Dwugłos w sprawie krzyża

Sylwester G.

Prawie jak geje

Ostatnio zdarzyło mi się spotykać z pewnymi wypowiedziami porównującymi sytuację fanatyków spod krzyża z prześladowanymi mniejszościami seksualnymi. Najbardziej rozbudowaną był tekst Jej Perfekcyjności, jaki pojawił się na homikach.pl.

Po nie do końca zbieżnym z prawdą wprowadzeniu (krzyż wcale nie „zmienił się” 2000 lat temu z symbolu upodlenia na symbol nadziei – stało się to znacznie później, złośliwi powiedzieliby, iż moment ten był znakiem transformacji chrześcijaństwa z religii nadziei w zawoalowany „kult” śmierci) zaprezentowane zostały analogie między wydarzeniami wokół krzyża a pewnymi aspektami sytuacji osób LGBT. Autorka porównuje na przykład walkę o obecność krzyża w przestrzeni publicznej do walki o obecność w tej przestrzeni symboli związanych ze społecznością osób nieheteronormatywnych.

To głęboko fałszywa analogia. Fakty są takie, że krzyż w Polsce nie tylko jest wszechobecny w przestrzeni publicznej – od dawna (bezprawnie) zawłaszcza przestrzeń państwową. Należy pamiętać o subtelnej różnicy między obecnością czegoś w przestrzeni publicznej jako takiej, od obecności czegoś w przestrzeni publicznej i państwowej zarazem. Zasadniczo zakłada się, iż w przestrzeni publicznej niepaństwowej możliwa jest obecność jakiejkolwiek symboliki. Ktoś chce taszczyć na szyi krzyż – jego wola, nosi przyczepioną i widoczną rybkę Darwina, jego prawo, powiewa tęczową flagą – mamy wolny kraj. Oczywiście i tutaj możliwe są pogwałcenia prawa – gdy na przykład wielbiciele tego archaicznego narzędzia tortur i egzekucji stawiają bez opamiętania i pytania kogokolwiek o zgodę (w rodzaju zgody konserwatora zabytków, plastyka miasta, urzędów dbających o przestrzeganie prawa budowlanego, etc…) jego liczne repliki w każdym możliwym miejscu, o ile tylko ktoś tam zginął, tudzież papież coś tam pocałował, lub pomachał ręką z pozdrowieniami. W przestrzeni państwowej z kolei powinna znajdywać się jedynie symbolika państwa, neutralna światopoglądowo i szanująca świeckość tego państwa. To truizmy, a jednak zapominają o nich nie tylko „krzyżowcy”.

I teraz skrajna grupa religijnych fanatyków postawiła krzyż pod pałacem prezydenckim. Nim przejdziemy do rozpatrywania ich racji, zobaczmy jakie stoją po stronie „przeciwników” krzyża. Osoby troszczące się o zawłaszczenie przestrzeni państwowej uważają (słusznie), iż jest to (kolejne!) naruszanie neutralności światopoglądowej państwa. Ponadto kolejną reakcją było dosyć bezceremonialne odrzucenie i wyśmianie przez tzw. „młodzież” idei sakralizacji przestrzeni, która dla niej jest miejscem rozrywek i zabawy (bo tak funkcjonuje Krakowskie Przedmieście).

Z drugiej strony mamy ludzi, których działania można rozpatrywać na dwóch płaszczyznach. „Obiektywnej” – to jest ewentualnych, wynikających z porządku prawnego, praw do takich czy innych zachowań, oraz „subiektywnej” – na gruncie psychologicznych motywów i mechanizmów. Co do pierwszego ujęcia, to już je rozpatrzyliśmy. Nie ma żadnych powodów by krzyż tam stał, co więcej, nie ma żadnych powodów by spełniać inne zachcianki „obrońców krzyża” jak propagandowa tablica czy pomnik zafałszowujące prawdę o byłym, marnym prezydencie.

Co do psychologii: jasne jest, tak myślę, dla każdego kto miał okazję stać pod krzyżem, iż zgromadzeni tam ludzie byli napędzani różnymi motywami. Na pewno była spora grupka osób głęboko religijnych i niezbyt refleksyjnych – oni po prostu kochają krzyż, w swym zwykłym religijnym uniesieniu będą go „bronić” i nie rozumieją, że jest coś niestosownego w umieszczaniu krzyża w miejscu gdzie powinna być obecna wyłącznie symbolika państwowa. Oni po prostu nie posiadają wiedzy o neutralności państwa – Polska to dla nich kraj katolicki i wpychanie krzyża gdzie się da jest oczywistością. Możemy mieć zrozumienie dla ich niezrozumienia, ale nie ma powodów by ze strony bardziej świadomych obywateli spotykało ich jakiekolwiek specjalne traktowanie. Jeśli ktoś coś powinien z takimi ludźmi zrobić to Kościół – duchowy przewodnik, który to swego czasu podpisał z państwem polskim konkordat gwarantujący rozdział państwa i Kościoła. To zabawne, że hierarchowie odnajdują się w roli pasterzy i przewodników gdy trzeba podręczyć mniejszości seksualne, gdy próbuje się teroryzować kobiety chcące zgodnie z prawem usunąć ciąże etc…, ale nie odnajdują się w tej roli, gdy zgodnie z prawem i umową między Kościołem a RP, należy ustąpić z krzyżem.

Kolejna grupa pod krzyżem to pospolici antysemici. Znaleźli tam cudowne miejsce, w którym mogą biegać i wykrzykiwać swoje obelżywe hasła. Nie ma sensu poświęcać im choćby chwili, gdyż w najlepszym razie kwalifikują się do rozpoznania psychiatrycznego, w najgorszym – do kryminału.

Jest też wreszcie grono politycznych aktywistów – zwolenników PIS, de facto odpowiedzialnych za organizację całego zamieszania, które pod płaszczykiem czci dla religijnego symbolu i upamiętniania zmarłych („poległych”) pod Smoleńskiem, próbuje umieścić w przestrzeni symbolicznej nieusuwalny znak wielkości byłego prezydenta.

