Poszukując własnego języka

Hasłem plakatu EuroPride jest fraza występująca w Biblii „Nie lękajcie się”. JP2 słowa te zapożyczył z tej słynnej księgi, ale taki już mamy kraj, że nawet jak JP2 cytuje Chrystusa w redakcji św. Pawła to później podpisuje się to JP2. Ale nie o tym chciałem. Cytowanie i znajomość takich bon motów to ważny symbol tego, że żyjemy w katolickim społeczeństwie, które wdrukowuje w nas pewne formy językowe. Ucieczka przed językiem katolickim może iść w dwie strony – poprzez zawłaszczenie języka lub poprzez kontrę wobec niego. Zawłaszczanie języka poprzez jego redefiniowanie a następnie używanie jako „własnego” to jednak długotrwały proces, którego elementem musi być osłabienie podmiotu władzy – wtedy komunikat staje się prześmiewczy, a pierwotny nadawca komunikatu wyśmiany.

Pytanie, które stoi przed nami jest proste – czy wykorzystywanie języka opresji ma moc performatywu – czyli ośmieszenia? Czy nie jest to przypadkiem uznanie i podkreślenie symbolicznej władzy jaką ma grupa pierwotnie używająca tego określenia? To oczywiście pytania o formy tożsamości, które możemy wybrać. Jedną z nich jest odrzucenie paradygmatów heteronormatywnych, za którymi – w moim przekonaniu – powinien stać sprzeciw, a nie mało refleksyjne przejmowanie opresyjnego języka. Mam poczucie, że na tym etapie, na którym jesteśmy w Polsce ważniejsze i ciekawsze są eksperymenty idące w kierunku przerabiania języka a nawet jego tworzenia. Oczywiście kolejne pytanie – czy istnieje język wolny od normatywizującego wpływu władzy społecznej, która u nas wyraża się formach takich jak „tradycja”. Bo czy nie jest czasem zwycięstwem prawicowej retoryki na temat „tradycyjnej rodziny” robienie „Festiwalu Tęczowych Rodzin”? Pojawienie się świętowania faktu „bycia rodziną” ma nas zbliżyć do heteronormatywnego świata, jest w jakimś stopniu wyciągnięciem do niego ręki i powiedzeniem – ależ jesteśmy podobni i mamy wspólne ideały. To nie my jesteśmy zatem podmiotem wpływającym na rzeczywistość, przyznajemy rację dyskursowi podkreślającemu wartość rodziny i się w niego wpisujemy. Zatem zamiast przeciwstawiać się normom, reprodukujemy je. Tak samo jak w haśle „Nie lękajmy się” – przyznajemy moc biblijnej frazie i zamiast ją zmniejszyć, podkreślamy ją. Zobaczcie, oto geje i lesbijki tak bardzo się nas boją, tak bardzo się nami przejmują, że nie mając pomysłu na coś swojego, wykorzystują nasze hasła.

W dyskusji o plakacie przywoływano słowo „queer” jako przykład przejęcia języka. Mówimy tu jednak o przejmowaniu pojedynczych słów, a nie, że użyję tego określenia – „słówa skrzydlatych”. Z tymi pierwszymi jest jednak łatwiej – podobnie zrobiły u nas „moherowe berety”, w – moim zdaniem – fantastycznym przejęciu tego słowa i uczynieniu z niego swojego sztandaru (patrz wypowiedzi Rydzyka). Jednocześnie określenie to dla przeciwników toruńskiej rozgłośni dalej jest dla wielu osób – ale już spoza grupy określanej – pejoratywne. Czyli mamy pat. Jeśli „obrażanych” to nie obraża, to określenie traci na swojej sile i staje się bezużyteczne. Nas „pedał” jednak dalej obraża, zwłaszcza w ustach osób heteroseksualnych. To się wydaje kontrowersyjne, ale prawdą jest, że nam więcej wolno. Grupie pogardzanej wolno wykorzystywać określenia pejoratywne i nimi żonglować. Co innego z cytatami kulturowymi, należącymi już do pewnych grup. Te nie podlegają tak prostej transpozycji denotacji, mówiąc „po ludzku” – są tak silnie zakorzenione, że ich znaczenie nie podlega redukcji czy odwróceniu w tak szybkim czasie jak by chcieli twórcy (czy raczej plagiatorzy) hasła „Nie lękajcie się”. Popatrzmy na samo słowo „queer”. Mylnym byłoby twierdzenie, że utraciło ono swoje pejoratywne znaczenie, podobnie jak „pedał” nawet wielokrotnie używany na określenie geja przez samych gejów nie straci negatywnych konotacji. Dlatego właśnie teoria queer jest teorią wykluczonych – to nie jest tylko afirmacja wykluczenia, a jego unaocznienie poprzez chociażby samo użycie słowa queer. Dlaczego w Polsce nie udało się zmienić nazwy teorii queer na teorię pedalską czy teorię odmieńca? Bo są to słowa tak silnie zakorzenione w naszej kulturze, że nie poddają się redefiniowaniu i wykorzystywaniu.

