecna jest także praca twórcy chyba jednego z najbardziej w Polsce uznanych i honorowanych, spolonizowanego Litwina Stasysa Eidrigeviciusa. Stasys to najlepszy dowód, że twórca „homo” może w Polsce cieszyć się uznaniem i – zapewne – sukcesem finansowym. Nie powiem, żeby kontemplacja dzieł Eidrigeviciusa sprawiała mi wielką przyjemność – choć u siebie w domu mam tu i tam reprodukcje niektórych jego prac, erotycznie jakże NIEPOKOJĄCYCH. W tejże sali wyświetlane jest także wideo Karola Radziszewskiego – chyba najbardziej znanego spośród polskich plastyków (tak, używano kiedyś, za PRL-u, tego określenia!) „homo”, skandalisty włączonego w artystyczny mainstream, który, niczym jego znajomy Michał Witkowski, jednocześnie odżegnuje się od określenia „artysta gejowski”.

Hiperrealizm z gierkowskich lat siedemdziesiątych – Ceremonia Łukasza Korolkiewicza (1978) i przeuroczy Autoportret z puttem (też ’78) Zbysława Marka Maciejewskiego – zblazowany młodzieniec w slipkach na trawce (i z trawką?), z butelką i amorkiem to może ja sam na upalnych wakacjach?

Moim ulubieńcem – tak pod względem artystycznym, jak i pod względem sympatii do samej osoby – jest młody Łukasz Stokłosa – prace tego jeszcze studenta krakowskiej Akademii robią wrażenie swoją dojrzałą stylistyką, odwołującą się – według samego artysty – do ikonografii porno (i owszem, niektóre z jego prac i owszem), a moim skromnym zdaniem również do stylistyki kubizmu, choć chyba jest to oddziaływanie subliminalne. Wizerunek dwóch chłopców w akcie analnej kopulacji (Bez tytułu, 2008), ich ciała przylegające do siebie perfekcyjnie niczym elementy puzzli, pokazuje, jak estetycznie piękne może być coś, co przez tylu postrzegane jest jako odstręczające i brudne. Ale tego obrazu nie ma jednak na wystawie – jest za to w albumie Art Pride. Mój Boże! – oba albumy tworzą przecież z wystawą continuum. Wystawa bez obu albumów tyle warta, co Rzym bez papieża…

Jeśli już jesteśmy przy młodym pokoleniu, to wymieńmy i ujmujące estetycznie pary Szymona Kurpiewskiego (Plażowicze i Prysznic), delikatne, romatyczne, bardzo „chłopięce” obrazy Roberta Adacha (For Such Thing As Love i Niked), czy poruszający tragizmem korelatu „tekstylny” Love Tomasza Kawszyna – dwie wiszące koszule symbolizujące bestialskie męczeństwo zadane dwóm nastoletnim chłopcom przez zwyrodniałe, obłąkańcze, teokratyczne władze/sądownictwo obecnego Iranu.

Queer Bibliotherapy – ciekawa instalacja Tomka Kitlińskiego, prywatnie partnera Pawła Leszkowicza. Rysunki „cienką kreską” Mariusza Tarkawiana. Odwołujące się do słynnego obrazu Hyppolyte’a Flandrina Autoportrety pochodzącego z Białorusi Ramana Tratsiuka i jego „internetowo-profilowe” fotki…

I jeszcze cudowny Mariusz „Izanagi” Kostrzewski (w klimatach mangi i art nouveau), a także intymno-poetyckie fotografie Wojciecha Gilewicza czy campujace fotogramy Oiko Petersena (Guys from Poland). Ale tej trójki na wystawie nie ma. Szkoda. Są za to w albumie Abiekta. Natomiast ani na wystawie, ani w albumie Leszkowicza/Szota nie ma Daniela Sally’ego, którego ciekawe dzieła są właśnie eksponowane w siedzibie Lambdy Warszawa. Znów szkoda. Może w następnym wydaniu.