Podsumowując – mamy do czynienia z dewocją, pomylonymi ksenofobami i żerującymi na tych dwóch grupach, cynicznymi aktywistami politycznymi. Wykorzystują oni symbol, który już jest wszędzie obecny po to, by przechwycić kolejne obszary zbiorowej świadomości, symboliki, wspólnej przestrzeni. Nie są grupa prześladowaną – można ubolewać nad traktowaniem tych ludzi przez przechodniów, nad wyśmiewaniem się etc… ale brak symetrii z będącymi obiektami przemocy przedstawicielami mniejszości powinien być oczywisty – nikt im nie odmawia prawa do manifestowania swojej wiary, pojawiła się jedynie niezgoda na kolejny akt terroru i przemocy wobec tej wiary (lub takiej jej formy) niepodzielających. I nie chodzi tu o wydumany argument pokroju oskarżeń o „obnoszenie się” wobec mniejszości seksualnych. Gdyby w tym kraju panowała jakakolwiek porównywana wrogość wobec osób wierzących, to po pierwsze: byliby zagrożeni fizyczną przemocą w momencie jawnej manifestacji swych wierzeń (na przykład „obnoszenia” się z widocznym krzyżem, publicznych znaków modlitwy itp.). Wstydziliby się/bali przyznawać do swej wiary ze względu na ryzyko ostracyzmu czy utraty pracy. Pojawiałyby się postulaty czołowych polityków o to by zabronić im pracy w szkołach czy przedszkolach (jeszcze zarażą dzieci wiarą, albo będą je gwałcić) etc… Tymczasem niczego takiego oczywiście nie ma, a poziom kato-propagandy czyli przedstawiania pozytywnych aspektów wiary katolickiej jest niedościgniony przez „promocję: jakiegokolwiek innego światopoglądu.

Fakty są inne – banda fanatyków chyba po raz pierwszy spotkała się ze zorganizowanym, agresywnym (o tyle, że bezkompromisowym, jednocześnie też – pozbawionym pierwiastka przemocy) oporem wobec prób poszerzania swoich już gigantycznych i niezgodnych z prawem tego kraju przywilejów. Zdumieni taką reakcja bezwstydnie podnoszą wrzask o to, jak bardzo są prześladowani.

Rozumiem, że tacy nieetyczni publicyści jak Terlikowski mogą biadolić nad „prześladowaniem” katolików, gdy jednocześnie pozwala się (niesłychane!) na parady pederastów. Ale, że coś podobnego pisze ktoś będący, jak rozumiem, aktywistką walcząca o prawa LGBT jest, dla mnie zdumiewające. Że publikuje to jeden z czołowych serwisów LGBT – dziwaczne.

„Czy nie można na nich spojrzeć, jak na mniejszość, która chce znaleźć dla siebie miejsce w przestrzeni miejskiej? Jak na mniejszość, która – podobnie jak osoby LGBTQ – ma swoje poglądy, z którymi większość społeczeństwa się nie zgadza, a które są dla niej bardzo ważne? Jak na mniejszość, która chce zmienić coś, co zawarte jest w konstytucji RP (zasada rozdziału państwa i religii), podobnie jak mniejszość LGBTQ (definicja małżeństwa)?”.

Zastawiam się czy autorka tych słów, oraz redakcja dobrze pojęła ich sens. Przecież zgodnie z takim rozumowaniem można reprezentować interesy każdej grupy, bez zwracania uwagi na treść ich postulatów. Na przykład, czy nie widzimy podobieństwa między łysawymi przeciwnikami parady wolności a jej uczestnikami – są mniejszością pragnącą zmienić coś co jest zawarte w Konstytucji i prawie RP – zakaz obrzucania kamieniami zdegenerowanego pedalstwa.

Dla mnie jest coś absurdalnego w wypuszczaniu tekstu, który ma nas nakłonić do „zrozumienia” interesów „krzyżowców”. Przecież te interesy są dobrze zrozumiałe. To nie żadna tam walka o prawo do obecności w przestrzeni publicznej – to walka o nieobecność tych, którzy krzyża, PiS i prezydenta Kaczyńskiego nie czczą.

Wszelako, na koniec tekstu Jej Perfekcyjności znajdujemy jeszcze takie „refleksje”:
„Może nie jesteśmy w stanie wywalczyć sobie miejsca w przestrzeni publicznej inaczej, jak poprzez zachowania ekstremalne? Miejsca i posłuchu. Może też potrzebujemy bojówek, które – za milczącą zgodą tych, od których oczekuje się reakcji – zrobią za nas czarną robotę i będą dyktować warunki?
Nie będzie to może eleganckie, nie zawsze legalne, czasem nieprzyjemne a często i szokujące, ale czyż w polityce nie chodzi o osiągnięty cel a nie drogę do niego? Czyż nie powinna być to lekcja dla nas? Ostatecznie jednak, mimo kilku poturbowanych osób, kilku wycieńczonych wysoką temperaturą i wielogodzinnym staniem na słońcu, cel został osiągnięty. Krzyż pozostał. 1:0 dla ekstremistów”.

Nie i nie! Zabrzmi to górnolotnie – ale ważne są pryncypia. Krzyż, jego bezwstydne wpychanie w każdy możliwy zakątek wspólnej przestrzeni, w tym państwowej, która wedle prawa powinna być neutralna światopoglądowo jest właśnie podważaniem demokratycznego porządku. Udaje się tylko dlatego, iż wbrew niedowarzonym diagnozom widzącym w obrońcach krzyża „prześladowaną mniejszość”, stanowią oni większość skutecznie terroryzująca społeczeństwo od czasów transformacji ustrojowej.