Czy zatem możemy stworzyć swój własny język? Moim zdaniem tak, ale jeszcze nie teraz. Do tego potrzeba większej świadomości samych osób LGBT, która w Polsce jeszcze raczkuje. Jak pokazują różne opinie, najłatwiej własny język tworzy prawica. Określenia takie jak „nienarodzone dziecko” zamiast „płód” (unborn child vs. Foetus), „kompromis aborcyjny”, „IV RP” to najciekawsze próby tworzenia języka dla własnej grupy. Problemem grup lewicowych jest nieumiejętność tworzenia takich form. Jest to spowodowane tym, że prawica jest zorganizowana wokół idei trwałych, nie dopuszcza zmian, jest bardziej doktrynalna i mniej nastawiona krytycznie wobec samej siebie. Lewica dopuszcza więcej dyskursów, które nie ułatwiają tworzenia wspólnego języka. Jarosław Kaczyński mówiąc o zaprzestaniu używania słowa „postkomunizm” nie zrobił wcale ukłonu wobec „lewicy”, a odgrzał słowo, które nawet w prasie katolickiej zaczynało być używane coraz rzadziej. Zamiast zmienić język, przypomniał o jego istnieniu – gdyby zamiast zapowiadać wielką zmianę, zaczął używać słowa „lewica” w sposób naturalny – prawdopodobnie nikt by tego nie zauważył.

W „naszej” sprawie kolejny przykład – „małżeństwa jednopłciowe”. Ile razy to zdanie widziałem na stronach LGBT? Wielokrotnie. A czy istnieją „małżeństwa dwupłciowe”? Stwarzanie w obrębie tej samej kategorii „małżeństwo” podzbioru „jednopłciowe” to ciekawy zabieg. W języku angielskim wszedł do obiegu bardzo naturalnie i jest obecnie używany powszechnie przez obie strony. Jednak jest duża róznica semantyczna w „otwarciu instytucji małżeństwa na osoby tej samej płci”, a „utworzeniu instytucji jednopłciowego małżeństwa”. To znowu zwycięstwo tezy, jakoby małżeństwo było zarezerwowane dla osób różnej płci, a odstępstwa od tej zasady należy opisać „jakoś inaczej”.

Można się zżymać na te przykłady, ale stan zastany przez nas jest taki, że istnieje tylko jeden język – związany z religijną, w naszym przypadku katolicką, większością. Język stwarza rzeczywistość i dopóki będziemy dumnie domagali się „małżeństw jednopłciowych” zamiast „małżeństw”, będziemy stawiać się na miejscu petenta, a nie walczącej o swoje mniejszości.

Wróćmy zatem do „Nie lękajcie się”. Zaskoczeniem dla wielu komentatorów jest podpis pod listem Jacka Kochanowskiego. Nie jestem jego rzecznikiem, ale myślenie, że to hasło jest „queerowe” to niestety przykład na brak jakiejkolwiek refleksji nad „queerem” , czy raczej „queerowanie po ludowemu”. Nie jest niczym „queer” ślepe kopiowanie, powielanie i reprodukowanie języka władzy. „Queer” jest propozycją raczej ukierunkowaną w stronę tworzenia własnych, odmieńczych dyskursów. Anna Laszuk pisze: Potrzebujemy skuteczności. Jeśli chcemy skuteczności queer po polsku, to może przez jego pierwotną wściekłość? Wściekłość, wkurwienie, sprzeciw wobec hegemonii normy nie wyrażają się w haśle „Nie lękajcie się”. To raczej prośba, kolejny tożsamościowy byt.