Mitoraj – hm, uczucia mam tu zaiste mieszane. Za bardzo niektóre z jego prac przypominają mi ogrodowe krasnale. Zdanie to nie tylko moje – podziela je ponoć ceniony krytyk, kurator polskiego pawilonu na Weneckim Biennale. Mitoraj – ulubieniec między innymi Pani Prezydentowej Jolanty, znawczyni artystycznej konsumpcji bezy. Pani Jolanta jest boska, ale de gustibus (i może tak lepiej!) non est disputandum…

Nie sposób jednak wymienić wszystkich prac – zwłaszcza artystów zagranicznych. W hallu wejściowym atakuje przybyłych głośna instalacja czeskiego artysty Davida Černego – grupa księży wyrywająca (według niektórych wbijająca!) tęczową flagę z kartofliska (lub w kartoflisko!) o kształcie mapy Polski. Mamy też rosyjskich całujących się milicjantów (grupy artystycznej Blue Noses), poruszające Łzy są drogocenne młodego artysty rumuńskiego Alexa Mirutziu (który sam – z wyglądu i ubioru – jest urokliwym dziełem sztuki), piękne kolorystyką i lekkością akty młodych chłopców Węgra Adama Dallosa, serię przetworzonych fotografii ukazujących seksualne pozy (w stylistyce japońskiego tańca) też Węgra Roberta Szabo Benke, czy apetyczną pupę „topa” splecionej męskiej pary młodego i apetycznego Litwina Remigjusa Venckusa. Apetyczny twórca autorem apetycznego dzieła…

4. Małe niedosyty lesbijskie i inne wąty (Rzepa, jak zawsze, czuwa)

I wreszcie – znów last but not least – działy Imaginarium Lesbijskie i Transgender/Androgynia. Wspaniałe androgyniczne anielice/anioły Macieja Osiki i fotografie Ukrainki Anastasii Michno (w tym piękny, dziewczęcy chłopiec w białych majtkach, który z początku był swego rodzaju logo wystawy).

A co do „sekcji lesbijskiej”, powiem krótko: rozczarowała mnie nieco, zwłaszcza jeśli chodzi o prace współczesne. Za mało ich po prostu. No może ciekawe, nieco satyryczne niewielkie obrazki Bułgarki Mirelli Karadjovej, czy filmy wideo Słowaczki Anny Daucikovej. Prace Daucikovej – pokazała ich więcej podczas wieczornego spotkania z artystami zagranicznymi – zrobiły na mnie pewne wrażenie, choć tylko część z nich można by podpiąć pod hasło „imaginarium lesbijskie”. Czyżby naprawdę brakowało prac polskich artystek/fotograficzek, które można by na wystawie zaprezentować? A choćby świetne zdjęcia ilustrujące sławną książkę-album Kiedy kobieta kocha kobietę wydaną przez Anka Zet Studio? Zamieszczone tam delikatne, erotyczne zdjęcia zdołały pobudzić erotycznie nawet mnie – zatwardziałego pedała! To dopiero musi być w nich erotyzm! Myślę, że dla tych świetnych fotografii powinno było się znaleźć miejsce w Lesbijskim Imaginarium – ale obawiam się, ze czasem na przeszkodzie staje zwykły brak informacji i komunikacji. Znów szkoda…

I jeszcze jedno – pojawiają się i bardziej „uogólnione” głosy krytyczne à propos wystawy. Pomijam tu głosy „zasadnicze” i polityczne (czemu można by poświęcić tekst całkiem odrębny – choćby zamieszczonym w Rzeczpospolitej z 19-20 czerwca wywodom Macieja Mazurka, „malarza, poety, krytyka sztuki, współpracownika Teologii Politycznej, redaktora w TVP Kultura”; nasycone nibyintelektualną koloraturą elukubracje autora (zresztą członka redakcji Zeszytów Karmelitańskich) tak dalece trafiają kulą w płot, tak dalece strzelają obok tematu, że warto by poprosić profesora Michała Głowińskiego o psychosocjolingwistyczny rozbiór owego tekstu. Zostawmy jednak Mazurka, zajmijmy się „naszymi”. Wiadomo – Ciotki Polki łatwo się nie zadowoli. A więc przeszkadza im to, na przykład, że zamiast koncentrować się na współczesności prezentuje się sztukę ze wszystkich epok, często nie najwyższej próby. A to, że brak myśli przewodniej w aranżacji, a to że Muzeum Narodowe w ogóle nie nadaje się na wystawy (bo sale nie te, bo złe oświetlenie, bo duszno i w ogóle). A to, że kicz i po prostu kompromitacja.