Władza sobie „nie radzi” tylko ze względu na (domniemane) względnie duże społeczne poparcie dla „krzyżowców”. Wizja „homoterroru” jako rzeczywistej i skutecznej strategii jest szalenie naiwna. Mniejszość nie wygra w ten sposób z większością (prawdziwa mniejszość, nie udawana jak fundamentaliści spod krzyża). W rzeczywistości, mogłoby to tylko pogorszyć sytuację. Jedyną realną drogą do poprawy statusu mniejszości seksualnych jest z jednej strony dążenie do tak zwanych zmian obyczajowych, z drugiej wspieranie porządku demokratycznego jako jedynego skutecznego narzędzia ochrony mniejszości przed przemocą większości.

Od red.: Pierwotna wersja tekstu ukazała się na blogu autora: www.zmyslnik.blogspot.com

Sylwester G.: student i (prawie) uczony, z zamiłowania leń uzależniony od słuchania muzyki. Lubi czytać postmodernistycznych pisarzy, nie znosi postmodernistycznej filozofii. Zamęcza ludzi swoimi refleksjami na różne tematy, najczęściej takie, na których się wcale nie zna.

***
Jej Perfekcyjność

Nie o krzyż tu chodzi, a o strategię dla LGBTQ

Sylwek, na swoim blogu zmyslnik.blogspot.com, zaszczycił mnie ripostą do mojego tekstu zamieszczonego w portalu homiki.pl pt. „Co mają geje i lesbijki do krzyża pod Pałacem?”. W swoim tekście zauważa, że analogia sytuacji osób stojących pod krzyżem do środowisk LGBTQ jest „głęboko fałszywa”. Dalej, analizując kolejne argumenty, stara się udowodnić, że krzyż pod Pałacem Prezydenckim stać nie powinien i rozkłada na czynniki pierwsze grupy ludzi znajdujących radość w trwaniu pod krzyżem. By skonkludować, że:

[M]amy do czynienia z dewotami, pomylonymi ksenofobami i żerującymi na tych dwóch grupach, cynicznymi aktywistami politycznymi. Wykorzystują oni symbol, który już jest wszędzie obecny po to by przechwycić kolejne obszary zbiorowej świadomości, symboliki, wspólnej przestrzeni. Nie są grupa prześladowaną – można ubolewać nad traktowaniem tych ludzi przez przechodniów, nad wyśmiewaniem się etc… ale brak symetrii z będącymi obiektami przemocy przedstawicielami mniejszości powinien być oczywisty – nikt im nie odmawia prawa do manifestowania swojej wiary, pojawiła się jedynie niezgoda na kolejny akt terroru i przemocy wobec tej wiary (lub takiej jej formy) niepodzielających.

Zacznijmy może od tego, że w swoim tekście nie neguję tego, że krzyż pod Pałacem Prezydenckim stać nie powinien. Nie utwierdzam też tego, że powinien. W ogóle się do tej kwestii nie odnoszę, nie o tym bowiem jest mój esej. Jego głównym celem było zwrócenie uwagi na to, jaki mechanizm sprawia, że – mimo sprzeciwu większości – krzyż pod Pałacem stoi i nikt nie odważy się go ruszyć. Sylwek, analizując argumenty przeciwko obecności krzyża na Krakowskim Przedmieściu, zupełnie miesza poziomy dyskusji. Esej autorstwa mojej skromnej osoby dotyczy bardziej poziomu meta – tego, jak kształtowany jest dyskurs a nie, co w nim się znajduje i kto w nim, według mnie, ma rację. Swoją drogą, tak samo jak Sylwek nazywa manifestujących przy Pałacu „dewotami”, „pomylonymi ksenofobami” i „cynicznymi aktywistami politycznymi”, tak i większość Polaków nazywa środowiska LGBTQ paradujące każdego lata w Polsce „pederastami-pedofilami”, „niedoruchanymi lesbami” i „chorymi psychicznie transseksualistami”. Nadal nie widać pewnej analogii? Dla wszystkich, którzy choć raz byli pod krzyżem, jasnym staje się, że obecni tam „obrońcy krzyża” są mniejszością w tłumie gapiów, naśmiewającej się z nich młodzieży i protestującym przeciwko obecności krzyża działaczom. Tak, są zdecydowaną mniejszością.

Nie chcę rozwodzić się na temat obecności symboli religijnych przed pojawieniem się krzyża pod Pałacem Prezydenckim i tego, jak wygląda tolerowanie chrześcijańskich symboli w przestrzeni publicznej (czy też, jak chce tego Sylwek, przestrzeni państwowej), bo nie to było tematem eseju. Podkreślam raz jeszcze: tekst dotyczył możliwości wykorzystania doświadczeń i mechanizmów stosowanych przez ekstremistów stojących pod krzyżem w działaniach środowiska LGBTQ. Chodziło o skuteczność zawłaszczenia pewnego dyskursu.
Katolicy nie są – jak twierdzi cytowany przez Sylwka Terlikowski – prześladowani. Nie katolicy stoją pod krzyżem. Umyślnie nazwałam grupę tę ekstremistami, bo są to osoby stanowiące po pierwsze mniejszość a po drugie – skrajność grupy, od której się odłączają. W tym sensie są – jak najbardziej – mniejszością, która porównana być może do LGBTQ. Oczywiście – jak każda analogia – także i ta ma pewne ograniczenia, które wytykać chce nieporadnie Sylwek. Rację ma jednak zwracając uwagę na to, że:

Na przykład, czy nie widzimy podobieństwa między łysawymi przeciwnikami parady wolności a jej uczestnikami – są mniejszością pragnącą zmienić coś co jest zawarte w Konstytucji i prawie RP – zakaz obrzucania kamieniami zdegenerowanego pedalstwa.