Krystian Legierski w swoim tekście w „Gazecie Wyborczej” pisał: Mieliśmy na celu „rozbrojenie” przez ośmieszenie sytuacji, w której człowiej z lęku i nienawiści rzuca w innego człowieka nie tylko jajkiem, ale również kamieniem czy butelką. W czym wyraża się „ośmieszenie” i kto ma być „ośmieszony”? Homofob rzucający jajkami czy kamieniami nie może być ośmieszany, gdyż wtedy banalizuje się i trywializuje homofobię. Nie mamy żadnych „wytycznych” od organizatorów, więc sami możemy analizować sytuację, w której to hasło nas stawia. Judith Butler pisała o parodii: Parodia sama z siebie subwersywna nie jest. Należy się w takim razie zastanowić, co powoduje, że pewne rodzaje parodystycznych powtórzeń skutecznie naruszają zastany porządek i rzeczywiście wywołują niepokój, inne zaś zostają oswojone i włączone w obieg jako narzędzie kulturowej hegemonii. Jednak w haśle Nie lękajcie się nie ma nic parodystycznego. Jest raczej pastisz, o którym pisze przywoływany przez Butler Frederick Jameson: Pastisz, podobnie jak parodia to naśladowanie specyficznego albo wyjątkowego stylu, nakładanie stylistycznych masek, posługiwanie się pustym językiem. Jest to jednak neutralny przypadek praktyki podrabiania, pozbawiony ukrytej intencji parodystycznej, satyrycznego impulsu, prześmiewczości, drzemiącego gdzieś odczucia, że istnieje przecież coś normalnego, w porównaniu z czym obiekt naśladowany okazałby się komiczny. Pastisz to pusta parodia, to parodia, która zatraciła poczucie humoru. Faktycznie – hasło zdaje się być pastiszem pustego juz zwrotu zapożyczonego z Biblii. I jako pastisz da się zrozumieć jego wykorzystanie, jednak pastisz traci moc wywrotową i jest tak naprawdę reprodukowaniem hegemonii. Bez karnawalizacji – śmiechu, odwrócenia znaczeń czy też zniesienia symbolicznych barier „kultury” – pastisz nie wnosi niczego nowego w walkę o prawo do odmienności. W tej sytuacji, nazwę go Spektaklem językowym, i odniosę się do tego co pisze Jacek Kochanowski o płci – Spektakl jest systemem symulacji, przy pomocy których w działaniach jednostek reprodukowana jest struktura dominacji. Destabilizacja Spektaklu jest możliwa tylko poprzez destabilizację znaczeń tworzących owe symulacje (…). Zatem hasło o którym piszę, opatrzone zdjęciem Pałacu Kultury i trzema postaciami, wyglądającymi jak kalki z parad studenckich, by być wywrotowe musiałoby mieć za sobą jakiś postulat chociażby podważający religijną i patriotyczną konotację. Bez destabilizacji religii, tradycji, patriarchalnego patriotyzmu jest ono bezużyteczne dla zmieniania rzeczywistości. Dalej Kochanowski: osoby nieheteroseksualne, próbując budować własny dyskurs oporu, dysponują tylko pojęciami wytworzonymi „na zewnątrz” miejsc ich ukrycia/zesłania. „Wychodząc z szafy”, tj. wkraczając w przestrzeń społecznej widzialności i słyszalności moga wypowiadać siebnie tylko przy pomocy pojęć zastanych w świecie heteronormatywnym. Skutkiem jest często wpadanie w pułapkę re-konstruowania „siebie” w taki sposób, by podporządkować się owym pojęciom i w tej sposób stać się „komunikatywnym”. (…) Podporządkowani nie są w stanie skutecznie wypowiedzieć siebie, są tylko w stanie podejmować kolejne próby destabilizacji istniejącego sensu (…).

Nie musimy być queer, wystarczy byśmy o sobie zaczęli mówić uwalniając się od katolickich formuł, poprzez ignorowanie ich i tworzenie własnej tożsamości, w tym języka, pokażemy, że nie jesteśmy petentami w państwie, a obywatelami i obywatelkami. Odróżnianie się od społeczeństwa można afirmować, taki dla mnie jest cel Parad. Nie jest afirmacją poddańcze stosowanie związanych ze sferą religijną formuł. Pytanie o „strategie” jest także pytaniem o system wartości, który w społeczeństwie homofobicznym, może być kształtowany w oparciu o wzorce normatywne, a może być kształtowany przeciwko nim. Wybór języka i strategii wizualnych należy do każdego i każdej z nas – pokażmy to na Paradzie!

Wojciech Szot rocznik 86, właściciel wydawnictwa Abiekt.pl, student, pracownik, blogger.
Zapraszamy i polecamy!
www.abiekt.blogspot.com

Autorzy:

zdjęcie Wojciech Szot

Wojciech Szot

rocznik 86, pracownik, księgarz

6 komentarzy do:Poszukując własnego języka

  • Zen

    [Re: Poszukując własnego języka]

    „Czy zatem możemy stworzyć swój własny język? Moim zdaniem tak, ale jeszcze nie teraz. Do tego potrzeba większej świadomości samych osób LGBT, która w Polsce jeszcze raczkuje.”