To ja im odpowiadam: kochane Wy cioteczki moje – macie słuszną rację, Wy kuratorki niespełnione, choć z Bożej, niewątpliwie, łaski. Macie rację! Wystawę należy zamknąć, i to natychmiast, aby zapobiec dalszej kompromitacji – kończ waść, wstydu oszczędź! Należy ją w tej postaci zamknąć i otworzyć nową – w Utopii, a może lepiej, w podziemiach Fantomu. Niech ją otworzą Atrakcyjny Kazimierz z Isabelle. Niech przetną tedy wstęgę tęczową, a oczom spragnionych Prawdziwej Sztuki koneserów ukażą się porywające akty (powiększone, rzecz jasna) wycięte wprost z Gejzera i Nowego Mena (a choćby i starego). Tam sale i te, i klimat kontemplacji właściwy, no i sztuka wreszcie prawdziwa, a nie taka udziwniona, podrabiana. I nikt nas już nie przekona, że czarne jest czarne, a białe jest białe…

5. Laudacja Leszkowicza

Ale tak serio – no fakt. Nie ma tej wystawie ani Michała Anioła, ani Caravaggia, ani Hipolita Flandrina, ani Davida Hockneya. Nie ma Gilberta i George’a, nie ma Pierre’a i Gilles’a, nie ma Jamesa Bidgooda. Ale przecież założenia – i realne możliwości – kuratora i dyrektorów Muzeum były całkiem inne.

Ale co tam – nie ma ideału. Tak czy owak jesteśmy oto świadkami wielkiego artystycznego wydarzenia. Ba, historycznego! Jak to określają Amerykanie history in the making – historii w trakcie jej tworzenia. Oto Muzeum Narodowe – bądź co bądź Narodowa Świątynia – angażuje swój wielki, usankcjonowany autorytet, by zaprezentować coś, co jeszcze wczoraj postrzegane mogłoby być przez „zdrową tkankę narodu” jako sztuka zdegenerowana. Nie będę się zresztą rozpisywał – to oczywistości. Tym większa zatem zasługa niezmordowanego Pawła Leszkowicza, który – co tu dużo mówić – też już zapisuje się w historii. Historii polskiej kultury, ale i polskiej historii obyczajowości, polskiej historii politycznej. Ale Paweł jest osobą bardzo skromną, bezpretensjonalną, bez jakichkolwiek zadęć. Nic a nic go ten ogromy sukces nie zmienił. Tym większe wzbudza uznanie, tym większą wzbudza sympatię.

Robert Biedroń stwierdził niedawno, że Pawła Leszkowicza kocham, ale nie – ja kocham jedynie jego pionierskie i epokowe dokonania, a osobę zaledwie uwielbiam…

A za co go kochamy? Za radość patrzenia, radość odczuwania. I obejmujemy go – za szyję!

Krzysztof Zabłocki anglista, wykładowca na Uniwersytecie Warszawskim, tłumacz literatury angloamerykańskiej i francuskiej, autor szkiców, członek zarządu Stowarzyszenia Lambda Warszawa; wielbiciel jamników, Indii, kina Viscontiego, Kazi Szczuki, campu, Pałacu Kultury i Karl-Marx-Allee w Berlinie

Autorzy:

zdjęcie Krzysztof Zabłocki

Krzysztof Zabłocki

Anglista, wykładowca na Uniwersytecie Warszawskim, tłumacz literatury angloamerykańskiej i francuskiej, autor szkiców, członek zarządu Stowarzyszenia Lambda Warszawa; wielbiciel jamników, Indii, kina Viscontiego, Kazi Szczuki, campu, Pałacu Kultury i Karl-Marx-Allee w Berlinie.