Oczywiście, widzimy. Póki co jednak, w tym starciu poglądów, to środowisku LGBTQ udało się (mówiąc w dużym uproszczeniu) wywalczyć swoje racje jako obowiązujące w prawie pisanym. I – co warto podkreślić – to „łysawi przeciwnicy” są odciągani na bok w trakcie Parad a nie LGBTQ. Zupełnie inaczej sytuacja wygląda pod krzyżem, gdzie to właśnie nie ci, którzy przestrzegają prawa są chronieni (tak jak uczestnicy Parad) a ci, którzy jawnie się mu sprzeciwiają (tak jak „łysawi przeciwnicy” Parad). Dlatego właśnie sytuacja przy Krakowskim Przedmieściu może być dla środowiska LGBTQ lekcją. Powtórzę raz jeszcze: mniejszość o skrajnych poglądach, nieakceptowanych przez większość społeczeństwa potrafi w zaledwie kilkuset osobowej grupie przeciwstawić się aparatowi władzy czterdziestomilionowego państwa i skutecznie uniemożliwić wykonanie prawa, które – ich zdaniem – jest niesłuszne i dla nich krzywdzące. A nie potrafi tego zrobić dziesięciotysięczna parada podczas EuroPride…

Zgadza się ze mną Sylwek, że działania – jeśli miałyby miejsce ze strony środowisk LGBTQ – byłyby nieeleganckie, nie zawsze legalne i czasem nawet szokujące. Twierdzi jednak, że to właśnie sprawia, że nie należy ich stosować, gdyż „ważne są pryncypia”. Nie wiem jakie pryncypia wyznaje autor polemiki, ale wydaje się, że głównym pryncypium organizacji walczących o prawa mniejszości seksualnych w Polsce jest prawo do zawierania uznawanych przez państwo związków przez pary jednopłciowe. Być może, skoro nie udało się tego załatwić w dotychczas przyjmowanych strategiach działania i skoro okazuje się, że nie są one skuteczne tak bardzo, jak życzyliby sobie tego ich inicjatorzy, czas obrać inną drogę?

Mniejszość nie wygra w ten sposób z większością (prawdziwa mniejszość, nie udawana jak fundamentaliści spod krzyża). W rzeczywistości, mogłoby to tylko pogorszyć sytuację.

Pogorszyć? To znaczy co? Sprawić, że nastąpi repenalizacja stosunków homoseksualnych? Że wycofane zostaną z prawa pracy zapisy chroniące osoby homoseksualne? Że zabroni się w Polsce operacji zmiany płci? Bądźmy realistami, pewnych rzeczy cofnąć się nie da i wywalczone raz przyczółki wolności – dzięki wsparciu m.in. instytucji międzynarodowych – są już nasze.
Oczywiście, w dyskursie należałoby zastosować dokładnie tę samą retorykę, którą stosują ekstremiści spod krzyża i władze kościoła. Oficjalnie bowiem Episkopat długo milczał w tej sprawie, by ostatecznie delikatnie, ale jednak odciąć się od ludzi łamiących prawo przy Krakowskim Przedmieściu. Tak samo winny robić czołowe organizacje LGBTQ wobec wszelkich przejawów ekstremizmu w walce o prawa środowiska – milczeć, twierdząc, że to nie jest ich działanie i nie będą go komentować, a ostatecznie odcinać się delikatnie i mówić, że nawołują do pokoju i miłości.

Jasne, to znów sprawa – tak ważnych dla Sylwka – pryncypiów. Osobiście dla autorki niniejszych słów, zawieranie rejestrowanych przez państwo związków przez pary jednopłciowe nie jest absolutnie istotne, co wielokrotnie powtarzałam. Niemniej, esej swój chciałam traktować jako wskazówkę dla tych, którzy chcą o nie walczyć i nie osiągają w tej kwestii istotnych efektów. Oraz jako przyczynek do meta-analizy mechanizmu skutecznego przejmowania jakiegokolwiek dyskursu przez mniejszość. To bowiem może być dla nas wszystkich w wielu kwestiach przydatną nauką.

Jej Perfekcyjność osoba trans, socjolożka, medioznawca, doktoranta w Instytucie Socjologii UW, działacz Samorządu Studentów UW, bloggerka, dziennikarz. Więcej na www.JejPerfekcyjnosc.pl

foto: PT

***
Replika Sylwestra G.

Replika do repliki

Gdy zastanawiałem się jakiej odpowiedzi udzielić Jej Perfekcyjności, dosyć szybko uświadomiłem sobie pokusę poruszenia setki różnych zagadnień, jakie nasuwają mi się w kontekście dyskutowanej sprawy. Jednakże, miałoby to mało sensu, dlatego jedynie wskażę słabość własnego stanowiska, oraz wypunktuję pokrótce główne mankamenty stanowiska mojej oponentki. Ponadto dodam kilka zdań uzupełnienia, które, mam nadzieję naświetli moje stanowisko w sposób pozytywny, a nie jedynie na drodze negacji wypowiedzi Jej Perfekcyjności.

Co do mnie: podstawową wadą mojego pierwszego tekstu był jego charakter – jakkolwiek polemiczny, przede wszystkim była to swobodna wypowiedź z bloga, który jako medium rządzi się specyficznymi prawami. Dlatego postaram się teraz złagodzić retorykę, tak by lepiej pasowało to do formatu dyskusji.

Jednakże był tam także błąd rzeczowy – sugerowałem w nim, jakoby fanatycy spod krzyża nie byli mniejszością i stąd brała się właściwą siła ich oporu. Tymczasem to nie do końca prawda. Jej Perfekcyjność ma rację – obrońcy krzyża to mniejszość. Nie ma jednak racji, porównując ją do osób LGBT. Wyjaśnię to szerzej niżej, ale starczy, że tu powiem o fakcie, który umknął Jej Perfekcyjnosci, a ja przedstawiłem go wcześniej w sposób zbyt mało wyraźny i nie wprost: obrońcy krzyża to narzędzie w rękach grupy o znacznie większym wpływie na życie publiczne (zresztą, zauważył to też Walpurg w komentarzu). Nic podobnego nie ma miejsca w przypadku mniejszości seksualnych, dlatego tez cała analogia i ewentualne plany transponowania „rozwiązań” stosowanych przez katolickich fanatyków na rozwiązania stosowane przez ruchy emancypacyjne LGBT są całkowicie bezsensowne.