    Kilka wątków w jednym:
    Nie można wszystkiego zwalać na „raczkowanie” ruchu, być może to kolejny mit krążący w środowisku (bez cudzysłowia). Myślę, że nie będzie więcej ani mniej jakoś szczególnie widocznej aktywności jednostek, a poszerzanie świadomości nt. postulatów politycznych może przebiegać zupełnie inaczej niż na zachodzie – żyjemy w innej epoce, trudno to tak zdiagnozować. Nie jest powiedziane, czy nawet musimy sięgać po swój język – być może w naszych czasach problem tkwi gdzie indziej. Zamiast powielać kalki pt. ‚jak to krok po kroku dzieje się od 30 lat na zachodzie, można sięgnąć po własne think tanki, co powoli na homikach i kilku blogach (w tym autora) właśnie raczkuje. Dotychczas to organizacje nadawały ton, na szczęście internet przewartościował te relacje.

    Załóżmy, że obudzą się geje i lesbijki w ciągu 5 lat, na paradach w Polsce będzie ich po 100 tys., a np. będą oni głosić hasła konserwatywne, w tym np. może pojawić się potężny ruch wspierający zakaz aborcji (mordowania nienarodzonych:). Trochę to wyjaskrawione, ale zmierzam do tego, że to nie LGBTQ ma szukać języka, ale musi się narodzić cały projekt wolnościowy, lewicowy, w ramach którego te przewartościowania kompleksowo będą przebiegać. LGBT nie istnieją w próżni, wszelkie zmiany społeczne możliwe są wyłącznie w obrębie większej całości i muszą przebiegać równolegle.

    A te przykłady z plakatami? To jednorazowe akcje, bardziej ilustrują ego autorów i organizatorów obu imprez.

  • Zen

    [Re: Poszukując własnego języka]

    I jeszcze jedno – też chciałbym poczytać wypowiedzi działaczy Zielonych czy lewicowych na ten temat, myślę, że taką zmianę próbuje robić Krytyka Polityczna, jak mówił kilka razy Sierakowski.
    Natomiast zgadzam się z wątkiem kościelnym:)

  • Rchcz

    [Re: Poszukując własnego języka]

    1kurwa, Abiekt- bon mot to bon mot … az mnie ciarki przeszly- to cos w stylu jak jakis fryzjer uzywa ‚grymas’ zamiast ‚kaprys’ …

    2jak dla mnie brakuje charyzmatycznych przywodcow, bym sie chetnie zaangazowal np. w zielonych ale z tymi… ja ich nawet czesciowo znam … nawet sierak, mam ciagle wspomnienia z pewnego sylwestra… no ale ad rem- drazni mnie tez styl polityki upraiwanej przez organizacje, jest bardzo polski- generalnie mieciutki i warcholski- popyskuja se, nawyzywaja i tyle …

    moim zdaniem pierw sie tez powinno do swoich uderzyc- dlaczego bogaci geje nie zakladaja funduszy na dzialalnosc spoleczna, nie daja stypendiow itd- maja szmalec na tony koksu i obozy wedrowne na mykonos i tylko z morda-’gdzie zwiazki , gdzie to i siamto, a dlaczego kosciol’- chcialoby sie jak Pilsudski zawolac we zlosci ‚polacy chca niepodleglosci, lecz pragneliby, by ta niepodleglosc stala dwa grosze i dwie krople krwi’

    [ekhm. detr. rozumie emocje, jednakowoż uprasza.]

  • marcin

    [Re: Poszukując własnego języka]

    Dobry pomysł!
    Zrobić kampanię dla bogatych gejów, można na zmianę ulotki rozdawać pod utopią albo nawoływać przed biurem lewiatana.

    A poważnie – niestety, nie wliczam owych bogatych jednostek, gdyż oni mogą sobie kupić wolność, przynajmniej na tyle, na ile potrzebują, by żyć po swojemu.

  • czytelniczka

    [Re: Poszukując własnego języka]

    Hm. Czy ja dobrze rozumiem ten nieco poszatkowany wywód – po prostu nie zapożyczajmy języka, nawet w celu zabawy nim, tylko twórzmy własny?

  • Erico

    [Re: Poszukując własnego języka]

    niepotrzebne szukanie dziury w całym. na tą skale mam wrażenie, że nie ma to żadnego znaczenia. Poza tym, nawiązując do idei par homoseksualnych – jedni robia co robią, innym wystarczy naśladownictwo wzorców hetero. I czy to wstyd? Wątpię.




Skomentuj

  

  

  

Obraz CAPTCHY

*

Możesz używać następujących tagów HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Pamiętaj: zamieszczając komentarze akceptujesz regulamin

napisz do nas: listy@homiki.pl

Homiki.pl. Czasopismo zarejestrowane w Sądzie Okręgowym Warszawa Praga pod nr 2372 więcej »
Nr ISSN: 1689-7595

Powered by WordPress & Atahualpa