24 komentarzy do:Radość patrzenia, radość odczuwania

  • Rchcz

    [Re: Radość patrzenia, radość odczuwania]

    dobra, dobra- juz pisalem to wczesniej- wystawa kompletnie pomija wszelkie ciemne rejony ‚homoerotyzmu’ np- gdzie parada nazistowkich jebakow, arno brekera ktorzy przez dziesiec lat byli zawedrowali do calej prawie europy?? gdzie krytyka gejowskiej ikonosfery, ktora sklada sie tylko z bialych napakowanych mlodych mezczyzn??? feministki dra morde o kazda rozebrana pieknotke a nasi??

    a w ogole juz poza wszytskim nalezy napietnowac leszkowicza, ktory w wywiadach /tez zagranicznych/ opowiadal,ze pracownicy mnw protestowali przeciw wystawie /w czasie gdy wrzal konflikt z dyrekorem/
    co nie bylo prawda …

  • :)

    [Re: Radość patrzenia, radość odczuwania]

    „Oto Muzeum Narodowe – bądź co bądź Narodowa Świątynia – angażuje swój wielki, usankcjonowany autorytet, by zaprezentować coś, co jeszcze wczoraj postrzegane mogłoby być przez „zdrową tkankę narodu” jako sztuka zdegenerowana.”

    I dlatego także jest to wydarzenie roku! Świetny tekst, jak zwykle brawa dla Krzysztofa:)

  • Art-ek :-)

    [Re: Radość patrzenia, radość odczuwania]

    Bardzo dobra relacja z wystawy – choć z niektórymi opiniami nie całkiem bym się zgodził. Na przykład z mało przyjaznym potraktowaniem obrazów Matejki czy Bilińskiej. Ale w końcu autor ma prawo do własnych opinii. A tekst z jajem, dobrze się czyta, można skonfrontować swoje wrażenia.

    Ta wystawa pokazuje zaplecze kulturowe homoseksualistów, to, co znaczą dla kultury światowej. Każdy gej, każda lesbijka powinni ją zaliczyć. ta wystawa znaczy więcej niż niejedna akcja „polityczna”.

  • benek

    [Re: Radość patrzenia, radość odczuwania]

    wystawę zwidzałem kilka tygodni temu. Ślad pozostanie niezatarty, tym bardziej że zwiedzałęm w towarzystwie. Ale jakieś wielkiej ekstazy z powodu obcowania ze sztuką nie odczułem. A dosadność pewnych przedstawień wywoływała wręcz zakłopotanie…

  • Chrzan

    [Re: Radość patrzenia, radość odczuwania]

    Pochrzaniło Was totalnie.
    Homomatrix – nic dodać, nic ująć. Wystawa ideologiczna, wielu się do tego podczepia, do idei mówienia głośnego o homoseksualizmie, a nie mają pojęcia co to znaczy – robią to tylko snoby dla pokazówy , żeby pokazać jacy są odważni, że mają przyjaciół homo, że to niby dla nich takie normalne, nagle się bratają, głoszą równość i pokój, akurat dziw bierze, że po tej wystawie a nie przed , gdy było cicho.
    To takie… niesmaczne…
    i… pochrzanione.
    Wszyscy lecą na ars homo erotica, jakby tam ziemniaki sprzedawano, a tylko po to, aby powiedzieć sobie w błędnym przekonaniu, że zaczyna być normalnie. Wielu z Was cholernie oszukuje się, że jest normalnie, narzekacie na warunki w kraju, sfrustrowani krzykacze walczą o coś, o czym nie mają pojęcia.

    Podziwiam tych, którzy potrafią się przystosować,
    pieprzyć te wszystkie głosy o normalności. Jest sztucznie, duszno, mdli mnie od homomatrixu.
    Pozdro, heja

  • Jakbyco

    [Re: Radość patrzenia, radość odczuwania]

    Byłam w końcu na wystawie. Lesbijskie Imaginarium do bani. Mało eksponatów, do tego nieciekawe, mało reprezentatywne jak sądzę. Wystarczyło pokręcić się (choćby internetowo, jak ja) wokół UFY, by można było znaleźć dwa razy tyle, i ciekawszych.