Jej Perfekcyjność twierdzi, że:

1) nie zrozumiałem sensu jej wywodu – ja odebrałem go jako poparcie dla obecności krzyża, ona tymczasem w ogóle nie poruszała tej kwestii, jedynie rozpatrywała skuteczność dyskursu użytego w celu przeforsowania swoich interesów.
2) ludzie pod krzyżem to przykład kilkusetosobowej mniejszości potrafiącej się skutecznie przeciwstawić aparatowi państwowemu i zablokować egzekwowanie prawa uważanego przez nią za niewłaściwe (dla kontrastu, dodaje, nie potrafi tego zrobić kilkutysięczna parada LGBT).
3) próba podrobienia strategii tych fanatyków nie zaszkodzi kwestii emancypacji osób LGBT
4) warto rozważyć strategię ekstremizmu, wzbogaconą o makiaweliczne wypieranie się jej w publicznych wypowiedziach

Co do punktu pierwszego – zdaje się, że to Jej Perfekcyjność nie zrozumiała mojej krytyki. Ja nie neguję tego, iż ona mówiła głównie o metodach fanatyków. Ja jedynie odrzucam jej przekonanie, że da się metody oddzielić od celów i ich uzasadnień. Ponadto po coś te porównania czyniła – pewnie by dowieść, że grupy w podobnej sytuacji mogłyby stosować podobne strategie. Jeśli jednak postulaty obrońców krzyża są całkiem chybione, zaś postulaty środowiska LGBT całkiem uzasadnione, wtedy podobieństwa dostrzegane przez Jej Perfekcyjność okazać się mogą powierzchowne i nieistotne. Szczególnie, gdy usprawiedliwieniem dla środków jest cel ich stosowania, a śmiem twierdzić, że tak właśnie jest w przypadku obrońców krzyża.

Tak więc mogę mieć trochę racji, dociekając na ile w ogóle krzyż powinien tam stać. Bo jaki jest sens kopiować działania tych, którzy nie mają racji, co też pociąga za sobą całkowitą nieadekwatność i brak usprawiedliwienia dla stosowanych przez nich metod? W przypadku fanatyków mamy niegodne cele realizowane przy pomocy niegodnych metod (przy czym, sami fanatycy, co pokażę później, są tu narzędziem, przedmiotem w cudzych rekach a nie autonomicznym podmiotem walczącym w taki czy inny sposób o swoje interesy). Jej Perfekcyjność używa uroczego zaklęcia: mówi o „metapoziomie” i dyskursie, ale co to właściwie ma znaczyć, trudno powiedzieć. Albo inaczej, tak naprawdę łatwo powiedzieć: Jej Perfekcyjność stwierdza, iż cel uświęca środki, tylko z jakiegoś powodu chowa to za „uczonymi” formułkami. Tak naprawdę ważne jest jednak, że nawet zupełnie odrzucając kwestię czy i na ile mają rację krzyżowcy, nie możemy się zgodzić na tezy Jej Perfekcyjności. Bo są one nieprawdziwe także gdy idzie o rzekomą skuteczność fanatyków.

Punkt drugi świadczy właśnie o zupełnym niezrozumieniu przez moją oponentkę sytuacji pod Pałacem. Czy Jej Perfekcyjność naprawdę wierzy, że ta grupka fundamentalistycznych katolików mogła wyrabiać co wyrabiała, bo dysponowała jakimiś tajemniczymi metodami „zawłaszczania dyskursu” niedostępnymi dla aktywistów LGBT? Czy nie widzi, że krzyż i biedni, stojący pod nimi ludzie to było narzędzie nacisku PIS, szantażu wobec PO? Czy nie potrafi dostrzec ukrytej groźby (zresztą, po prawdzie nie ukrytej – prezes PIS nie raz mówił o tym głośno) – kto usuwa Krzyż nie jest katolikiem, prawdziwym Polakiem? Czy nie rozumie, że tym co stało za krzyżem i jego obrońcami, co pozwalało im trwać, nie było „zawłaszczanie dyskursu”, tylko niema groźba dla PO, iż próba usunięcia doprowadzi do utraty poparcia prze napędzaną odpowiednią retoryką PIS znaczną częścią społeczeństwa? To te masy (prawdopodobnie miliony) o których rząd dusz walkę toczą ze sobą PO i PIS są rzeczywistą siłą chroniącą przez tak długi czas krzyż i jego fanatycznych obrońców. PO i Komorowski mają (mieli?) prawo obawiać się, że to co teraz jest wybrykiem grupki opętanych ludzi, odpowiednio wykrzywione propagandą PIS stanie się istotne dla znacznie większej liczby Polaków. Jeśli ktokolwiek zawłaszczał jakikolwiek dyskurs – to Jarosław Kaczyński. I był to (jest?) tylko jeden z wielu elementów jego politycznej strategii. A teraz: czy jest jakakolwiek sensowna analogia między pozycją i potencjalnymi wpływami na społeczeństwo, jakie ma PIS i jego prezes, a wpływami aktywistów LGBT? Czy Jej Perfekcyjność sądzi, że ktokolwiek przejąłby się aktem terroru i wrzaskiem fatycznych „homoterrorystów”? Lub inaczej – gdzie jest „gejowski PIS” który realnie dawałby siłę pokrzykiwaniom aktywistów, który ich wrzaski mógłby przemienić (lub spróbować przemienić) na poparcie milionów, co mogłoby być faktycznym środkiem nacisku na rządzącą partię?

Nie ma.

Być może te pytania (i odpowiedzi) także nie będą leżeć w sferze zainteresowań Jej Perfekcyjności – w końcu ona nie docieka słuszności lub jej braku, nie interesują ją szczegóły i fakty o wydarzeniach pod krzyżem, intryguje ją tylko przynależący do metapoziomu dyskurs i jego zawłaszczenie…

Tu też dochodzimy do punktu trzeciego. Owszem, homoterror zaszkodziłby sprawie emancypacji osób LGBT. Po pierwsze – legitymizowałby bredzenia różnych homofobów o… homoterrorze właśnie. To co teraz istnieje w sferze chorobliwej imaginacji podobnych Terlikowskiemu prawicowych oszołomów, stałoby się realnym problemem. Wtedy też uzasadnione stałyby się represywne postulaty homofobów. Czy to nie oczywiste? Czy bujanie w obłokach dyskursywności uniemożliwia dostrzeżenie tak trywialnych aspektów?

Że to nie wyssane z palca obawy – mieliśmy już przykład w działaniu (o czym zresztą wspomina jedna z osób komentujących naszą wymianę zdań). Chodzi o największą PR-ową katastrofę środowiska LGBT jaką było wysyłanie pełnych pogróżek SMS-ów do posła Pięty. Posła, który w jednym momencie z ociekającego jadem nienawistnika przemienił się w prześladowaną przez niebezpiecznych pederastów ofiarę gróźb – taki obraz trafił do mediów i dostał się do świadomości wielkiej rzeszy ludzi.

Wreszcie punkt czwarty, który tu zaprezentuję cytując słowa Jej Perfekcyjności:

„Oczywiście, w dyskursie należałoby zastosować dokładnie tę samą retorykę, którą stosują ekstremiści spod krzyża i władze kościoła. Oficjalnie bowiem Episkopat długo milczał w tej sprawie, by ostatecznie delikatnie, ale jednak odciąć się od ludzi łamiących prawo przy Krakowskim Przedmieściu. Tak samo winny robić czołowe organizacje LGBTQ wobec wszelkich przejawów ekstremizmu w walce o prawa środowiska – milczeć, twierdząc, że to nie jest ich działanie i nie będą go komentować, a ostatecznie odcinać się delikatnie i mówić, że nawołują do pokoju i miłości.”

To zupełnie obnaża mylność ujęcia proponowanego przez Jej Perfekcyjność. Dla niej obrońcy krzyża to rodzaj fanatycznego skrzydła, używanego jako swoiste bojówki do agresywnej promocji religijnego (kościelnego?) światopoglądu. Jednocześnie, Kościół oficjalnie się od tego odcina – w ten sposób zjada ciastko i ma ciastko. Przemocą zdobywa coraz to nowe tereny, lecz publicznie się od tego dystansując zachowuje „czyste ręce”. Nim jednak przejdę do właściwej krytyki, pozwolę sobie zwrócić uwagę na fakt wewnętrznej niespójności stanowiska: najpierw prezentuje analogię między obrońcami krzyża a sytuacją LGBT, potem do tej układanki (pod wpływem jak mniemam mojej „nieporadnej krytyki”) ni stąd ni zowąd wprowadza Kościół. Gdzie jest analogon Kościoła w środowisku LGBT? Organizacje? KPH? Lambda? Fundacja Równości?

Litości. Kto uwierzy, że gdy organizacje wyprą się odpowiedzialnści, to lud posłucha ich tak jak słucha kleru?

Ale to nie wszytko – należałoby spytać skąd ewentualnie czerpie siłę Kościół, oraz skąd właściwie czerpią ją fanatycy, jeśli oficjalnie Kościół ich nie wspiera, oraz odpowiednio to przełożyć na funkcjonowanie środowiska LGBT. Wydaje mi się, że jasną odpowiedź udzieliłem rozważając punkt drugi: władza początkowo ugięła się nie przed fanatykami: ugięła się przed ryzykiem, że pokierowana odpowiednią retoryka PIS, znacznie większa, niefanatyczna grupa ludzi zacznie utożsamiać się z „obroną krzyża”, której polityczną reprezentacją byłaby właśnie ta skrajnie prawicowa partia. Ale nie ma gejowskiego PIS i nic nie wskazuje by miał się pojawić. Z kolei co do „siły Kościoła”… Cóż – nade wszytko, ostatnio właśnie obnażono jego bezsilność. Niemniej, od biedy dałoby się skonstruować obraz, w którym po cichu Kościół popiera fanatyków, a rząd boi się siły oddziaływania kleru i dlatego nie interweniuje w sprawie krzyża. Czytelnicy mi darują, że nie będę się nad tym bardziej rozwodził, ale jak dla mnie „siła Kościoła” okazała się mitem gdy z jednej strony tysiące wystąpiły by wyszydzić religijny fanatyzm (tam był, na Boga, podrobiony papież na balkonie!), z drugiej strony fanatycy zwyzywali księży od sprzedawczyków z Moskwy. Kościół prawdopodobnie już stracił autorytet a to co z niego pozostało to efekt społecznej inercji i (proszę wybaczyć nieeleganckie sformułowanie) samo zdechnie w najbliższych latach. Ale też – o ile autorytet Kościoła zanika, ogólnospołeczny autorytet orgów LGBT w ogóle nie istnieje.

Koniec końców, przytoczone powyżej przeze mnie słowa Jej Perfekcyjności sprowadziły uśmiech na moje oblicze. Bo abstrahując od wszystkich wyłuszczonych tu zastrzeżeń, niby jak sobie Jej Perfekcyjność wyobraża wprowadzenie swojego projektu w życie? Jakim cudem w przyszłości, po ewentualnych aktach homoterroru, ktokolwiek mógłby się wyprzeć odpowiedzialności za nie, skoro od dziś dowody na plany co do takiej strategii w postaci naszej dyskusji są w Internecie? A sieć nie zapomina. Tym bardziej, że wprowadzenie strategii wymagałoby jej propagowania. Oczywiście, możemy snuć fantazje o tajemnych zlotach aktywistów i przywódców poszczególnych orgów zaangażowanych w taktycznym planowaniu homo-przewrotu… ale na mój prostacki gust to dziecinada.

W istocie, Jej Perfekcyjność proponuje strategię, która jest próbą wcielenia w praktyce typowej teorii spiskowej. W tym przypadku byłby to zawoalowany spisek homoterrorystów. Tymczasem – nie bez powodu ludzi bredzących o takich spiskach uznajemy za pomyleńców.