    Sala ze św. Sebastianem ciekawa bardzo.

    Absolutnym odkryciem był jednak dla mnie ten artysta, którego rysunki na ścianach (freski?) kończą wystawę. Chyba nie został wspomniany w recenzji (chyba, że to Mariusz Tarkawian?), będę wdzięczna za pomoc w identyfikacji go.

  • Kupidyn

    [Re: Radość patrzenia, radość odczuwania]

    Rysunki Mariusza Tarkawiana ilustrowały często na homikach teksty Tomka Kitlińskiego, więc można to wyszukać po nazwisku, też się zgadzam, że to świetny artysta.

  • Jakbyco

    [Re: Radość patrzenia, radość odczuwania]

    @Kupidyn – dzięki!

  • Adam

    [Re: Radość patrzenia, radość odczuwania]

    wystawa jaka jest, taka jest. Niestety wkrótce sie kończy – tak na porę wakacji wtrącona? Na sezon ogórkowy? Powinna byc cały rok – wycieczki szkolne powinny przychodzic. A tak…

  • gejowy

    [freski]

    @Jakbyco, Kupidyn

    tak, to Tarkawian, jest w katalogu

    mi się wystawa podobała tak w ogóle, ideologiczna czy nie

  • LGBT

    [Re: Radość patrzenia, radość odczuwania]

    słaba wystawa jak całe mnww mało eksponatów i kilka sztuk trochę jakby na siłę znalezione w ostatnim czasie można się było bardziej postarać tak naprawdę trzeba podziękować posłowi pięcie za to że ją reklamował bo było by kiepsko :)

  • eaea

    [Re: Radość patrzenia, radość odczuwania]

    aż w pięty mu poszło…ciekawe czy sam był inkoguto…

  • Yga

    [Re: Radość patrzenia, radość odczuwania]

    niektóre krytyczki nazwały część les zamiast „imaginarium” – „marginalium” – bo faktycznie ubogo tam w tym pokoju. a kto trafił na spowiedź w konfesjonale Aleki Polis, ten wygrał :) wg mnie wystawa jest ważna politycznie, co do artystycznej strony – ma wiele braków. no ale pierwszy raz takie cudo w MN, ile przy tym zamieszania było… potraktujmy to jako „pierwsze koty za płoty”.

  • Twoje imię 11

    [Re: Radość patrzenia, radość odczuwania]

    pierwszy i ostatni raz w MN, jak sądzę, bo sztuka to żadna, za to polityki w samym fakcie dużo…

  • aaaaaaaa:)

    [Re: Radość patrzenia, radość odczuwania]

    o Michale Głowińskim: „poprzez czołówkę działaczy LGBTQ i dziesiątki osób znanych z widzenia, a spotykanych na warszawskim szlaku gej/les”

    :D

    krzysiu, jakie to uroczo dyskretne i jak pięknie podejmuje tak przyziemne sprawy!
    kocham homiki.pl i kocham pana zabłockiego! krzysiu, be my daddy please!

  • d.biskupa

    [Re: Radość patrzenia, radość odczuwania]

    Uważam, że detrollatornia powinna natychmiast wykasować powyższy wpis. To wstrętne, tak wypominać panu Zabłockiemu podeszły wiek!