Gdybym miał się skupić na punktowaniu słabości wypowiedzi Jej Perfekcyjności, mógłbym tutaj zakończyć. Ale pozwolę sobie dodać jeszcze kilka uwag natury ogólnej. Można powiedzieć – to pozytywna część mojej odpowiedzi dla Jej Perfekcyjności (poprzednia była raczej negatywnym odrzuceniem jej tez).

Jej Perfekcyjność ma niejako problemy ze zrozumieniem moich pryncypiów, lub ściślej, nie wie o co mi chodzi. Spieszę z wyjaśnieniami. Otóż na kwestię walki o równość osób LGBT można spoglądać dwojako – jako egoistyczne starania o ugranie jak najwięcej dla swojej grupy, lub jako element szerszego projektu budowy otwartego, obywatelskiego społeczeństwa, zapewniającego maksimum wolności dla jego członków. Dla mnie bardziej przyzwoitą i właściwą drogą wydaje się ta druga. Dlatego nie poprę homoterroru, czy penalizacji wypowiedzi lżących homoseksualistów. Homoteror sam jest czymś co należałoby karać, zaś nienawistnych oszołomów należy krytykować, być może wyszydzać, poddawać społecznemu ostracyzmowi, ale niekoniecznie zawieszać na potrzeby ich pognębienia wolność wypowiedzi.

Gdy w ten sposób rozpatrujemy walkę o zrównanie praw mniejszości (zresztą, nie tylko mniejszości LGBT), widzimy, iż należy wspierać instytucjonalne mechanizmy ochrony wolności a nie zabawiać się w próby wymuszenia tego czy owego machaniem flagami i przyczyniać się do rezurekcji bellum omnium contra omnes Hobbesa.

172 komentarzy do:Dwugłos w sprawie krzyża

  • krzsz1986@tlen.pl

    [Re: Dwugłos w sprawie krzyża]

    Tego drugiego już nie chciało mi się czytać, ale ten pierwszy tekst – świetny! Niby wszystko oczywiste, ale w mediach brakuje właśnie takiego, zrównoważonego podejścia do problemu osób, które pod krzyżem urządziły sobie koczowisko.

  • [Re: Dwugłos w sprawie krzyża]

    Ja tylko dodam, że podano zły adres [zmyslnik.blogspot.com] bloga :)

    [już poprawione, przepraszam. korekta]

  • d.biskupa

    [Re: Dwugłos w sprawie krzyża]

    Przeleciałam to na szybko i wychodzi na to, że Sylwek nie zrozumiał tekstu JP i swoją replikę napisał obok tematu. Jeśli to ten sam Sylwek, który parę dni temu sadził aroganckie komentarze nt. „psychologii kozetkowej”, też właściwie nie na temat, to absolutnie mnie to nie dziwi.

    Muszę jednak z podziwem przyznać, że nazwisko i zdjęcie skutecznie hamują bezsensowną agresję. Z pożytkiem dla sensu wypowiedzi :)

  • Twoje imię 11

    [Re: Dwugłos w sprawie krzyża]

    „Mniejszość nie wygra w ten sposób z większością (prawdziwa mniejszość, nie udawana jak fundamentaliści spod krzyża).”
    Udawana? Dobrze widzę? A czymże ona się różni od tej (niby) prawdziwej? A może fundamentalizmu brakuje wśród homodziałaczy?

  • emka

    [Re: Dwugłos w sprawie krzyża]

    Mam rozumieć, że według JP wysyłanie smsem gróźb oraz obelg do posła Pięty przybliżyło nas wydatnie do związków partnerskich?

  • Walpurg

    [Re: Dwugłos w sprawie krzyża]

    Rozumiem punkt widzenia JP ale nie mogę się z nim zgodzić.

    Owszem, „ekstremiści wywalczyli sobie taką pozycję w dyskursie, które pozwala im dyktować warunki”, ale tamci ekstremiści mają za sobą bez porównania „szersze plecy” niż my. To nie jest tak, że skoro bojówkom katolickim się udało (tu przyznaję rację Sylwkowi – to raczej katolicko-oszołomsko-PiSowskie bojówki) to uda się i bojówkom LGBTQ.

    Nie uda się, bo my nie mamy za sobą tak totalnej instytucji jak Kościół katolicki, nie mamy siły autorytetu papieża, 2 tysięcy lat chrześcijańskiej tradycji, polskiej historii czy takich zasług dla państwa jakie ma KK i religia itd. Krótko mówiąc: krzyżacy dysponują ogromnymi plecami i mogą terroryzować polityków (rządzącej miastem i państwem PO), by ich nie ruszać. A PO będzie się bało, bo Tusk czy Komorowski nie chcą wyjść na „walczących z krzyżem komunistów”.

    Sukces walczących o krzyż polega na tym, że mają czym terroryzować polityków. A czym miałyby terroryzować polityków i społeczeństwo bojówki LGBTQ?

    Może i tekst Sylwka jest trochę obok argumentacji JP ale jednak to Sylwek dość jasno kreśli linie demarkacyjne. Choć zaś rozumiem argumenty JP, to jednak nie mogę ich podzielić, bo w moim przekonaniu jednak nic nie łączy „obrońców krzyża” ze środowiskiem LGBTQ.

    My niestety jesteśmy w dużo gorszej sytuacji i nawet nie mamy czym terroryzować społeczeństwa i polityków.

    Brawo dla Homików za tę wymianę zdań – odnoszę wrażenie, że to jedna z nielicznych oryginalnych i ciekawych dyskusji wobec miałkości „dyskusji” w innych mediach.

  • Mixup

    [Re: Dwugłos w sprawie krzyża]

    Jak widać radykalizmem można wiele osiągnąć, co pokazują tzw obrońcy krzyża, z korzyścią dla nas, bo kompromitują kościół najbardziej – co mnie autentycznie śmieszy, ale rzecz jasna kościół sobie na to zasłużył, m.in. angażując się w kampanię kaczyńskiego.
    Druga rzecz to taka, że jednak radyklani homodziałacze byliby już dawno zmiecieni spod pałacu prezydenckiego bez mrugnięcia okiem, tak więc przykład jest to utopijny i absolutnie niekompatybililny z rzeczywistością.

  • trolololo

    [Re: Dwugłos w sprawie krzyża]

    a ja nie umiem sie kurdemol doszukać w oryginalnym „eseju” Jej Pretensjonalności, jak też w jej odpowiedzi na polemikę najmniejszego sensu. mam w gruncie rzeczy wrażenie, że oba teksty są niezwykle podobne do jej kreacji ze zdjęcia – efektowne i krzykliwe niczym brokat plus tania błyskotka (meta-sreta-przyczynek), ale w środku nic interesującego znaleźć nie sposób.

  • neoplasma malignum

    [Re: Dwugłos w sprawie krzyża]

    oba teksty aż promieniują frustracją i nienawiścią niczym czerwony las radioaktywnością

  • cinclus

    [Re: Dwugłos w sprawie krzyża]

    A ja z kolei częściowo się zgadzam (i częściowo nie zgadzam) z oboma wypowiedziami. I już mówię dlaczego. Otóż przede wszystkim w tekście Sylwestra Głowackiego kompletnie nietrafiona wydaje mi się diagnoza, jakoby to kolejny kawałek przestrzeni publicznej usiłowali zawłaszczyć katolicy. Tzn. oni pewnie się za takowch uważają, ale to wcale nie znaczy, że nimi są. Zresztą w tej sprawie wypowiedział się jakiś tam ważny pan megabiskup (przepraszam, ale nie znam się na ich hierarchi i oni mi się wszyscy mylą) prosząc, żeby nie angażować symbolu religijnego do walki politycznej. Zresztą podobną opinię ma wielu moich wierzących znajomych: są oburzeni, że ktoś pod znakiem krzyża prowadzi swoją polityczną wojenkę. Ustalmy więc, że to nie tyle kościół katolicki chce zawłaszczyć kolejny fragment przestrzeni publicznej, co grupa ekstremistów, która święcie wierzy przede wszystkim w równanie Polak = katolik, a nie w to, co głosi katechizm np. na temat szacunku dla osób homoseksualnych. To nie są osoby, które żyją zgodnie z zasadami wiary, chociaż głoszą, że właśnie w imię wiary walczą. Ale nawet i tu nie ma takiej sytuacji, bo przecież oni jasno mówią, że dla nich krzyż jest tu symbolem „męczeńskiej” śmierci prezydenta, żałoby itd., a nie wiary. Oni się tam nie modlą jako tako, tylko w konkretnej intencji. Jest to więc jasny przekaz polityczny, chociaż rzeczywiście podany w religijnym sosie. Nie dajmy sobie jednak wmówić, że ma to cokolwiek wspólnego z religią i wiarą. To objaw obrządkowości, taka cepelia, ale na pewno nie wyraz wiary (choć jak mówię: ci ludzie są pewnie o tym święcie przekonani).
    I teraz jest druga kwestia: co na to kościół. Z jednej strony ustami wcześniej wspomnianego pana patriarchy nawołuje do opamiętania się, z drugiej zaś nie jest w stanie wprost potępić tego rodzaju poczynań. Nie jest w stanie i to też jest oczywiste: w końcu to też jakaś tam grupa wsparcia; używają symboli, haseł, mówią, że to w obronie wiary, więc jak ich tu wykląć? Kościół musi sobie zdawać sprawę ze swojej chwiejnej pozycji, dlatego nie może sobie pozwolić na utratę poparcia również takich grup. No i w tym miejscu muszę przyznać rację właśnie Sylwestrowi Głowackiemu, że ta grupka, to taka mniejszość pozorna, bo mimo wszystko mająca oparcie w potężnej instytucji i całych rzeszach, które tej instytucji wierzą/ufają – zwał jak zwał – mocno ją popierają i dlatego trudno ją porównywać do mniejszości LGBTQ.
    Jednak Jej Perfekcyjność też ma trochę racji. Nie mówimy już teraz o krzyżu, tylko działaniach radykalnych. Może moje myślenie wynika z tego, że zawsze byłem taki młody-gniewny (teraz jestem stary-wkurwiony, jak mawiał Jonasz Kofta), ale wydaje mi się że i tego rodzaju działania są niezbędne. Jakie to powinny byś działania i do jakiego stopnia radykalne – to już temat na zupełnie inną dyskusję.

  • Abiekt

    [Re: Dwugłos w sprawie krzyża]

    Redakcja chyba przesadza – prawo do repliki niie oznacza, że teraz będzemy tu mieli co chwilę serię artykułów na jeden temat – czy teraz bedzie replika do repliki-repliki?

    A jak już replika jest na takim poziomie: „W istocie, Jej Perfekcyjność proponuje strategię, która jest próbą wcielenia w praktyce typowej teorii spiskowej. W tym przypadku byłby to zawoalowany spisek homoterrorystów. Tymczasem – nie bez powodu ludzi bredzących o takich spiskach uznajemy za pomyleńców.” to ja bym się zastanowił, czy warto to w ogóle publikować. Moim zdaniem tym razem nie.

  • Wojtaszek

    [Re: Dwugłos w sprawie krzyża]

    @Abiekt

    Przesadzasz trochę. Mnie się ten dwugłos bardzo podoba (choć może miejscami trochę nudawy). Jak zwykle racja leży po obu stronach czyli nigdzie.




Skomentuj

  

  

  

Obraz CAPTCHY

*

Możesz używać następujących tagów HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Pamiętaj: zamieszczając komentarze akceptujesz regulamin

napisz do nas: listy@homiki.pl

Homiki.pl. Czasopismo zarejestrowane w Sądzie Okręgowym Warszawa Praga pod nr 2372 więcej »
Nr ISSN: 1689-7595

Powered by WordPress & Atahualpa