  • KZ

    [wiek]

    Moja Droga Dupo,

    nie rozumiem Twojej troski – moj wiek (wcale nie uwazam go za „podeszly”) jest dla mnie całkiem OK, czuje sie swietnie, zazywam badów, tzn. plywam, jezdze na bicyklu i mam „swobody seksualne” (patrz moj tekst o Henryku Berezie)…

    kazdemu przybywa lat, nawet pieknemu obecnie dwudziestolatkowi – tak wiec uwazam za skrajny debilizm robienie problemu ze „starzenia sie”. To tak, jakby biadac, ze codziennie zachodzi słonce. Dzis ktos jest młody, jutro juz nie bedzie – tak ze „młody wiek” – jako taki – to zadna zasluga i nic z tego nie wynika, poza tym, ze sie ladnie wyglada. Oczywiscie mozna byc młodym i mądrym, i jest to naprawdę mile; zdarza się to często, ale niestety nie zawsze…

    Wazne jest raczej to, jak sie swoje zycie wykorzystuje – jesli sie zyje intensywnie, to czas po czlowieku „splywa” i samemu sie akceptuje jego uplyw (a wlasciwie sie go nawet nie zauwaza) – polecam esej Tatarkiewicza „Czlowiek i czas”.

    Radze więc, by raczej skupic sie na wlasnym „czasie” i wieku zanim dopadnie Alzheimer…:-)

    @ aaaaaaaaaaaaaa – moge adoptowac, jesli sie moje koteczki zgodza – ale naprawdę nie narzekam na brak mlodych ludzi w moim otoczeniu…

    pozdrawiam Dupę (mlodą lub starą, tego juz nie wiem :-) ) – wiem, ze mnie kocha, ze nie moze beze mnie zyc… moze jakas fotke byś podeslala, bo nawet nie wiem czys pannica czy chłopię…

  • KZ

    [erratum]

    przejęzyczenie kompowe – wspomniany esej jest Ingardena – a Tatarkiewicz tez godny polecenia :-) – rozne jego teksty (w tym wspomnienia), gdzie pisze o czasie w podobnym duchu, co Inagarden…

  • d.biskupa

    [Re: Radość patrzenia, radość odczuwania]

    Oj, Krzysztof, przecież ja się z tobą tylko tak droczę. Nie było sensu odpowiadać mi takim elaboratem :)

    A zdjęcie chcesz zakryte, czy odkryte?

  • krzsz1986@tlen.pl

    [Re: Radość patrzenia, radość odczuwania]

    To zależy, czyś baba, czyś chlop.

  • misza

    [Re: Radość patrzenia, radość odczuwania]

    … tylko to chyba nie o Ciebie Dupie chodziło, krzsz! :D

  • krzsz1986@tlen.pl

    [Re: Radość patrzenia, radość odczuwania]

    Jasne, że nie o mnie. O tego starszego. Ale odpowiedź jest przecież oczywista… :)

  • Miras

    [Re: Radość patrzenia, radość odczuwania]

    dziwi mnie, że pod artykułami zmiast dyskusji merytorycznej odnoszacej sie do poruszanych treści, pojawiają sie po pewnym czasie rózne niezbyt mądre, łagodnie mówiac, komentarze, świadzcące o tym, że wiele jest osób, które nie wiedża co z soba zrobic – podobnie jak osoby pod krzyżem – więc pisza byle co, tak żeby w ogóle wiedziec, ze istnieją – celuje w tym jakaś d.biskupa – nie wiem, co to za stworek, ale chyba ma spore problemy z sobą – zamiast zrobic cos pozytecznego, wyzywa sie w głupich i prostackich komentarzach. No cóz, można współczuc…

  • Tomek

    [Re: Radość patrzenia, radość odczuwania]

    Wystawa na pewno ciekawa, choć niestety mam trochę za daleko do Wawy żeby się o tym osobiście przekonać. Może powinna ukazać się internetowa wersja tejże, tak by można było zobaczyć każde dzieło. Są internetowe muzea także homoerotyczne, sporo obrazów np. arabskich z VII wieku co jest szczególnie ciekawe.

    Z bezpodstawnym krytycyzmem dajmy sobie lepiej spokój.




Skomentuj

  

  

  

Obraz CAPTCHY

*

Możesz używać następujących tagów HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Pamiętaj: zamieszczając komentarze akceptujesz regulamin

napisz do nas: listy@homiki.pl

Homiki.pl. Czasopismo zarejestrowane w Sądzie Okręgowym Warszawa Praga pod nr 2372 więcej »
Nr ISSN: 1689-7595

Powered by WordPress & Atahualpa